Trudne własnego początki

8 czerwca 2015 Blog

afterlightOstatnia dekada mojego życia dała mi jedną lekcję: nie warto tracić energii na rozpamiętywanie tego, że coś nie poszło i nie idzie po mojej myśli. Że kiedyś będzie lepiej, że nie jest najgorzej, że trzeba życie zaakceptować takim, jakie jest, ale nie zapominać o tym, czego się od niego oczekuje i o planach do zrealizowania. Nadal się z tym wszystkim zgadzam, ale czasami jest naprawdę trrruuudno.

Od pewnego marcowego tygodnia, w którym życie poprzestawiało mi się aż dwa razy, prowadzę życie początkującej freelancerki i nieco bardziej świadomej blogerki. Myślę, że wiele osób z zewnątrz może widzieć to tak, że w momencie, w którym dostałam dwie statuetki Bloga Roku, podjęłam decyzję, że pierniczę etat i idę na blogerski wypas.

Prawda jest taka, że odkąd postanowiłam wykorzystać ten moment, kiedy niejako los zadecydował o tym, że zostałam bez pracy, a także, że odniosłam jakiś tam sukces, żyje mi się zupełnie inaczej. Nie łatwiej, nie trudniej, nie milej. Inaczej.

Widmo bezrobocia jest przykre, żeby nie powiedzieć, że wydaje mi się straszne. Szczególnie mam tu na myśli brak celu i rytmu dnia. Początki bezrobocia mogą nawet wydawać się przyjemne. Tydzień nagle ma siedem dni, a nie tylko dwa, w których faktycznie dysponuje się całym swoim czasem. Niedziela może równie dobrze wyglądać jak piątek, można rano wybrać się na zakupy, pooglądać ludzi na mieście i kupujące artykuły na obiad babcie. W pierwszym tygodniu bez pracy, codziennie wstawałam o 7:30, jadłam śniadanie, sprzątałam w domu, wysyłałam maile i szukałam pracy oraz zleceń, o 11:00 wychodziłam z domu na zakupy na obiad, odebrać listy z poczty, a potem szłam na huśtawkę na plac zabaw (w okolicach południa świeci pustkami) i próbowałam odnaleźć przyjemność w tej całej wolności.

No bo co to za wolność, jeśli się myśli ciągle o tym, co teraz zrobić. Szukać na siłę czegoś, za co będzie można przeżyć, pójść na ciepłą i dobrze płatną posadkę w korporacji (nieomal się wydarzyło), wyprowadzić się gdzieś daleko i zmieniać wszystko, tylko po to, żeby móc robić to, na czym się znam i z tego żyć.

A co, jeśli to wszystko wydarzyło się po to, żebym zaczęła wreszcie robić to, co lubię i na czym naprawdę mi zależy? Że może powinnam zacząć traktować pisanie jako sposób na życie? Że może powinnam wyjść out of the box i pomyśleć o pracy trochę inaczej? Bo czy ja naprawdę muszę mieć szefa, umowę o pracę, dodatki i etat?

Gdy sobie to zwerbalizowałam, przegadałam temat ze sobą i z bliskimi mi ludźmi, nabrałam większej odwagi, żeby potraktować tę decyzję serio. No, bo ponoć tylko nieroby i lenie do swojego nicnierobienia dorabiają filozofię, więc może ja też? Bo może zwyczajnie nie chce mi się słać tych CV, pisać listów motywacyjnych, przechodzić testów kwalifikacyjnych i mówić, jak świetnie się znam na dorabianiu filozofii wokół pisania o margarynie, piwie, kosmetyku, czy w imieniu pijanej czeskiej wiewiórki.

Dobra, nie: zwyczajnie. Na pewno nie chce mi się udawać, że wierzę w to, że tak chcę się realizować. To jest lekkie, czasami nawet przyjemne, ale to nie jest coś, o czym potrafię z wypiekami na twarzy opowiadać znajomym. To nie jest coś, o czym myślę dłużej, niż przez 30 sekund od zakończenia pracy. To nie jest coś, w czym widzę jakiś większy sens.

Z jednej strony tęskno mi do wielkich miast, w których żyłam i planowałam żyć. Chciałabym móc zadzwonić w piątek do jednej i drugiej koleżanki, umówić się w jednej z tych knajp w stylu: rzeka, leżak, piasek i znośne piwo (swoją drogą, nigdy jeszcze w takiej nie byłam). Zabrać mamę w sobotę na jakiś koncert i kolację do porządnej restauracji. Mieć kaprys i kupić sobie bilet na dobry pociąg i w kilka godzin znaleźć się na piasku, ale nad polskim morzem. I nie myśleć o jednej rzeczy: o pieniądzach.

Z drugiej strony, tęsknię do takiego prawdziwego życia. Do konfrontowania się z jego różnorodnością, a przede wszystkim do ciągłego poznawania nowych, kompletnie różnych osób. Śmiejcie się, ale moje serce naprawdę się czasem rwie do tego, żeby pieprznąć wszystkimi swoimi ambicjami i pójść pracować do kiosku, albo zakasać rękawy i zapieprzać jako salowa. I też nie myśleć o pieniądzach, ale dlatego, że po prostu będzie ich tak mało, że nie będzie mnie na nic stać.

Pisząc to, nie mam żadnego obranego stanowiska, ani tezy, którą chcę udowodnić. Po prostu, teraz jest ten moment, w którym jestem na jakimś rozdrożu i zadaję pytanie, którą wybrać drogę.  A może jedna wcale nie wyklucza tej drugiej? Może ta druga potrafi się zazębić z tą pierwszą? Nie wiem.

Ostatnio przeczytałam tekst Jana Favre o jego spełnionym marzeniu, czyli o zostaniu pełnoetatowym i niezależnym blogerem. Ja prawie nie czytam blogów, więc cieszę się, że kiedy akurat postanowiłam coś przeczytać, trafiłam na tekst, trochę do/o mnie.

W sensie, że ktoś widzi sens w tym co robię oprócz mnie, w sensie, że pojawiają pierwsze większe pieniądze, w sensie, że chyba będzie można zrobić z tego sposób na życie.

„Chyba”, bo to wciąż wydaje mi się ulotne, nienamacalne. Nie wiadomo, czy zaraz się nie skończy. Taka złudna fantazja.

Jan Favre, StayFly.pl, Gdy sen się spełnia...

Nie wiem, czy za rok będę mogła napisać taki tekst jak Jan. Czy to "chyba" stanie się czymś pewnym. Czy ta fantazja stanie się moim prawdziwym życiem. Czy będę mogła zaprosić na kolację kogoś bliskiego i zaproponować dobrą przystawkę, główne danie i deser. A potem bez najmniejszego problemu i stresu za nią zapłacić. Czy będę mogła sobie kupić bilet na pociąg czy autobus bez proszenia połowy świata o zrobienie za mnie przelewu, bo mój jeszcze nie dotarł, ale w firmie mówią, że już, lada dzień powinien być.  Że będę mogła się dzięki temu podzielić tym, co mam, z kimś, kto tego potrzebuje.

Podobno, jeśli coś nie boli, to znaczy, że za mało się staramy, więc w myśl tej idei, wierzę, że robię dobrze zaciskając pasa jak mogę i, że to trudne dobrego początki. Ale czasem naprawdę, naprawdę brakuje mi cierpliwości, pokory i pewności, że będę prowadzić normalne, regularne i niezależne gospodarstwo domowe.

No, więc Wam się pożaliłam, ale mama pożyczyła (o ironio!) mi laptop (mój leży nieżywy), więc korzystam.

Dobrego tygodnia!

Podobne wpisy

  • Moim zdaniem, z ekonomicznego punktu widzenia, warto mieć więcej niż jedno źródło dochodu. Nie jest to oczywiście takie łatwe do zrealizowania, sam cały czas szukam drugiego.
    Tak czy inaczej, najgorsza jest stagnacja. Kilka razy w życiu podejmowałem drastyczne zmiany i zawsze przynosiło to poczucie większej wolności, szczęścia i samorealizacji, chodź nie twierdzę, że było łatwo. Zazwyczaj to co wartościowe, ma swoją cenę.

  • no marta

    ja mam wrażenie, że nie jest łatwiej, ani trudniej na własnym – jest inaczej. najważniejszy (dla mnie) aktualnie cel, to umiejętne rozporządzanie czasem, bo po roku z własną działalnością nadal mam z tym ogromny problem. Powodzenia :)

  • Nie wiem w którą stronę pójdziesz. Ala masz dużą swobodę wyrażania myśli i bardzo przyjemnie się to czyta. Pewnie to już wiesz ;) Więc cokolwiek zdecydujesz, mam nadzieję że nadal będziesz to robiła.

  • Cóż, jestem od jakiegoś czas dokładnie na takim etapie życia. W sensie nie zeby zostawac zawodowym bloggerem, ale żeby zacząć dawać sobie radę bez korpo.

    Daję radę, ale właśnie jest słodko-gorzko. Tzn, no…. super jest, ale właśnie ta nachodząca mnie okresowo niepewnośc „co dalej”, oraz „czy ja na pewno spędziłem ten tydzien konstruktywnie” jest czymś zupełnie nowym i nieznanym. Człowiek jakoś łatwo zapomina o tym, że gdy siedział na etacie pojawiało się pytanie „i tak ma wyglądać całe moje życie?”.

    No, powodzenia!

  • Jeszcze nigdy w życiu nie pojawiła mi się myśl, że mogę pracować dla kogoś innego niż siebie, chociaż pracuje cały czas nie dla siebie:D

  • papugazusa.wordpress.com

    Duże miasta są świetnym poligonem doświadczalnym, w prawie każdej dziedzinie. Zwłaszcza, jeżeli nie musisz chodzić do korpo 5/6 dni w tygodniu. Człowiek dopiero wtedy może je odkrywać i delektować się nimi. Nawet wypad na wieś lepiej wtedy smakuje. Z pewnością można więcej zobaczyć i przeżyć, bo zmysły są jakby wyostrzone i głodne.Życzę powodzenia oraz płodnych wyborów bo jak mawiał Don Draper ;) „It’s the beginning of something… not the end”

  • Hej. Witaj. Znajoma rzuciła mi link do Twojej opowieści o internetowym manipulatorze. Przeglądam Twe posty od godziny i widzę, że na wiele spraw mamy podobny pogląd.

    A teraz ad rem: od wiosny zeszłego roku jestem freelancerką. Ze sfrustrowanej do imentu i zanudzonej na śmierć asystentki prezesa Buraka zostałam głodującą bohemą. Nigdy wcześniej nie miałam tak nikłych przychodów – i nigdy dotąd nie czułam się tak szczęśliwa.

    Brak dyszącego mi w kark przełożonego, brak idiotycznego dress code’u (żakiety! Ktoś to paskudztwo w ogóle nosi z własnej woli?) a przede wszystkim – pełna swoboda w decydowaniu, jak chcę spędzić dzień. Mogę pracować. Mogę próźnować – najwyżej później zawalę nockę. Nie oddałabym tej wolności za żadne firmowe apanaże. Strach, że nie mam żadnych oszczędności i co ze mną będzie w razie choroby puka uporczywie do okna. Póki co odpycham go nogą.

    Jak to w ogóle możliwe – utrzymywać się z pisania bloga? Jestem zaintrygowana. Czy mogłabyś coś o tym napisać, czy też to jest tajemnica?

    Pozdrawiam,
    Nina

  • Dobrze wiem o czym mówisz. Może ja nie rzuciłam pracy, ale próbuję swoich sił od kilku lat. Chwilowo coś mam, ale zapewne przyjdzie taki moment, że zostać bez niczego.

    Wielokrotnie okazywało się, że nie mam do niczego umiejętności lub dobrego CV, żeby dostać cokolwiek związanego z doświadczeniem lub wykształceniem. Ty już coś masz. Jesteś świadomą osobą. Wiesz czego chcesz, za co Cię podziwiam, jednocześnie będąc jednym z nas.

    Teraz próbuję zacząć coś drugiego, ale nie jest to łatwe. Marzy mi się duże miasto, ale to ryzyko postawienia wszystko na jedną kartę i powrót z podkulonym ogonem do domu mnie przeraża.

    Ty dasz radę! – wiem to i widzę.
    Wszystkiego Najlepszego na nowej freelancerskiej ścieżce:)

    M.

    P.s. Gratuluję świetnego bloga:)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress