Szczęście to najprostsza rzecz na świecie

24 stycznia 2015 Blog

Screenshot_9

Obserwuję sobie różnych ludzi w sieci. Jedni mnie bawią, inni intrygują, mam też takich, którzy mnie irytują w jakiś niewytłumaczalnie uzależniający sposób. Są też ludzie, których obserwuję, bo są niesamowicie mądrzy i ciągle się czegoś od nich uczę. Ostatnio nauczyłam się tego, że doskonałym sposobem na szczęście jest pomyśleć o tym, co w danej chwili masz, a o co jeszcze niedawno walczyłeś, próbowałeś zdobyć lub mogłeś utracić.

Dziś jestem przeszczęśliwa.

Kilkanaście dni temu kupiłam sobie piękną, nową maszynkę do golenia. Poręczna, w pięknym odcieniu różu (wiadomo), z kilkoma ostrzami i w przystępnej cenie. Podczas rytuału kąpieli generalnej, czyli tego rodzaju kąpieli, który można nazwać przywracaniem się do porządku, maszynka poszła w ruch i obsłużyła mnie należycie. Po kąpieli balsam, piżamka, łóżeczko, a unoszący się przepiękny zapach czystego człowieka wywoływał pewne poczucie dumy, że owym człowiekiem jestem ja.

Jako, że podobno Bóg jest sprawiedliwy, dając mi ładną buzię i kilka talentów, dał mi w pakiecie również taką przypadłość, że jedyną ksywę, jaką mogłam dostać na pierwszym roku studiów, była „mokra paszka”. Problemu pozbyłam się po kilku latach prób i błędów, zmiany kolorystyki szafy na w 80 procentach czarną i testach setek różnych niezawodnych produktów.

Znalazłam w końcu jeden, który kupować można tylko w niektórych aptekach i jest superskuteczny, ale używanie go do superczynności nie należy.

Nie, to nie jest historia tego typu, że ktoś po goleniu tzw. okolic bikini aplikuje sobie spirytus w ogoloną skórę. To jest historia, w której kierując się ładnością rzeczy i jej taniością, kupujesz bubel rujnujący fragment Twojego ciała.

Chryste Panie. Składniki mojego genialnego antyperspirantu musiały znaleźć jakieś tajne kanały, którymi przeniknęły do wnętrza mojej skóry podrażniając ją, parząc, paląc i rujnując doszczętnie. Bez wdawania się w szczegóły – wyjęcie kubka z szafki stało się dla mnie niemożliwe. Zapomnij o goleniu, zapomnij o mydle, zapomnij o dotyku i zapomnij o dezodorancie. Nie na jeden, dwa czy cztery dni. Zapomnij o tych cudownych i błogosławionych rzeczach na dwa tygodnie.

Ubierz się ładnie, w lejącą bluzkę, wsiądź do pociągu, pojedź na ważną służbową prezentację. Posiedź trochę w za ciepłej taksówce, pobiegnij ze dwa razy po schodach, ściągnij kurtkę i poczuj zapach prawdziwego człowieka. Nie tego wypielęgnowanego sprzed kilkunastu dni, który leżał w twoim własnym łóżeczku. Poczuj zapach człowieka, który zapewne albo nigdy nie poznał mydła i tego, że istnieje taka czynność jak mycie, albo właśnie wrócił z sześciogodzinnego treningu dźwigania piłki lekarskiej i biegów przez płotki z ową piłką w rękach.

Siedź na tej prezentacji i myśl nie o tym, jak świetne pomysły przestawiasz wraz z zespołem, ale o tym, czy jak będziesz przechodzić to wszyscy padną, czy pomyślą, że powinnaś iść do obory, bo stamtąd chyba właśnie wyszłaś. Myśl o tym, jak niskie poczucie pewności siebie właśnie masz, albo nawet nie myśl o tym, tylko czuj (o ironio), jak bardzo chcesz teraz zniknąć z jakiejkolwiek powierzchni, którą dzielisz z innymi ludźmi, albo jak bardzo chcesz cofnąć czas i nigdy nie kupować tej ślicznej różowej maszynki za 2,99zł.

Ale wystarczy kilkanaście godzin i pierwsze efekty leków od pani doktor z nocnej opieki medycznej, byś mogła bez jęków i stękania wejść do wanny, skorzystać z pachnących płynów w butelkach, a nawet wytrzeć się do sucha i użyć pudrowego dezodorantu, by poczuć jak wielki kamol spada ci z serca, i że to uczucie, którego właśnie doświadczasz, to nic innego, jak szczęście.

Możesz swobodnie usiąść obok koleżanek, nawet się nad kimś nachylić. Możesz sięgnąć po dowolną rzecz i ubrać bluzkę, na którą miałaś ochotę. Znowu jesteś normalnym człowiekiem, który ma normalne zmartwienia, jak brak pieniędzy, trwoga o przyszłość, problemy w związku, problemy w pracy, kredyt.

Po tak dotkliwym, choć pozornie błahym doświadczeniu, cała reszta świata wydaje ci się nagle tak mało znacząca i łatwa do rozwiązania. Nagle masz siłę, by stawić czoła przykrej rzeczywistości. Przecież nie ma nic gorszego od pełnego pęcherza, bolącego ucha czy zęba i od podrażnionej skóry gdziekolwiek.

Więc jeśli pragniesz szczęścia natychmiast, pomyśl o najgorszej rzeczy jaka cię ostatnio spotkała i poczuj tę olbrzymią ulgę i szczęście, że tej rzeczy już nie ma. I że teraz siedzisz sobie przed komputerkiem lub z jakimś urządzeniem mobilnym w dłoni i czytasz sobie o tym, jak poczuć szczęście z powodu tego, że jakąś obcą dziewczynę z internetu przez kilkanaście dni bolały pachy.

Nie ma za co, kochani. Nie ma za co.

Podobne wpisy

  • też sobie mówię, że już najgorsze było, minęło i teraz będzie tylko lepiej!
    śledzę Cię od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz komentuję.
    pisz częściej, imienniczko :)

  • Nie wiem, czy to jest szczęście… Na pewno zadowolenie i jakaś irracjonalna wdzięczność wobec losu, że to nie ja. I ulga, że Tobie minęło. I poczucie winy, że inni ludzie cierpią naprawdę, a my się roztkliwiamy nad pierdołami (ja właśnie leczę zapalenie zatok i czuję się jak zlew, do którego ktoś zapomniał wlać Kreta). Bardzo złożona mieszanka uczuć, ale szczęście to w moim przypadku nie jest. Trzymaj się :-)

  • Kapitalny pomysł na tekst :) Ja dziś świętuję, że nie zabiła mnie trakcja tramwajowa spadająca z hukiem na chodnik dwa metry przede mną :D

  • Ktoś kiedyś powiedział, że szczęście to kwestia porównania, widać, miał rację :D

  • clever_librarian

    Hmmm… wiesz, to działa! :)

  • Karolina Liszka

    Ten post zostal napisany w czasie, kiedy kolejny tydzien z rzedu walczylam o podlaczenie routera w moim emigracyjnym mieszkaniu, czasie mroku, smutku i dojmujacej samotnosci, kiedy wracalam do domu po pracy i witala mnie dzwieczaca cisza. Ach gdybym tylko trafila na ten blog wtedy – ale wtedy przeciez nie mialam dostepu do netu ;-) Szczescie to te wszystkie male rzeczy, ktore sprawiaja, ze zycie jest choc troche znosniejsze. Jak chociazby internet, absolutny must have kazdego migranta ;-)

  • Aneta Zelik

    U mnie to się nazywa „Syndromem gruzu”.
    Jakiś czas temu wynajęłam mieszkanie, w którym jeszcze trwał remont. Lada chwila miał się skończyć, a i gaz mieli podłączyć, coby było jak gotować, bo był tylko czajnik elektryczny.
    W każdym trzech ogromnych pokoi pełno gruzu. Gruz na podłodze, gruz w workach, gruz w wiaderkach… W kuchni oczywiście też gruz. Chyba zamiast gazu, w sumie nazwa łudząco podobna.
    Gruz przeszkadzał i irytował nawet po skumulowaniu do kilkunastu worków. Przeniesienie ich do kuchni nie rekompensowało braku gazu. Po 64 dniach pełnego nadziei oczekiwania gruz zniknął, a i gaz podłączyli.
    Wtedy to brak gruzu i obecność gazu stały się dla mnie synonimem szczęścia. A to ma prawie każdy…
    P.S. Wszystkim niedowiarkom proponuję przyjąć po dach trochę gruzu na dłuższy czas.

  • bieciux

    Pół wieczoru spędzam na czytaniu Twoich notek, bo są raz genialne, dwa mam do nadrobienia dosłownie wszystkie, bo dopiero odkryłam bloga.
    Zdążyłam już się zaśmiać, wzruszyć i pomyśleć, że czas działać – w sumie nie pierwszy raz, już z dwoma blogami tak miałam.

    ALE. ale pierwszy raz wmurowało mnie w ekran „Więc jeśli pragniesz szczęścia natychmiast, pomyśl o najgorszej rzeczy jaka cię ostatnio spotkała i poczuj tę olbrzymią ulgę i szczęście, że tej rzeczy już nie ma. ”
    wydaje się takie proste, a ja chyba właśńie znalazłam klucz który zgubiłam.
    Dziękuję, że pozwoliłaś siebie odnaleźć

  • Świat Wojowniczki

    Szczęście to jednak nie taka łatwa sprawa, więc odpowiedni punkt odniesienia jest tu niezmiernie ważny! Szkoda tylko, że na co dzień zapominamy, że szczęście może być tak blisko nas, podczas gdy my szukamy go zbyt daleko!

  • A.

    Może jestem dziwna albo bardzo spięta w ostatnim czasie ale ten tekst rozbawił mnie do łez. Jak taka jedna ludzka sprawa może rzucić cień na całe życie w danym momencie. Świetnie to ujęłaś ;).

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress