Szczęście to nie bułka z masłem

28 grudnia 2015 Blog

zwzk

Końcówka grudnia to strasznie spinająca pora roku. Wszyscy świętują, wszyscy się świetnie bawią, a co najważniejsze - wszyscy sobie czegoś życzą, a zawsze życzą sobie jednego. Szczęścia. Szczęście - słowo klucz. Ważniejsze od miłości, zdrowia, pieniędzy.  Tymczasem szczęście to kawał ciężkiej roboty i nijak nie wiadomo jak się z nim obchodzić.

O szczęściu i jego różnych aspektach pisałam tu kilka razy. Raz, że to najprostsza rzecz na świecie, innym razem, że to kwestia odpowiedniej perspektywy, a kiedyś podałam nawet antidotum na nieszczęście. Nigdy chyba jednak nie pisałam o tym, jak to jest, kiedy spotyka nas szczęście niewynikające z naszej własnej pracy (czyli na przykład awans w pracy, nagroda, sukces), tylko takie, które się po prostu przytrafia. Ok, nie mogę już bardziej na około tego powiedzieć, ale chodzi o połączenie dwóch słów:

Wierząc statystykom, osób tutaj jest trzykrotnie więcej, niż na Facebooku, więc nawet jeśli moje "na-chłopski-rozum" wyliczenia są nieco błędne, to kilkanaście tysięcy osób tu zaglądających nie wie, że od jakiegoś czasu jestem jedna drugą związku o charakterze uczuciowym. I o charakterze wyjątkowo fajnym. Efektem tej kolaboracji jest uczucie szczęścia, które trafia mnie czasem prosto w serce, czasem w kąciki ust, a czasem w splot słoneczny. Czasem uderza wtedy, gdy szóstą godzinę rozmawiamy przez telefon, a czasem w najmniej odpowiednim momencie, kiedy na przykład muszę być poważna i skupiona. Wszystko powinno być super, a my powinniśmy żyć długo i szczęśliwie, ale cholera, nawet nie wiecie, jak trudno takiemu wypłoszowi jak ja, takie szczęście po prostu przyjąć, jako stan obowiązujący i niepodlegający reklamacji.

No, bo dlaczego akurat na mnie padło?

Wyobraź sobie scenkę z koszmaru: idziesz na występ kabaretu. Ciocia dostała bilety, nie ma z kim pójść, więc prosi, żeby ktoś jej towarzyszył. Idziesz. Siadasz w fotelu, ciotka obok. Patrzysz na zegarek i liczysz tylko ile kwadransów zostało do końca. Posiedzisz, pochrząkasz z niesmakiem, z łaski trochę poklaszczesz, a może nawet parskniesz nieśmiałym śmiechem, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu. Spotyka cię jednak najgorszy z możliwych scenariuszy: skecz z publicznością.

Nim zdążysz się zorientować, błazen ze sceny palcem wskazuje na ciebie i zaprasza na scenę. Myślisz, że jeszcze masz wyjście, ale oświetleniowiec skierował na ciebie słup światła i już pół Domu Muzyki i Tańca gapi się na ciebie i czeka na dalszy rozwój sytuacji. Robisz więc pytającą minę, patrzysz wokół siebie, wskazując na klatkę piersiową, wydajesz z siebie nieme: Ja?!. Gostek z kabaretu błyskotliwie odpowiada: Nie, twoja stara..., a cała sala rży.

Tak, padło na ciebie.

No więc, kiedy się zakochujesz, a z czasem orientujesz się, że zakochujesz się tak na poważnie, a obiekt tego zazwyczaj niewydarzonego uczucia czuje dokładnie to samo, to pewnego poranka stajesz przed lustrem z głupkowato błogim wyrazem twarzy i zadajesz własnemu odbiciu to samo pytanie. Że niby ja?

Ludzie o zdrowym szkielecie emocjonalnym szczęście i dobre rzeczy przyjmują z taką samą oczywistością, jak jednorazówki przy kasie. Ludzie nieokrzesani, a do tych się zaliczam, szczęście i wzajemność uczuciową przyjmują jak list z informacją o wygranej wycieczce na Teneryfę, którą to mogą odebrać podczas specjalnego i wyjątkowego spotkania w przyszłą środę w sali konferencyjnej trzygwiazdkowego hotelu na wylotówce do Wrocławia. (Jeśli nie wiecie, o jakie spotkania chodzi, to szybko wyjaśnię, że są to spotkania, na których dadzą Wam żelazko/odkurzacz samochodowy/piekarnik piknikowy/bilet na Teneryfę w zamian za wstąpienie do Prestiżowego Klubu Przyjaciół Sukcesu i dokonanie wpłaty 10 tysięcy złotych do końca tygodnia  i pozyskanie do PKPS pięć nowych osób.)

Tak ogólnie węszę podstęp.

Przecież po pierwsze, to niemożliwe, bo się nie spodziewałam, a poza tym, to się chyba po prostu nie może stać tak, o. Po drugie, to jestem nie z tego miasta, więc na pewno nikt rozsądny i mądry się w coś takiego nie wpakuje. Po trzecie, wszyscy mądrzy, dobrzy, inteligentni i przezabawni faceci są dawno zajęci i na pewno nie siedzą na Tinderze. Po czwarte, to się zaraz może skończyć i na pewno tak będzie, bo zawsze tak jest. Po piąte, to może i jestem fajna w gadce, ale ewidentnie widać moją miłość do spaghetti, więc nie można tak bezinteresownie takiego pączka po prostu zaakceptować.  Po szóste, ok. Może i można zaakceptować, ale żeby się zakochać?! Coś, kuźwa, na bank jest nie halo, a ty siedzisz i rozmyślasz, co i kiedy się rozpierniczy, a przecież tak bardzo, bardzo tego nie chcesz.

Wtedy przychodzi czas decyzji. Albo będę tak siedzieć i snuć najgorsze wizje, bać się rozpierniczu, nie wierzyć w dobre intencje i zakładać same najgorsze, żeby tylko mniej bolało, kiedy ten rozpiernicz się wydarzy, albo uświadomię sobie, że te wszystkie piękne historie związków moich znajomych, to nie scenariusze ze Zbuntowanego Anioła, tylko normalne historie normalnych związków i że mogą, w związku z tym, się przytrafiać takim ludziom jak ja.

Przechodzenie na normalną stronę mocy wcale nie jest łatwe. Oswajanie się z dobrem drugiej osoby, która nie ma zamiaru podważać naszego poczucia własnej wartości, bawić się nim, uzależniać od siebie i ustawiać pod własne widzimisię, jest fascynujące i przypomina zdejmowanie warstw ubrań po spacerze w bardzo mroźny dzień. Nie dość, że masz gdzie odwiesić i kurtkę, i polar, to okazuje się, że dostajesz szufladę na spodnie, koszulki i bieliznę.

Nie wiem, czy i kiedy będę musiała te rzeczy spakować z powrotem do walizki i odejść, ale postanowiłam się tym nie umartwiać. A skąd wiem, że dobrze robię?

Kiedy mój bliski znajomy poznał dziewczynę, której dość szybko się oświadczył i którą poślubił, spytałam go:

- Adam, ale skąd ty wiedziałeś, że to jest to?

- Bo jak to jest to, to wszystko jest łatwiejsze, a nie zaczyna się komplikować.

Dzisiaj mogę powiedzieć też to, że kiedy przytrafia się coś, co wygląda na TO COŚ, to wszystkie, absolutnie wszystkie tamy zbudowane przeciw zaufaniu, nadziei, naiwności, wierze i uczuciom, po prostu pękają i zalewają po czubek głowy.

Jedyny byczy problem, jaki mam na swojej drodze to to, że z tego całego szczęścia chwilowo nie potrafię pisać, bo tak jakby, zajmuję się przeżywaniem życia.

I to jest chyba najnormalniejsza rzecz na świecie.

Podobne wpisy

  • Agata

    Cieszę się, że spotkałaś kogoś tak wartościowego i że jesteś szczęśliwa. Wierzę, że to jest TO i uczucie zostanie z Tobą na zawsze. Trzymam za Was kciuki!

  • Anna Emilianowicz

    W pierwszej chwili pomyślałam: „kolejna zakochana, a ja ciągle sama” ale po chwili -” hej, w takim razie mi też się może kiedyś uda i poszczęści” Cieszę się, niech kwitnie i trwa, pozdrawiam :)

  • Super, go girl! Bardzo miło się czyta takie wpisy. Imponujesz umiejętnością taktownego dzielenia się swoim życiem. Napisz coś czasem. I szczęścia! :)

  • Wiesz, założyłam na początku tego roku blog, na którym miałam opisywać, jak się ścieram z życiem, próbuję w nowym związku, walczę o siebie… a tymczasem znalazłam fajną pracę, jestem w fajnym związku i, że tak powiem, przeżywam życie. Pisze mi się trochę ciężko w związku z tym… High five! (Ale dobrze, że jednak się tu pojawiasz.)

  • Ela

    Nie jestem hejterką, ale właśnie jestem na etapie związku, w którym wszystko wydaje się trudniejsze, a nie łatwiejsze. Mój luby przechodzi wewnętrzną zmianę i wszystko wydaje mu się bezsensowne, nie potrafi cieszyć się życiem, a ze mnie moje wewnętrzne szczęście też ulatuje. Jego rodzina mnie „nienawidzi” (cudzysłów ze względu na to, że serio tak mówią, ale nie mają za co, nic im nigdy nie zrobiłam, to raczej takie złośliwe widzimisię). Kochamy się, ale zaczęło się mnóstwo problemów, kupno mieszkania, myśli o dziecku, ale co z rodziną, a co z jego depresją? Uważam, że związek to ciężka praca, poznawanie siebie, dawanie z siebie czegoś extra, szukanie różnych rozwiązań satysfakcjonujących obie strony. Na początku było bajecznie, prosto i w ogóle. Może gdybyśmy po roku wzięli ślub to też mogłabym powiedzieć, że wszystko stało się łatwiejsze. Teraz jest armagedon, a najprościej byłoby tym wszystkim rzucić i zacząć z kimś innym od nowa. Cieszyć się życiem i nie myśleć o problemach. Czuć motylki w brzuchu, niekończące się podniecenie. Ciesz się tym, co masz, jak najdłużej :) I nigdy nie dopuść do tego, żeby któreś z Was przestało się starać tak, jak na początku.

    • Marta

      Rzucić jak najszybciej i ratować siebie! Ja też litowałam się nad facetem z problemami, że taki biedny, chory, że muszę mu pomagać, wspierać go, kochać…Rzuciłam drania, zostałam z długami ale jestem wolna i szczęśliwa a dziecko będę miała z mężczyzną, który mnie kocha i szanuje i ciągnie mnie w górę.

  • GadzetyKobiety

    A ja za chu… steczkę nie wierzę. W mój happy end. Ale Wam – szczęścia. :) W końcu ktoś je musi na tym świecie mieć :)

    • Agata Lipiec

      Anka, jak Cię trzasnę… No, to uwierzysz – zakład, że w 2016 trafi i Ciebie? Słuchaj dobrej wróżki ;)

  • Jest coś w Tobie i Twoim blogu, co sprawia, że ludzie chcą też dzielić się sobą. Szczerość za szczerość?
    Oto więc ja. Człowiek nieokrzesany. Ciągle jeszcze walczę o swoje poczucie własnej wartości (bo przecież mi też się należy, prawda?). Przez większość życia, moje myślenie wyglądało mniej więcej tak: „Szczęście? Miłość, dobry związek? Jasne, że istnieją. Tylko nie dla mnie”. A potem się poznaliśmy. Tak po prostu, właściwie przez przypadek. Na początku standardy typu: zbyt dobre, żeby było prawdziwe, i: jak się przygotować na wielki koniec? Bardzo męczące i dla mnie, i dla niego. Aż w końcu odpuściłam. Wcale nie tak po prostu, bo to nie jest proste. Ale da się. Już wierzę, że tak może być, dla mnie też. I dla Ciebie.
    Trzymam za Was kciuki!

  • Basia Szmydt

    bo jak się spotyka kogoś takiego to świat zaczyna jechać Coelho :D a tak serio to kolega ma rację. Jest po prostu wtedy łatwiej, nawet ze swoimi demonami. Uściski <3

  • Agata Lipiec

    Justyna!!! Wiedziałam! To widać w Twoich oczach! Widziałam na Blogowigilii i to była moja pierwsza myśl – wyglądasz jakbyś się zakochała. Cudownie! Poddaj się temu i ciesz z tego szczęścia! Trzymam kciuki za pozytywny rozwój sytuacji! <3

  • Zanim poznałam mojego męża nigdy nie chciałam mieć dzieci ani wychodzić za mąż, a jak już go poznałam to któregoś dnia mówię „Ej, ucieknijmy stąd i weźmy szybki ślub”, a on na to „Nie, no weźmy normalny, zaproszę babcię”, „No dobra!”. Pojęcia nie mam jak to się stało, ale zgadzam się z Twoim znajomym, wszystko się wtedy odkomplikowuje…

  • Kochana, ależ się cieszę! I jeśli jeszcze masz wątpliwości, nie wątp, poddaj się temu i zaufaj! :) Moi teściowie, dziś mega zakochani w sobie, weseli 60-latkowie z trzema dorosłymi, bardzo udanymi synami tak samo kiedyś zaufali, że musi być dobrze i pobrali się… po jednym przypadkowym spotkaniu i… trzech wymienionych ze sobą listach! :)

  • Zuzanna

    Szczęście to ma ten facet, który na Ciebie trafił! Śmieszne, bo ucieszyłam się, mimo że zupełnie Cię nie znam. Mam nadzieję, że Wasze szczęście będzie trwało jak najdłużej :)

  • „oswajanie się z dobrem drugiej osoby”- dla mnie to był długi, mozolny etap. Nie! Mam wrażenie, że on nadal trwa, jeszcze się nie zakończył. Właśnie tak psują nas patologiczne i chore związki, w których tkwimy. Nie potrafimy uwierzyć w dobro tkwiące w innych ludziach.

  • kosmonaucik

    Ja tak miałam, w czasie związku zaczęłam myśleć nad najgorszymi scenariuszami, aż w końcu zostałam rzucona i bolało bardzo, więc koniec końców skończyłam sama i teraz jeszcze bardziej się obawiam jakiegokolwiek związku, bo skoro z pesymistycznymi myślami bolało, to z pozytywnym nastawieniem jeszcze bardziej

  • Turystyczny Przewodnik (Podróż

    Taaaaaak, doskonale Cię rozumiem, bo miałam tak samo. Z poznanym wreszcie po latach samotności Włóczykijem. Potem po zaręczynach. Potem, gdy byłam już szczęśliwą żoną. Potem, gdy byłam w ciąży. Jakoś we własne szczęście nigdy nie dowierzałam, wietrzyłam nieszczęście. Ale nie bałam się i miałam świadomość, że TO JEST TO. Nawet za dużo o tym nie myślałam, bo to jakieś takie było oczywiste… ;)

    Pozdrawiam i życzę Szczęśliwego Nowego Roku, również w dziedzinie miłosnej

    (więcej życzeń u nas w blogu, więc się nie rozpisuję)!

    Monika

  • EB

    Tak badzo czekalam na jakakolwiek, skadkolwiek dobra wiadomosc. Znam Ciebie tylko z bloga a ta wiadomosc ogromnie mnie ucieszyla:) Mam fajnego meza I cudowne dzieci, I kilka samotnych kolezanek, w ktore pompuje wiare, ze na pewno kogos do kochania i przytulania znajda. Dzieki:) I Zycze Wam duzo szczescia I radosci. Twoja dobra wiadomosc ogromnie mnie ucieszyla :)

  • Swoją druga połówkę spotkałam w najmniej odpowiednim momencie. Zupełnie nie wiedziałam co zrobić bo sprawa była bardzo niejasna. Mimo strachu przewróciłam swoje prany do góry nogami i dzisiaj ani troszkę nie żałuje. Zajmuj się życiem prywatnym bo to na pewno bardzo przyjemny czas ! Powodzenia :)

  • Cieszę się Twoim szczęściem dziewczyno!

  • Renardyn

    spróbujcie fajnych tekstów o finansach i życiu
    http://www.renardyn.pl

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress