Tato…

25 czerwca 2015 Blog

IMG_6048

Wczoraj zostałam poproszona o napisanie czterech zdań o sobie. Jako, że w tym roku robię to nadzwyczaj często, tym razem postanowiłam napisać coś, co nieznajomy mi człowiek powinien według mnie wiedzieć na mój temat. Bardzo chciałam napisać, że najzwyczajniej w świecie lubię się śmiać. Śmiać się z zabawnych rzeczy, być rozśmieszaną i rozśmieszać innych. Postaram się poniżej wytłumaczyć, dlaczego akurat uważam to za tak ważne.

We wtorek był Dzień Ojca. Od niedzieli myślałam o tym, żeby coś z tej okazji napisać. Jednocześnie robiłam wszystko, żeby tego nie zrobić. Wkręciłam się na szybko w jakiś serial (swoją drogą, mogę polecić Orange is the new black), w spotkania, w jakieś niekonieczne obowiązki. Wszystko, żeby przypadkiem jednak nie usiąść przed komputerem i nie pomyśleć o Tacie tak, jak nie znoszę o nim myśleć, czyli z tęsknotą.

Karma's a bitch mówią za oceanem, ale jak widać, w Polsce ta reguła działa w najlepsze. Chciałam uniknąć zetknięcia się z tym tematem, więc los sprawił, że się z nim musiałam zderzyć niczym buldożer ze ścianą.

Kilka tygodni temu jakoś tak się złożyło, że poczułam potrzebę poznania moich rodziców, nie jako czyjąś matkę i czyjegoś ojca, ale jako ludzi, którzy coś lubią, a czegoś nie, albo którzy kradli w sklepie cukierki, kiedy byli mali. O ile w przypadku Mamy jest to proste, bo mam ją przy sobie, tak w kwestii Taty, musiałam się już nagimnastykować. No, ale stało się tak, że odezwał się do mnie jego szkolny kolega, spotkaliśmy się i opowiedział mi o tym, jaki był mój Tata w liceum.

Bałam się tego spotkania, rozgrzebywania ranek i drapania strupeczków, ale okazało się, że było nie dość, że znośnie, to nawet udało mi się ani razu porządnie nie wzruszyć.

Tata mnie nie rusza na co dzień. Mogę o nim rozmawiać praktycznie z każdym i nie czuć piknięcia w sercu, że go nie ma. Zaakceptowałam jego chorobę i śmierć właściwie z automatu, no bo:

- tak widocznie miało być, - takie rzeczy się zdarzają, - ktoś musi chorować na raka, - ktoś musi znaleźć się akurat w tym procencie pacjentów, których po prostu nie da się wyleczyć - może i miałam mało czasu, ale miałam wspaniałego ojca.

Raz w życiu poczułam się "gorsza" (cudzysłów, bo to też nie do końca fortunne słowo) z powodu jego nieobecności. Było to na weselu, na które poszłyśmy we trójkę: ja, moja mama i moja siostra. Wszystkie zabawy rozplanowane na pary, na żony i mężów, narzeczone i narzeczonych, a my siedziałyśmy jak kołki przy stole. Szybko się zorientowano, że jest, jak jest, więc z życzliwości, zawsze jakiś mężczyzna brał nas do zabawy. Było to bardzo dżentelmeńskie, uprzejme i... potwornie, potwornie przykre.

Oprócz tego jednego razu, ani razu nie narzekałam na swój los. Tak się po prostu stało. Jakby potworne to nie było, to jest to, mimo wszystko, normalne. Ale tęsknić za Tatą nienawidzę.

Jakiś czas temu napisała do mnie nieznajoma mi dziewczyna, która przeżyła śmierć najbliższej osoby i potwornie cierpiała z tego powodu. Chciała wiedzieć jedno: czy będzie mniej boleć. I wtedy do mnie dotarło, że nie. Jedyne co się zmienia, to perspektywa i dostępność do pewnych wspomnień.

Już nie pamiętam tak wielu cholernie istotnych rzeczy, jak jego butów w przedpokoju. Zniknęła mi z pamięci jego wielka porządna zimowa kurtka, która swoim ciężarem zawsze przewracała wieszak. Zapominam, że na śniadania uwielbiał jeść banany i Actimele (cholera, od tylu lat nie mam Actimela w lodówce...), a na kolację często jadł kanapkę z żółtym serem, pomidora i cebulę, którą jadł jak jabłko, a ja uważałam to za supermoc. Zapomniałam, że mieliśmy psa, którego on bardzo kochał i z którym codziennie wieczorem chodził na spacer. Że ubrania na jutro miał na oparciu krzesła w kuchni. Że nigdy nie leżał na sofie tylko na podłodze, z głową opartą o sofę. Że uwielbiał Akademię policyjną, Nagą broń i komedie z Chevym Chasem. Że rano zawsze cały dom pachniał jego perfumami. Że robił najlepszą lasagne ze szpinakiem, jaką w życiu jadłam i że lubił pić Pilsner Urquell i Żywca. Oglądał Wołoszańskiego i czytał dużo gazet.

No więc o tych rzeczach się zapomina. Nie na zawsze, tylko tak jakby się je wrzuca do chmury, ale zwalnia się miejsce na dysku twardym. Nie potrzebujesz ich na co dzień, ale zawsze kiedy chcesz, możesz sobie je ściągnąć, albo przejrzeć.

Kiedyś mój znajomy, cytując kogoś, powiedział mi, że najbardziej bolą nas te najlepsze wspomnienia, jakie mamy. I to jest prawda. Dlatego mogę godzinami zaśmiewać się z historii na jego temat, które są śmieszne, zabawne i stanowią bardzo często obowiązkowy punkt imprez, świąt i innych spotkań rodzinnych, kiedy sobie wszyscy zdajemy sprawę, jak bardzo jest inaczej, odkąd go nie ma. Mogę w miarę spokojnie myśleć o jego niekoniecznie dobrych decyzjach, które do dziś wybrzmiewają echem na życiu moim i moich najbliższych. Z tym właściwie się godzę bez zająknięcia, bo wiem, że wkrótce ten impas się skończy.

Jest jedna rzecz, z którą jednak nie mogę sobie poradzić, dlatego nie chcę się z nią stykać, mierzyć, a tym bardziej zderzać, tak jak dziś. To jego bezbronność.

Dzisiaj moja mama przyniosła do domu prawdziwy skarb. No, bo jak inaczej nazwać wpis mojego własnego, prawdziwego, rodzonego Taty, do pamiętnika koleżanki, która to z kolei znalazła go po ponad czterdziestu latach i postanowiła pokazać go mojej mamie?

I ta moja mama powiedziała mi dzisiaj, co chce mi pokazać, a ja autentycznie zamarłam. Za Chiny Ludowe nie chciałam tego oglądać. Nie, nie, nie, nie i nie.

Nie musiałam niczego oglądać, żeby pójść niby spokojnie na górę, usiąść i się rozszlochać na kilka długich minut.

W końcu zebrałam się do kupy, poszłam na rower, pojechałam podlać kwiatki na cmentarzu, wróciłam i rozładowana fizycznym wysiłkiem, oznajmiłam, że mogę zobaczyć to coś.

Oczy mi biegały po tej karteczce, jak oszalałe: tu kwiatuszek, tu zagięty róg i sekret, tu podpis, tu wierszyk pisany dziecięcym pismem, którego nie znałam. Wybaczcie mi, ale: ja pier-do-lę. Jakby ktoś włożył mi rękę pod żebra, wziął w garść moje serce i je zaczął wyciskać, jak gąbkę po zmywaniu, aż cała piana się wypłucze.

Po raz pierwszy od tych dziewięciu lat od jego śmierci, a ponad dekady odkąd zachorował, po raz pierwszy zapytałam się świata: dlaczego? Co on, do cholery, takiego temu światu zrobił?! Czym sobie zasłużył, dlaczego tak się stało, komu to było potrzebne i czy chociaż nie mógł być gorszym człowiekiem, żeby nie było go aż tak potwornie żal? Po cholerę była ta cała tułaczka po szpitalach, te rezonanse, tomografie, skany, kontrasty, chemie, radioterapie, pety, operacje, zabiegi, zastrzyki, ta cała jebana nadzieja, że może z tego znowu wyjdzie?

Oczywiście, wiem, że na powyższe pytania odpowiedź jest jedna: tak miało być. Nie warto się nad tym zastanawiać, zamęczać się stosowaniem sprawiedliwości na własną rękę, trzeba to po prostu zaakceptować. I kiedy piszę to ostatnie słowo, to parskam sobie w myślach, bo czegoś takiego, tak wielkiej straty, nie da się zaakceptować. Można się nauczyć z nią żyć, ale z pogodzeniem się niewiele ma to wspólnego,

Jak sobie pomyślę, że tych czterdzieści kilka lat temu, mój mały Tato siedział przy biureczku i mazakami wpisywał się koleżance do pamiętnika, nie wiedząc jeszcze, że za kilkanaście lat przyjdzie mu się mierzyć z czymś tak okropnym i potwornym, jak rak, to mnie dławi w gardle i mam ochotę z tego strasznego uczucia żalu, rzucać rzeczami w ścianę, albo rozwalić okna.

A i tak to nic nie da.

Raz na jakiś czas, łapie mnie potworna panika, że i mnie to czeka. Że w genach mam przecież raka. Że muszę na siebie uważać trzy razy bardziej, niż większość ludzi. Że rodzice Taty też szybko umarli, że tendencja wieku jest spadkowa i że następna będę ja. W sekrecie Wam powiem (super sekret, skoro na blogu, huh?), że nieraz, kiedy się wieczorem szykuję spać, w łazience patrzę się w lustro i zastanawiam się, jak będę wyglądać, gdy w końcu zachoruję. Czasem sobie nawet myślę, że może lepiej by było zachorować czym prędzej, żebym nie zdążyła z nikogo zrobić wdowca i sieroty.

A przecież nikt nie wie, co się stanie.

Dlatego przez trzysta sześćdziesiąt dni w roku, wybieram przyjmowanie życia takim, jakie jest. A lubię je bardzo, tak, jak lubię świat dookoła, bo daje mi on poczucie jakiejś dziwnej stabilizacji. Że po nocy przychodzi dzień, po zimie wiosna, że w niedziele biją dzwony w kościele, a latem w piątek czuć grillowy dym z okolicznych podwórek. Przez te trzysta sześćdziesiąt dni w roku wiem, że śmierć jest częścią życia, a nie jakimś pasożytem, który się do niego podczepia. To coś, z czym jestem oswojona. Czasem tylko zdarzają się takie dni, jak ten dzisiaj, kiedy kartka z przeszłości jest w stanie zmieść mnie z nóg.

Dlatego, dla równowagi dla tych dni, przez pozostałych trzysta sześćdziesiąt, uwielbiam się śmiać. Śmiać się z zabawnych rzeczy, być rozśmieszaną i rozśmieszać innych

Mam to po Tacie.

Podobne wpisy

  • marta

    Bardzo się wzruszyłam czytając ten wpis, bardzo..

  • Bartek

    To… piękne.

  • Agnieszka Kaluga

  • Jot.

    Tak bardzo rozumiem te uczucia…

  • Kinga

    Bardzo się wzruszyłam. .. Pięknie piszesz. ..

  • Asia

    Pięknie napisane. ..

  • Ewelina Schweda

    rozwaliłas mnie na łopatki. …poryczalam się jak dziecko
    bo moja Mama ma raka i kiedyś poczuje dokładnie to, co Ty

  • Pati

    Ja też rozśmieszam ludzi tak jak mój tata, to chyba w genach. Kiedyś wśród rówieśników, w szczególności dziewczyn zawsze czułam się jak odludek, bo powinnam być poważna, cicha i być taka wielką DAMĄ. Z tym, że ja jestem damą, ale taką „nieokrzesaną” i czytając to, dałaś mi do myślenia. Od dziś będę dumna z mojego „śmiesznego” talentu, będę dumna z tego, że tato przekazał mi tak piękną cząstkę , która tak bardzo mi w życiu pomaga. Jutro przy śniadaniu mu za to podziękuję, a na razie dziękuję Tobie.

    :)

  • justyna

    ryczę cholera na maxa!

  • Nie mam słów. Jestem zmieciona.

  • Patusiowe Szczęście

    Nie jest ważne czy minie lata dziewięć, czy dwadzieścia jak w moim przypadku. Boli tak samo i będzie bolało. To tak jakbym była naznaczona tym cholernym rakiem. Odkąd urodziłam córkę to w mojej głowie rozpętało się szaleństwo. Oglądam każdą plamkę, badam się częściej, jakbym chciała powstrzymać coś ,co nie może się stać. Bo ja tego dziecku zrobić nie mogę. Jestem Jej przecież potrzebna jak powietrze. Wiem, że to wariactwo, czasem pukam się w głowę i zaczynam po prostu żyć. Bo będę żyła, długoooo i już. Pati jutro kończy rok. Swój pierwszy rok ze mną. To ja tych urodzin tak ze trzydzieści jeszcze chociaż poproszę…

  • Marlena Grzybek

    Dziś dokładnie minęły 4 lata od śmierci mojego Taty… Jakie to niesamowite, że akurat dziś trafiłam na ten blog! Dziękuję za ten wpis!!!

  • mumii

    Wyłam…nie jak dziecko…ale jak ranne zwierzę…z tęsknoty…za rodzicami…mam 33 lata i jestem sierotą…nie rak, ale sam fakt Ich śmierci…przeogromny ból…

    • epi

      To dobrze, ze masz okazję. Ja mam małe dzieci i nie moge przy nich wyć, i męża który patrzy na mnie z pogardliwym zniechęceniem jesli sie rozklejam, lub nawet pogarszam tempo obróbki domowo-dzieciowej.

  • ania

    Nie odbierze tego źle ale ja wam zazdroszczę chciałabym mieć choć przez moment dobrego tatę być córeczka tatusia i mieć mile wspomnienia nawet jeśli potem miało by go zabraknąć to bym wiedziała że mnie kochał ze był dla mnie najcudowniejszym tata. Niestety mój zawsze martwił się o siebie pił zdradzałmamę i cierpiała na tym cała rodzina. Były momenty ze przestswal ale niestety tych złych było sto razy więcej i nie myślę o nim dobrze. Myślałam że jak urodzi się dziecko i będzie miał wnuczka to coś się zmieni próbowałam kilka razy ale mimo iż jestem starsza 31 lat niestety tak samo to boli a nawet bardziej. Nawet się nie pojawił przy operacji mojej córki. Od kilku lat nie mamy kontaktu bo juz jestem zmęczona zbyt dużo emocji i złych wspomnień. Nawet kiedy byłam w ciąży dzwonił i mówił co kupi wnukowi swojej kobiety który nie ma z nim nic wspólnego a własną wtedy chorą wnuczka nawet się nie zainteresował. Łatwiej mi jak nie mam z nim kontaktu. Tylko czasem myślę czemu ja co ja zrobiłam ze mam takiego ojca? I zastanawiam się jak to jest ze dobrzy ludzie odchodzą a takie scierwo bez uczuć dalej chodzi po ziemi.

  • h.

    przepraszam, że… ale kurwa. kurwa. kurwa. to jest tak boleśnie, prawdziwie napisane, że aż mnie kłuje pod żebrami.
    wszystko to prawda.
    już Ci kiedyś pisałam, że jesteś geniuszem pisania, po prostu nie wiem jak to robisz, ale wyrażasz głęboko tkwiące we mnie myśli, moje prawdy, o których zwykle myślę, że tylko ja tak mam.
    „bo czegoś takiego, tak wielkiej straty, nie da się zaakceptować. Można
    się nauczyć z nią żyć, ale z pogodzeniem się niewiele ma to wspólnego (…)” – to moje, tak bardzo moje.
    dzięki.

    h.

  • zolwica

    Piekny wpis. Z glebi serca i szczery. Twoj tata bylby z Ciebie dumny. Wlasciwie to mysle, ze jest.

  • miejskiewiejskie

    Ja zostałam sama bo mama wolała wtedy inne zycie. Chwała Bogu ogarnęła sie… Ale dopiero kilka lat pozniej gdy nie miałam juz 16 lat i nie potrzebowałam opieki osoby dorosłej. Zostałam sama. Z pytaniami i ze łzami… Mam 32 lata teraz. Dwoje dzieci. Super mamę ktora chyba próbuje odkupić czas w którym jej nie było. Ale jego nie ma. Nie było przy maturze, na studiach, weselu przy pierwszej pracy i narodzinach dzieci… Nie było i nie bedzie. I z biegiem czasu coraz wiecej rzeczy zaciera sie w głowie. Nie pamietam jego głosu. Pamietam za to zapach rąk. Ten zapach bedzie mi towarzyszył do konca. Chciałabym zeby tak było.
    Pozdrawiam

  • Kamila Wronka-Jurasz

    Dziękuję za ten wpis. Piękny i ogromnie wzruszający

  • Ola

    Tak Justa, nie wiem czy choroba jest Ci pisana (oby nie), ale książka na pewno! Czekam!

    Co do wpisu, znam to, moja mama zmarła jak miałam 12 lat, po 7 operacjach, na guza mózgu. Była chora, długo. Miesiącami była w szpitalu, tata wydawał całą swoją kasę na leczenie, zapożyczał się, a ja siedziałam w domu z babcią. Znam to co napisałaś, z chmurą i dyskiem twardym, dokładnie tak jest.

    Jeśli mogę Cię jakoś pocieszyć, to jeśli nawet zachorujesz to za parę lat możesz mieć większe szanse wyleczenia niż teraz, nauka idzie do przodu :) Ale martwi mnie to, że podświadomie już zaakceptowałaś, że kiedyś będziesz chora (to jak patrzysz na siebie w lustrze i zastanawiasz się jak będziesz wyglądać jak już zachorujesz). Pracuj nad tym, zmień to. To, że Twój tata i jego rodzice mieli raka czy zmarli szybko, nie znaczy, że ty musisz. Dbaj o siebie, bądź pozytywna, nie myśl o chorobie jak o czymś nieuniknionym!!! Pal zioło :)

    Myślę jednak, i tu się z Tobą nie zgodzę, że taką stratę da się zaakceptować. Jak przestaniesz szukać powodów, myśleć czemu właśnie ta osoba i że tak miało być. Tak nie miało być, to się po prostu, zwyczajnie zdarza. Jedyne co mnie trochę kłuje to to, że moja mama wierzyła, że tak ma być i trochę przestała walczyć pod koniec, poddała się temu „losowi”, nie wiedząc, że los tworzyła ona sama. Ale po tylu latach choroby człowiek może mieć po prostu dość, więc właściwie jej nie winię. Przeczytaj książkę, którą Ci poleciłam.

    pozdro

    • eff

      Niech Cię to nie kłuje, moja Mama nie brała pod uwagę że umrze, a i tak umarła, wię to nie jest tak że jak myślisz pozytywnie to wyjdzesz z wszytkiego, jak sie teraz czesto o tym mówi. Niestety.

  • Ola

    czytałam ze ściśniętym gardłem…za kilka tygodni może miesięcy mnie to czeka… Moja mama umiera na raka mózgu. Już teraz ból jest straszny.. Dziękuje za ten wpis…

  • m.b

    moja mama odeszła w dniu urodzin mojego męża, w lutym tego roku. od pierwszych niewinnych symptomów choroby do całkowitego wyniszczenia organizmu minęło niecałe 7 miesięcy. Czas płynął wolno a rak przyspieszał. Najgorsze było to, że do ostatniego tchnienia byla świadoma – siebie, choroby, tego że zostawia tatę, mnie, brata, czworo wnucząt, które kochała nad życie… bardzo nam jej brakuje, a ja jeszcze nie mam siły by posprzątać w jej szafie… jestem 35 letnią sierotą …

  • Popłakałam się na tym wpisie.

    Przypomniał mi sie Ktoś. I to wcale nie boli mniej, tylko właśnie – te szczegóły i szczególiki są w takiej chmurze – zawsze mogę po nie sięgnąć, ale nie sięgam na codzień, bo nie chce ciągle ryczeć.

  • VQ

    <3

  • Paulina

    I ja tak tęsknię kazdego dnia, od 7 lat…

  • Alicja Kulesza

    Posłuchajcie piosenki Domowe Melodie pt. Tato.. Więcej słów nie trzeba..

  • Anja

    Przeczytalam twoją historię o tacie i widze w niej siebie,stracilam mame w wieku 10 lat,tez zauważam ze wiele rzeczy zapominam,ze nie ma dnia żebym nie czula pustki po niej i ze nigdy nie przestaje bolec…
    Mimo to wiem ze wlasnie tak miało być.
    Mimo ze mam dopiero 20 lat,to doskonale cie rozumiem :)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress