Zamknąć, odstawić i pójść spać

28 października 2014 Blog
[caption id="attachment_492" align="aligncenter" width="676"]Artemisia Gentileschi - Sleeping Venus Artemisia Gentileschi - Sleeping Venus[/caption]

"Wszystko było dobrze, układało się, mieliśmy wspólne plany, aż nagle straciłam pracę. Nie mogliśmy tak często wychodzić na miasto, nie dokładałam się do zakupów. Powtarzał, że damy sobie radę, żebym się tym nie przejmowała, ale trudno się nie przejmować w takiej sytuacji. Szukałam pracy, chodziłam na rozmowy, czułam presję, byłam bardziej skupiona i mniej radosna. Po miesiącu przestał się odzywać.

Kiedy dopytywałam, unikał odpowiedzi, wykręcał się zapracowaniem, zmęczeniem, potem jesienią, potem jakąś chandrą, aż w końcu spytałam go wprost - powiedział, że on nie wie, o co chodzi, ale mam go nie pytać, bo mi i tak nie odpowie. Po kilku tygodniach walki odpuściłam. Postanowiłam, że nie będę za nim biegać jak pies za patykiem".

Taką historię usłyszałam niedawno od czytelniczki i za jej zgodą, publikuję ją tutaj.

Pomyślałam sobie: cholera jasna, ile takich historii znam? Z życia innych ludzi, z filmów, z opowieści, a wreszcie z własnego doświadczenia?

Kiedyś poznałam bardzo fajnego faceta. Dwa lata starszy, wysoki, broda, wysportowany, uroda Hugh Jackmana. Poszliśmy na kilka randek i na ostatniej zaczął zadawać bardzo konkretne pytania. Np. ile kilometrów jest z mojego miasta do jego. Czy mam samochód, a jeśli nie, to czy mogę pożyczać. Czy mam kosmetyczkę, czy mam dużą czy małą walizkę, a może torbę.

Była to nasza ostatnia randka, bo okazałam się niewygodna i niepraktyczna. On oczekiwał przede wszystkim wygody, a ja prawdopodobnie miałam być dodatkiem do jego planu dnia. Miałam to szczęście, że napisał mi coś w rodzaju feedbacku:

Fajna z ciebie dziewczyna, świetnie mi się z tobą gada i spędza czas, ale szczerze ci powiem, że nie chce mi się bawić w jeżdżenie po ciebie, gdybyś nie mogła przyjechać samochodem. A związek na telefon mnie nie interesuje.

Pomyślałam sobie, że żadna strata, bo ktoś z takim podejściem nie mógł traktować mnie poważnie, tylko przeprowadzał sobie jakiś cykl kalkulacji: co się opłaca, co nie, co jest ok, a co będzie męczące i niewygodne. Mimo, że było mi szkoda, bo randki polegały na ocieraniu łez ze śmiechu, wiedziałam, że dobrze się stało.

Ludzie potrafią być cholernie leniwi, a przez to beznadziejni. Poza czubkiem swojego nosa nie są w stanie zobaczyć nic innego, niż swój własny interes. Nie myślą o tym, ile można w życiu zyskać i zdobyć, przez opuszczenie swojego kurwidołka i zapierdziałej kanapy.

Piszę o tym w dniu, w którym po pracy będę jechać na spotkanie, przed którym się stresuję, ale wiem, że może przynieść wiele korzyści na wielu płaszczyznach. W dniu, w którym po tym spotkaniu, zamiast wejść do wanny z pianką, usiądę i będę dosłownie tworzyć coś od zera. Piszę to również w dniu, w którym mam ochotę uciec od miliona trosk i zmartwień, a mimo wszystko się z nimi mierzę - wstając wcześniej rano, załatwiając własne sprawy, starając się o nie.

Wiem jedno, że w życiu powinniśmy dawać z siebie dużo. W swoim domu, pracy, dla znajomych, dla ludzi z którymi się wiążemy. Powinniśmy robić wszystko, by w tych ważnych dziedzinach być w porządku i fair, nawet jeśli będzie to generowało jakieś nakłady pracy, wzmożonego wysiłku i stresu. Mówię to z pełną premedytacją, bo istnieje równolegle dwadzieścia innych spraw, na które nie mamy wpływu, a przedkładamy je nad rodzinę, związki, obowiązki i pasje.

Ważniejsze jest trzepanie kasy, jej konsumpcja, zmęczenie, poczucie, że będzie można mieć święty spokój i nie musieć nic robić - szukanie miliona wymówek i usprawiedliwień na swoje życiowe lenistwo obejmujące praktycznie każdą dziedzinę życia, bo potrafi ono dać ułudę bezpieczeństwa. To bezpieczeństwo jednak nazywa się stagnacją.

I mimo, że problem łatwiej i szybciej zamknąć w słoiku, odstawić na półkę i pójść spać, to jednak nie warto czekać, aż pleśń zacznie go zżerać od środka. Zawsze trudniej jest stawić czoła problemom: zgiąć kark, schylić głowę, zacisnąć pasa, ciężej pracować.

Ale zawsze lepiej jest doszlifować chropowatą deskę, niż pozwalać drzazgom na wbijanie się w palce.

Podobne wpisy

  • Kurcze, nie wiem co myślę o tym co napisałaś. Ta pierwsza część mi się nie podobała. Może dlatego, że ja rozumiem takiego chłopaka. Nie zrozum mnie źle, to nie tak, że nie byłaś warta zachodu, ale mam na myśli, że jest ogrom ludzi – czy to takie straszne, że ktoś nie chciał komplikować sobie życia? (Tak, dla mnie ten powód który przytoczyłaś również był głupi, ale potrafię to zrozumieć).
    W kwestii życia jako takiego, zgadzam się że nie powinniśmy ulegać stagnacji. W kwestii związków – nie. Nie uważam, że lepiej jest szlifować związki. Takie deski powinno się wyrzucać, właśnie po to, żeby nie dopadła nas frustracja z rodzaju: tyle się narobiłem i dalej gówno? Ta cała filozofia naprawiania związków do mnie nie przemawia. Jestem w udanym związku i choć są ścinki, jak w każdym, to nigdy w życiu nie musieliśmy nic szlifować. Po prostu było dobrze. I namawiam głęboko żeby wyrzucać, do momentu aż znajdzie się tą dobrą.

    • krotkiporadnik

      Źle mnie zrozumiałaś. Nie uważam, że ciągnięcie związków na siłę, lub kontynuowanie takich, które blokują rozwój jest dobre. Uważam jednak, że jeśli jest miłość, która zawsze funkcjonuje obok życiowej rutyny składającej się z pierdyliarda błahych rzeczy, przechodzenie w stan wygodnictwa jest leniwe. Kolejny przykład: pchasz kogoś do przodu, motywujesz, ktoś nic nie robi, za to zapewnia ciągle o swojej miłości, bo ma łatwo. Kiedy jednak musi zrobić cokolwiek, co wymaga ruszenia się z domu, spania poza nim, zrezygnowania z totalnie utartych schematów, nagle się okazuje, że przyzwyczajenia są silniejsze, a człowiekowi zwyczajnie się nie chce ich zmieniać. Ja nie piszę o sytuacji bycia w toksycznym w związku.
      I nie zgodzę się z Tobą, że „problem” samochodu, to w kontekście fajnej chemii jest komplikacją życia. A nawet jeśli jest nią w małym stopniu, to właśnie clue tej sprawy: że takie pierdoły są ważniejsze od tego, co może dać fajna relacja.

      • Po swojemu Cię zrozumiałam, jak to typowy marudny czytelnik ;) a z Twojego komentarza wnioskuję, że ten tekst jest trochę taki jak go najpierw odebrałam: dwutorowy, jak o dwóch sprawach. ;)
        A z samochodem tak jak mówiłam – też uważam, że to był głupi powód. Acz z drugiej strony delikatnie chłopa rozumiem.

  • Twój amant wybadał drobiazgowo co mu się opłaca, a co nie. Mimo jego lenistwa- przynajmniej był fair w stosunku do Ciebie pod jednym względem – powiedział, że mu się NIE CHCE.
    Nie musiałaś zachodzić w głowę i zastanawiać się co tak naprawdę się stało. Nie musiałaś domyślać się jak w historii czytelniczki przedstawionej na początku. Wracając do niej – może to niewygodne pytanie, ale czemu szukanie pracy zajęło jej kilka tygodni, a może nawet dłużej?

    • Dobra, złapałam się teraz na tym, że mój komentarz do bohaterki z listu wygląda nieco oskarżycielsko: „jak mogłaś tak długo szukać pracy? Biedny chłopak sam płacił za chleb”.;)

      • krotkiporadnik

        Wiesz, proces szukania pracy optymistycznie zazwyczaj zajmuje kilka tygodni… ;) w wersji real life to czasem miesiące.

    • krotkiporadnik

      Bardzo możliwe, też ceniłam po czasie to, że przynajmniej nie musiałam się domyślać, kiedy nie zadzwonił czwarty raz. Nie zmienia to jednak faktu, że podejście ludzi potrafi być do bólu materialne.

    • Jeśli nie znasz osób, które bezskutecznie szukają pracy całymi miesiącami, to tylko pozazdrościć życia w fajnym świecie. Jeśli się nie chce wziąć czegokolwiek – typu praca na kasie, kelnerowanie, bo to są ciężkie fizycznie prace dla ludzi bez kwalifikacji, słabo płatne i raczej krótkoterminowe – to czasem naprawdę się można naszukać.

      • Beata C.

        Praca na kasie jest pracą dla ludzi bez kwalifikacji? I myślisz, że idąc na zakupy np. do Rossmanna obsługuje Cię osoba bez wykształcenia, która wzięła byle jaką pracę? Zdziwię Cię, bo ja pracuję w takim miejscu a jestem osobą z wykształceniem wyższym i na moim sklepie większość dziewczyn takie posiada. Ponadto, weź pod uwagę, że nie wszyscy mają bogatych rodziców/narzeczonego/męża/chłopaka którzy będą ich miesiącami utrzymywać. Niektórzy muszą po prostu o siebie zadbać sami i zamiast siedzieć w domu i szukać pracy, muszą pracować „gdziekolwiek”, żeby mieć co do garnka włożyć.

        • Bez kwalifikacji, a bez wykształcenia, to cholernie różne rzeczy. Chyba, że Ci wszyscy ludzie o których mówisz, skończyli jakieś kierunki ,,obsługa kas i obsługa klienta”? Poza tym przeczysz sobie trochę. No albo się oburzasz, za sformułowanie „wzięła byle jaką pracę” albo potem piszesz, że niektórzy muszą pracować gdziekolwiek. Nie da się tego łączyć…
          *Dygresja: absolutnie uważam, że praca kasjerki jest ciężka i niewdzięczna- nie ujmuję ani grama.

          • ja mysle, ze to tez zalezy o jakie doswidczenie chodzi. jezeli pani w rosmanie skonczyla studia prawnicze czy technikum hotelarskie to co mnie to interesuje, ze ma wyzsze wyksztalcenie? :) jezeli skonczyla jakis kierunek zwiazany z kosmetykami, chemią, czy zabiegami kosmetycznymi- wtedy ma doswiadczenie i do tego kwalifikacje :)

          • Beata C.

            Technikum Hotelarskie nie daje wyższego wykształcenia…
            I widzisz, to przykre, że Cię to nie interesuje. Nie chcę się tu zagłębiać w różnorodność przeżyć życiowych, ale to że ktoś ma wykształcenie wyższe np. prawnicze, a pracuje na kasie może świadczyć np. o tym, że ma ciężką sytuację życiową i nie może sobie pozwolić na zdobywanie doświadczenia poprzez bardzo słabo płatne prace w kancelariach i musi zarabiać w inny sposób. Ja wolę siedzieć na kasie i zarobić sobie sama na jedzenie, ubrania itp. a po godzinach zdobywać doświadczenie w moim fachu, niż siedzieć na stażu za 800 zł i zastanawiać się czy w tym miesiącu jem i śpię pod mostem, czy śpię w wynajętym pokoju, ale nie jem.
            Przykro mi, że nie doceniasz cudzego trudu włożonego w zdobywanie wykształcenia, w 5 lat ciężkiej pracy i nauki, ale przez to, że ma problemy natury prywatnej nie może realizować się zawodowo.

          • No wszystko to prawda co piszesz, ale na litość… czemu to ma ją interesować? I jak ma to docenić tak w ogóle, przecież nikt nie ma napisane tego na czole.

          • sorry, z technikum to wiem, pomylilo mi sie, pomyslalam o wyksztalceniu srednim tak na chwile.

            poza tym Beato, zle mnie zrozumialas. moj komentarz to byla odpowiedz to olgacecylia, chcialam jej tylko zaznaczyc, ze jest duza roznica pomiedzy wyksztalceniem a kwalifikacjami.

            moj komentarz moze i brzmi zlosliwie, ale jest od strony klienta – pani w rossmann powinna byc moim zdaniem obeznana ze swoimi produkatmi, wiec uwazam, ze wiedze „jako-taką” powinna zdobyc. A niestety na studiach prawniczych jej nie zdobędzie. Takze pani prawnik moze i ma wyksztalcenie, ale nie ma kwalifikacji.

          • Beata C.

            Jeśli przeczytałabyś mój komentarz uważnie, zauważyłabyś, że słowo „gdziekolwiek” ujęłam w cudzysłów. Miało się to odnieść do słowa „czegokolwiek” użytego w komentarzu użytkownika olgacecylia.

          • Jeśli przeczytałabyś mój komentarz uważnie, zauważyłabyś, że moja wypowiedź dotyczyła pytania „dlaczego ta dziewczyna tak długo szukała pracy?”. Miało się to odnieść do pytania Anny, a jeśli odczytałaś to jako deprecjację osób wykonujących proste prace w usługach, to już niestety nie jest mój problem.

        • Nie napisałam, że każdy kelner czy kasjerka to osoba bez wykształcenia, tylko że wykształcenie i kwalifikacje (egzaminy zawodowe, certyfikaty, na przykład) nie są do tych prac niezbędne. Do kasy w Lidlu biorą każdego, kto ma książeczkę sanepidowską, sprawdziłam.

          Sama byłam kelnerką z maturą i certyfikatami językowymi i wierz mi, jestem ostatnią osobą, której można byłoby zarzucać, że nie rozumie sytuacji, w której trzeba brać jakąkolwiek pracę. Przeczytaj ponownie mój komentarz i spróbuj go zrozumieć, bo odczytałaś go zupełnie opacznie.

  • Rezygnować z dobrze zapowiadającego się uczucia dla zwykłej wygody. Paranoja. Ludzie chcą mieć wszystko łatwo, prosto i najlepiej żeby nie musieli w ogóle wstawać z kanapy. Nie rozumiem dlatego tak ciężko im zrozumieć, że na szczęście sobie trzeba zapracować…

  • Ktoś z takim podejściem to konsument, a nie partner. On kupuje produkt: Ciebie. Potrzebuje, żebyś była na wyciągnięcie ręki, geograficznie kompatybilna, zawsze w humorze i dobrze gotowała. Sam od siebie nie wymaga nic, bo to za duży wysiłek. Tylko że ludzie nie są pralką z siedmioma programami prania czy najnowszym modelem smartfona. Ludzi się nie używa, z ludźmi się współpracuje i wchodzi w relacje – obustronne. Szkoda, że tak wielu o tym zapomina.

  • jak dla mnie wszystko o czym piszesz, to przeokrutny symbol tego, jak bardzo lubimy chodzic na skróty, jak bardzo chcemy, żeby było łatwo i przyjemnie, żeby brać, nie muszac zbyt wiele od siebie dawać.

  • M.

    Romantyzm romantyzmem, ale ja tez nie chciałabym związać się z kimś bardzo odległym. Mam dziecko, które jest dla mnie najważniejsze, jest moim absolutnym życiowym priorytetem. Nie chciałabym mu zmieniać środowiska, szkoły, kolegów, by się przeprowadzić do ewentualnego partnera. Mam silną traumę z własnego dzieciństwa jeśli chodzi o zmiany miejsca zamieszkania i tego swojemu synowi nie zrobię. Kursowanie z jednego końca Polski w drugi kosztuje masę pieniędzy, którymi nie śmierdzę, a przecież mam na utrzymaniu nie tylko siebie. Tak więc, niestety, czasami pragmatyzm brutalnie się odzywa.
    Chętnie wejdę w dobry, ciepły związek, ale nie za wszelką cenę.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress