Życie po życiu, czyli jak byłam kameleonem

11 stycznia 2016 Blog

oq

Pierwsze tygodnie i miesiące związków zazwyczaj koncentrują się wokół dość przewidywalnych aktywności. Strasznie dużo się mówi, chce się wszystko robić razem, wszystko chce się sobie pokazać: ulubione piosenki, ukochane filmy i najśmieszniejsze klasyki YouTube'a. Początki polegają też na rozmowach o przeszłości i o tym, co było kiedyś, zanim się poznaliście. I niby można to wszystko opowiedzieć w wielkim skrócie, ale jakoś się nie chce niczego skracać i z jednej niewinnej historii wychodzi epopeja dziejów zwykłego człowieka.

Dzisiaj wszyscy wszystko później zaczynamy. Moja mama w moim wieku miała dwójkę dzieci, a ja byłam już w trzeciej klasie podstawówki. To życie z późniejszym zapłonem sprawia, że mamy szansę poznać więcej osób, przeżyć więcej rzeczy indywidualnie, bez myślenia o odpowiedzialności za drugą osobę, czy rodzinę. To życie sprawia, że zaliczamy różne szczyty i doły, odnosimy sukcesy i porażki, no i wiążemy się z różnymi ludźmi na różnych poziomach, a czas weryfikuje głębokość tych poziomów.

Każdy kolejny związek, romans, znajomość to kolejny koralik na sznurku, albo przedział na osi czasu, o którym możemy pamiętać, albo zapomnieć, ale faktem jest, że każdy z nich w jakiś sposób nas ukształtował. Jestem w stanie stwierdzić, że nawet najmniej ważna historia z przeszłości potrafi czasem stać się punktem zwrotnym, jeśli dobitnie pokaże, czego naprawdę, ale to naprawdę chcemy unikać.

Ostatnio podczas jakiegoś wieczoru we dwoje, spędzonego przy kuchennym stole, YouTubie i pysznej pigwówce, która rozgrzewała nas po spacerze w minusowej temperaturze, wpadliśmy na trochę durny pomysł i na ścianie pomalowanej farbą do tablic, zrobiliśmy dwie osie czasu: jego i moją. Na osi zaznaczyliśmy wszystkie nasze historie miłosne: miłości, zakochania, zauroczenia, uczucia platoniczne, romanse, jak i również rzeczy niepodpadające pod żadną kategorię (ha, ha, ha).

Możecie się śmiać, ale było to naprawdę terapeutyczne zadanie. Po pierwsze, po raz pierwszy zobaczyłam na oczy swoją przeszłość i historię. Po drugie, mogłam sobie ją rozpisać w czasie i zrozumiałam, dlaczego pewne relacje w ogóle miały miejsce. Zdumiało mnie, jak wiele rzeczy może z siebie wynikać i jak pozornie niezwiązane ze sobą sprawy, mają głęboki sens, gdy je ze sobą zestawimy. Po trzecie, problem nazwany po imieniu, przestaje być taki straszny. Mogłam sobie związki z przeszłości posegregować, powkładać do odpowiednich przegródek, przemyśleć, opowiedzieć, podsumować. O dziwo, praktycznie po każdym związku raczej mam pozytywne wspomnienia, choć czasem są one gorzkie (ale to one chyba też najlepiej uczą). To, co po czwarte, dotarło do mnie kilka dni później.

Mój pierwszy poważny chłopak, był trudnym chłopakiem. Szczególnie dla moich rodziców. Olewał szkołę, miał bardzo luźne podejście do obowiązków i życia, ale przede wszystkim, był dość mocno wkręcony w narkotyki. Mój nastoletni rozkochany umysł kompletnie wypierał ten fakt, a do tego większość ludzi dookoła zaczynała eksperymentować, więc nie wydawało mi się to takie straszne. Przed szesnastymi urodzinami zamówiłam dla siebie amfetaminę, żeby łączyło nas coś więcej. Nie zdążyłam jej kupić (na całe szczęście), ale nie to jest ważne w tej historii.

Rok później zakochałam się już zdrowo. To znaczy ze wzajemnością, na kilka lat. Nie musiałam brać narkotyków, nie musiałam robić niczego złego, chłopak pomagał mi w matematyce, rodzice raczej go lubili. Chłopak był śpiewakiem, więc żeby łączyło nas coś więcej, zapisałam się na śpiew operowy do szkoły muzycznej.

Kolejny chłopak, z którym się spotykałam, uwielbiał klimaty emo, więc jedną z pierwszych wypłat na drugim roku studiów przeznaczyłam na zakupy w H&M, gdzie zaopatrzyłam się w czarne kabaretki, ciuszki w gwiazdki i łezki i zaczęłam się mocniej malować. Żeby łączyło nas coś więcej.

Rozumiecie, wzór zachowania: spotykam się z kimś -> ten ktoś ma jakieś zainteresowania i upodobania -> czuję się w obowiązku te zainteresowania podzielać, a upodobania uosabiać.

Zdarzyło mi się:

  • zapozować w - grzecznej, bo w grzecznej, ale wciąż - sesji zdjęciowej w rękawiczkach i pończochach z lateksu (uwaga: te lateksowe rzeczy to pułapka!),
  • poniszczyć ubrania odcinając z nich wszystkie guziki, bo ktoś nie znosił ich widoku,
  • jeść sam nabiał (za którym nie przepadam), bo ktoś budował masę,
  • zamknąć i zniszczyć bardzo fajnego i ważnego dla mnie bloga, bo ktoś nie lubił "prywatnych wyrzygów w internecie",
  • zapuszczać zniszczone włosy, które wypadały garściami.

Wszystko w imię jakiegoś złudnego poczucia wspólnoty i realizowania czyichś oczekiwań.

Przyznam Wam szczerze: panicznie boję (bałam?) się kłótni w związkach i dopiero gapienie się któryś dzień na tę namalowaną kredą oś czasu uzmysłowiło mi dlaczego.

Wybaczcie mi coelhizm, ale jest on dziś potrzebny: jeśli w związku udaje się kogoś innego, to nie jest się sobą. Jeśli nie jest się sobą, to jest się jakimś wirtualnym, nietrwałym i niestałym tworem, który potwornie łatwo zniszczyć. Jeśli jest się tak podatną na zniszczenia konstrukcją, to trzeba robić wszystko, by nie doszło do sytuacji, w której możemy oberwać i doznać uszkodzeń, bo jeśli się ich trochę nazbiera, doprowadzą do katastrofy.

Udawanie kogoś, kim się nie jest, tylko po to, żeby kogoś nie rozczarować, nie zawieść jego oczekiwań, to droga donikąd.  Wydaje nam się, że musimy spełnić czyjeś oczekiwania, a często się okazuje, że tak naprawdę ich nie ma; jest tylko brak naszej asertywności.

I nagle mnie oświeciło.

Wiecie, jaka moim zdaniem jest najszczersza forma asertywności? To akceptacja.

Mam to szczęście, że poznałam wspaniałego człowieka. Ale ten człowiek, oprócz tego, że jest dla mnie dobry, fascynuje mnie, akceptuje, kocha i o mnie dba, ma jeszcze swoje zajawki, które w dużej mierze podzielam. Ale są też takie, które zwyczajnie nie są z mojej bajki.

No i ostatnio zdarzył się ten dzień, kiedy nauczona latami kameleonowania, zgodziłam się pójść (a kiedy jestem w Warszawie wszędzie chodzimy razem) na dość pokręcony festiwal. Nie moja muzyka, nie mój klimat, artyści, których nie znam - no, ale w imię poznawania się i swoich zajawek, pomyślałam, że jakoś mi ten przeraźliwie długi wieczór zleci.

Kilka godzin przed rozpoczęciem koncertów, w rozmowie telefonicznej pod tytułem To o 18 ja przyjadę do domu, wyjdę z psem i pojedziemy razem na koncert, okazało się, że jeśli na imprezę przyjdzie się w garnku na głowie, otrzyma się zniżkę na piwo. I wtedy w mojej głowie rozległ się trzask zniszczonej płyty w adapterze.

Ja i garnek na głowie?! 

No i teraz jak tu powiedzieć, że jednak nie chcę tam iść, że po prostu naprawdę czuję, że nie jest to miejsce dla mnie? Wystawić go na kilka godzin przed koncertami? A co, jeśli pomyśli, że go oceniam i wyśmiewam? Że go nie szanuję? Może jednak pójść i spróbować się dobrze bawić?

Męczyłam się z decyzją kilkadziesiąt minut, kręcąc się po stołecznym Carrefourze z pustym koszykiem. W końcu chwyciłam za telefon, zadzwoniłam i powiedziałam:

-Słuchaj... Ja chyba nie chcę tam iść. Ja sobie po prostu zostanę w domu.

-Nie ma sprawy!

I co, i to wszystko? Tak: o, po prostu mogę sobie nie iść i mieć swój własny zasrany plan posiedzenia w domu i napisania tekstu na bloga, albo pogrania w Candy Crush? Albo po prostu plan na robienie czegoś innego? No, okazuje się, że mogę.

-Dla mnie najważniejsze jest, żebyś mówiła, czy masz na coś ochotę, czy nie.

Wyszłam z Carrefoura, poszłam sobie wieczorową zimową Warszawą na spacer, spotkałam się z koleżanką na późny obiad, potem autobusem wróciłam do domu, wyszłam z psem, popisałam, pooglądałam filmy i seriale i wzięłam kąpiel. Po wyjściu z wanny poszłam do pokoju, gdzie wciąż widniały osie czasu i je zmazałam.

Chłopiec wrócił niewiele po północy do domu. Szczęśliwy, uchachany, cały, zdrowy, wciąż zakochany i akceptujący.

A w garnku, którego jednak ze sobą nie zabrał (a nawet, gdyby zabrał, to i tak nie miałoby to dla mnie znaczenia), na drugi dzień zrobiłam nam zupę.

Podobne wpisy

  • No i cudnie :)

  • Czasem udajemy kogoś kim nie jesteśmy, bo tak naprawdę nie znamy siebie. Jesteśmy nijacy i poprzez te związki chcemy się w jakąś stronę uformować, ale nie zawsze gdzieś pasujemy. Szukanie siebie w związku zawsze prowadzi do katastrofy relacji. Lepiej poznać siebie w samotności, no ale będąc np. młodymi nastolatkami nie jest to już takie proste.

  • m0gart

    Świetny tekst, Miss J. :)

    Miałem podobny do Twojego problem. Też wchodząc w jakiś związek zatracałem trochę siebie, a zbyt angażowałem się w kogoś. Wkręcałem się w czyjeś zainteresowania, nawet jeśli tej osoby nie obchodziły moje. Nie potrafiłem asertywnie zadbać o siebie, okazać odrobinę zdrowego cynizmu ze strachu, że co sobie pomyśli ta osoba, że przestanie jej na mnie zależeć, że przestanie mnie lubić czy kochać, że będę dla niej mniej ważny. Takie tam obawy człowieka o niskim poczuciu własnej wartości i niezmiernej potrzebie akceptacji. I zastanawiałem się, dlaczego gdzieś w głębi duszy czuję, że z upływem czasu w tej relacji jestem coraz mniej sobą, a coraz bardziej kimś udawanym, coraz częściej zakładam maskę i robię dobrą minę do złej gry. Miałem przemożną potrzebę dopasowania się do osoby, na której mi zależało.

    Nie tędy droga.

    Okazywało się bowiem, że taka relacja była jedną wielką mistyfikacją, ponieważ ta druga osoba tak naprawdę nie znała prawdziwego mnie, moich prawdziwych poglądów, zainteresowań, gustów czy smaków. Jak miała mnie znać, skoro obawiałem się ich ujawnienia?

    Dlatego ten dzisiejszy tekst tak do mnie przemawia. Dużo czasu mi zajęło nauczenie się tego, by pokazywać siebie prawdziwego. By nie bać się mówienia „nie chcę” czy „nie lubię”. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe, gdy przed drugą osobą pragniesz być najlepszym na świecie.

    • Ostatnie zdanie Twojego komentarza jest kluczowe. To naprawdę nie jest wcale takie łatwe, jakby to z filmów o miłości wynikało :)

  • A ja jestem ciekawy efektów tej sesji… Musisz mi wybaczyć, ale m.in. taka myśl została mi po przeczytaniu tekstu ;)

  • Jagoda Lewicka

    Wyślę Ci życie w Candy Crush! ; )

    Zasłużyłaś tym tekstem. Nawet bardzo!

  • Eryk Markowski

    Wiesz co? Lubię Cię. Lubię Twoją szczerość, lubię to, jak piszesz. To, co tu napisałaś jest cholernie ważne. Bo znam i ja osoby, które są w związkach (ciekawe, że to chyba tylko kobiety), które myślą, że aby facetowi zaimponować, pokazać mu, że jego zainteresowania są dla nich ważne, muszą niejako zainteresować się tym samym. Ciekawym zjawiskiem jest to, że te związki zawsze się kończą. Bo w związku nie o to chodzi. Chodzi o to, by dać sobie wolność i szczerość. Jeśli masz opory przed pójściem na koncert, którym niesamowicie jara się Twój luby, to mu to powiedz. W normalnym związku reakcja będzie taka, jak ta opisana przez Ciebie. Zainteresowania drugiej osoby trzeba szanować, ale niekoniecznie je przejmować. Nie tędy droga. Związek nie ma zniewalać. Ma wyzwalać.

  • matkapolka89

    Czasami przechodząc różne etapy w życiu, majsterkujemy przy swojej osobowości, aby znaleźć odpowiednie ,,ja”. Na pewno wiele osób eksperymentowało i szukało swojego imienia w tym całym niedorzecznym i wielkim świecie różnych ludzi.
    Ja przechodziłam etapy po ścinanie włosów na chłopaka, punka, szukanie informacje o szatanie, bo może takie życie jest lepsze, kolczykowanie się, marzenia o tatuażu, planowanie ucieczki z domu, bycie grzeczną dziewczynką, odchudzanie się milionowy raz, aż wreszcie na mojej drodze stanął mój mąż, który jak nigdy otworzył mi oczy i chociaż bardzo się różnimy pod względem pasji i zainteresowań no i nawet poglądach na życie, łączymy wiele spraw, ale i umiemy żyć w swoich pasjach sami, nie irytując, nie zmuszając do pokochania i akceptowania dla nas tego co niedorzeczne dla głów.
    Dostosowywanie się do innych to normalny i raczej powiedziałabym, że jakiś etap w życiu każdego człowieka, a najprawdopodobniej nastolatka.
    Czasami musimy sprawdzać i eksperymentować, czasami jest tak z muzyką, nienawidzimy jej, ale może posłuchamy, bo większość naszych rówieśników tez słucha ? od disco-polo po metal, od popu do hip-hopu.
    Noszenie tylko czarnych ciuchów, bo niech każdy widzi jaka jestem groźna, albo ubieranie się jak zakonnica, bo chce się należeć do sfery grzecznych i ułożonych dziewczynek.
    Twój post jest znakomity i chyba dopiero otworzyłam oczy na wiele etapów w swoim życiu jakie przechodziłam, a przechodziłam okazuje się, że wiele etapów.
    Bardzo refleksyjnie mi się zrobiło po tym co u Ciebie przeczytałam. Ale chyba najważniejszą rzeczą jest właśnie własna wolność, bo zmuszanie się do podporządkowywania wobec drugiej osoby, żeby jej nie urazić jest chorym zagraniem. Najlepiej od samego początku być szczerym, no chyba, że chcemy eksperymentować, czy dana rzecz nam podpasuje.
    Pozdrawiam ciepło
    matkapolka89.blogspot.com

  • salus salus

    Dobry tekst!

  • Ja zawsze ceniłam w moich związkach to, że mogę być sobą. Wydaje mi się zresztą, że chłopacy kochali mnie za tą naturalność, której niestety w ostatnich czasach mam wrażenie, że jest coraz mniej. I tak samo ja sobie cenię, kiedy mój facet mówi co myśli i czuje. Nie wyobrażam sobie budowania związku na podstawie bycia tym, kim chciałby Partner. Cieszę się, że w końcu i Ty masz kogoś takiego i życzę tego każdemu człowiekowi :)

    Jestem tu pierwszy raz, ale na pewno będę odwiedzać Cię systematycznie :) Pozdrawiam :)

  • Samo sedno! Ale…każdy sam msi dorzeć do tego by zrozmieć, że w związku trzeba być sobą ;)

  • Ważne, że zobaczyłaś co robisz źle ;) każda z nas chyba to zna: nowy chłopak i nagle WSZYSTKO przestaje się liczyć;p dobre jest to, że w pewnym momencie się z tego „wyrasta” ;)

  • Jakie to prawdziwe… Czytając Twój tekst zdałam sobie sprawę z tego, że byłam o włos od zabrnięcia w relację, gdzie musiałabym udawać kogoś, kim nie jestem, żeby w ogóle być z nim… I dobrze że to zauważyłam. I wiesz co, o wiele łatwiej dać sobie spokój w takiej sytuacji, jeśli ma się choć parę osób, które akceptują bez zastrzeżeń.

  • Friend

    Chłopiec ucieszył się, że ma wolną chwilę na festiwalu. Mógł flirtować i bawić się bez smyczy. Nie zrobił zapewne nic złego. Może tylko odrobinę przesadzał. Nie wszystko jest tak słodkie, jak tu opisujesz.

    • Nie mógł flirtować i bawić się bez smyczy, bo żadnej smyczy nie ma. W tym przypadku akurat wszystko jest tak słodkie, jak opisuję. Btw. gratuluję zabawy nickiem i mailem, człowieku z przeszłości :)

  • Czasem potrzebujemy trochę czasu, żeby nabrać takiej perspektywy. Ja nie żałuję swojego „kameleonowania”, bo praktycznie zawsze robiłam to, na co miałam ochotę. No i byłam młoda, więc traktowałam to bardziej jako naukę wszystkiego po trochu. Dzięki temu teraz, mimo zamiłowania do latino i tańca (które nabyłam sama), z przyjemnością od czasu do czasu słucham metalu, rocka czy rapu. Obejrzałam kilka świetnych seriali, pograłam w fajne gry czy nauczyłam się grać w nogę. Było zabawnie. No i za każdym razem, gdy już miałam przesyt danym tematem, po prostu z niego rezygnowałam, bo jakoś robienie wbrew sobie mi się nie podobało :-)

  • Tex

    ten wpis jest beznadziejny –
    zaakceptuj to :) W sumie dopiero chyba życie odkrywasz, powodzenia :)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress