Słowo na niedzielę, czyli kilka słów o dobrych związkach

22 marca 2015 Blog

ssssssssssssssssssssssssssssss

Ostatni tydzień spędziłam poza domem. Zrobiłam, jak powiedziałam i spakowałam się w walizkę, dwie torby i pojechałam do Krakowa. Odkąd tu nie mieszkam, zawsze zatrzymuję się u moich przyjaciół, z którymi przez kilka lat mieszkałam. Z takimi znajomościami jest tak, jak z małymi dziećmi - za każdym razem, kiedy widzisz je po dłuższej chwili, zauważasz, jak wiele się zmieniło.

O ile w przypadku moich przyjaciół zmieniło się wiele, bo w ciągu roku dorobili się własnego pięknego mieszkania i wspaniałego przesłodkiego dziecka, to tym razem jakoś nie skupiałam się na obserwowaniu tego, jak ludzie, z którymi kilka lat temu piłam piwo w prokocimskiej kuchni oglądając premierowe odcinki pierwszej edycji You Can Dance, zachowują się w roli rodziców. Patrzyłam na kochających się ludzi, z którymi osiem lat temu jeździliśmy wspólnie do Ikei i kupowaliśmy kapcie na kartę Ikea Family. Wydawało mi się w tamtej chwili, że to własnie jest poważne myślenie o życiu. Kapcie w mieszkaniu.

Na szczęście po latach okazało się, że dorosłość ma wiele innych aspektów i że na przykład ja nie lubię nosić kapci, tylko wolę chodzić boso lub w jakichś letnich butach i że kupowanie kapci za 2,99zł nic nie znaczy. Spędzając osiem dni pod dachem moich byłych współlokatorów, a dziś praktycznie drugiej rodziny, nie skupiałam się na tak ewidentnych zmianach, jakie w nich zaszły odkąd narodziło się ich pierwsze dziecko, ale na ewolucji ich związku.

I tak, obserwując dobrze znanych mi ludzi i całą długą drogę (nawet geograficzną), jaką musieli przebyć, żeby się spotkać, poznać, zacząć razem być, a potem się w tym związku rozwinąć, dojrzeć i nad nim pracować, żeby naprawdę słowo "RAZEM" miało sens, zaczęłam myśleć o tym, jak ja wyobrażam sobie związek, w którym chciałabym i wiem, że mogłabym być.

Jako, że odpowiedź na pytanie: Justynko, a więc jaki to rodzaj związku, w którym chciałabyś i mogła być? przypominałaby odpowiedź na jedno z najgorszych pytań, jakie można mi zadać, czyli pytanie o to, jakiej muzyki słucham, na własne potrzeby mam w głowie niepisaną listę cech związku, w którym być bym nie mogła, nie chciała i kropka.

Tak więc na pewno uciekałabym, gdzie pieprz rośnie, gdyby okazało się, że mój "chłopak" jest trepem. Trepowatość to taka cecha, którą można bardzo dobrze ukryć przez dłuższy czas, bo chowa się w dobrze maskującym i świetnie związanym gorsecie. No, a gdy gorset ten się choć trochę poluzuje, prawdziwe oblicze trepa wylewa się i eksploduje. Nagle się okazuje, że książek to on nie czytał, a zna fabułę, bo poczytał recenzje, że niczym się nie interesuje, a sport, który niby jest jego pasją był nią, ale w podstawówce. Niczego mu do szczęścia nie potrzeba poza tym, żeby było wygodnie, ciepło i bezwysiłkowo, a najlepiej, gdyby właściwie nic się nie zmieniało, bo po co zmieniać coś, co jest dobre (to znaczy: wygodne, ciepłe i bezwysiłkowe). Co gorsza, trepowi najbardziej nie chce się zmieniać żadnych poglądów, bo jego są jedynie słuszne.

Dobra, ale nie będę tu urządzać wyliczanki rodem z BuzzFeed i wypisywać czterdziestu ośmiu cech, których nie toleruję w facetach, chociaż może się niedługo skuszę na taki wpis w punktach.

Wczoraj znajomy podesłał mi bardzo dobry cytat, który właściwie zmaterializował moje odczucia w kwestii poszukiwania osoby, z którą chcielibyśmy spędzić życie, albo przynajmniej sporą jego część.

Chcieć kogoś to najgorsza z motywacji. Chcieć kogoś tak, że nawet ta osoba tego nie zaspokoi. Nie chce się już wtedy tego, co może rzeczywiście się wydarzyć.

Jakub Żulczyk, Ślepnąc od świateł

Mogę sobie mieć swoje typy, oczekiwania. Lubić wysokich szczupłych mężczyzn z ładnymi łydkami i kościstymi kolanami, szatynów z gęstymi włosami, gęstymi brodami. Z zegarkiem i plecioną bransoletką na nadgarstku, oraz w ślicznych, lekko już znoszonych sneakersach. Cóż, że je będę mieć, kiedy okaże się, że porwie mnie niższy i łysiejący facet, który będzie miał pasję, którą mnie zarazi lub zafascynuje. Albo rudzielec bez brody, z którym będę mogła rozmawiać godzinami i z którym połączy mnie nadzwyczaj wyraźna więź.

Zawsze, kiedy znajduje się kogoś, bo kierowało się opisaną przez Żulczyka motywacją, dzieje się źle. Szuka się aktora do wymyślonej przez siebie roli, nie zważając na to, że ta rola (po pierwsze), może być kiepsko napisana, a po drugie, zupełnie zapomina się, że to nie Simsy, a więc drugi człowiek ma swój mózg, uczucia i pragnienia, a te są tak samo ważne, jak nasze własne.

Tak, zdarzało mi się przypadkowo wybierać osoby do pary. Nie wiem, czy starałam się kogoś zmieniać pod siebie, bo raczej ustępowałam wtedy, kiedy ktoś chciał ze mnie zrobić na przykład sportsmenkę, albo osobę, która nie lubi pisać (no bo po co komu czytać moje jęki i narzekania). Nie udało się ani jedno, ani drugie, choć miałam kilkumiesięczne próby transformacji w kogoś dla kogoś. Nawet próbowałam medytować, bo ktoś uważał, że buddyzm mnie wyleczy. Z czego?

Ze mnie.

Wiecie, że nie piszę tego siedząc na miękkiej szarej sofie z Ikei (och, mają piękne w nowej kolekcji), a mój Mężczyzna Marzeń nie siedzi obok mnie i nie daje mi co chwila buziaka w policzek, gdy przypomina mu się, jak bezsensowne miał życie, zanim mnie poznał. Wspominam o tym, bo chcę napisać ważną rzecz, a wydaje mi się, że zakładając, że mam albo lepiej, albo prościej, albo coś tam, nie dotrą do Was te słowa, na których wypowiedzeniu mi zależy.

Ostatnio bowiem odkryłam niezwykłą rzecz. Ja, człowieczyna-kompleks, której to dopiero drugi (zazwyczaj obcy) człowiek mógł dać certyfikat na fajność/ładność i jakąkolwiek inną pozytywną wartość, po raz pierwszy w życiu przestałam szukać i nie dlatego, że sobie usunęłam Tindera, czy stanęłam przed lustrem i powiedziałam, że już mi wystarczy i że mam dość. Nie przeszła mi też ochota na to, żeby się rano z trudem oswobadzać z czyichś objęć.

Przyszedł taki dzień, w którym zorientowałam się, że przez kilka poprzednich tygodni nie myślałam o tym, jak mi źle, że jestem sama, że ani razu nie pomyślałam o tym, że jestem gorsza z tego powodu, że kogoś nie mam. Nie martwiłam się tym, jak straszliwie wyglądam i jak bardzo muszę się zmienić, żeby zdobyć miano certyfikowanej kobiety, która może podobać się facetom i być godna wchodzenia z nimi w związki (no bo z kimś takim, jak ja, to tylko nieszczęście). No i że mam prawie trzydzieści lat, właściwie ani jednej zdrowej historii na swoim koncie, nigdy nie byłam w bezpiecznej relacji dłużej niż rok, zawsze "coś" było źle, więc pewnie skończę tak, że zacznę robić sobie zgniłozielone swetry na drutach, nauczę się skręcać długopisy, bądź znajdę jakieś inne chałupnicze zajęcie i tak doczekam sobie emerytury, a potem śmierci. Przecież nie każdy musi być czyjąś żoną (prawda?), a w mojej rodzinie najwyraźniej padło na mnie.

Kiedy odkryłam, że udało mi się o tym nie myśleć, okazało się, że stało się tak z jednego prostego powodu - myślałam o czymś innym, a tym czymś był ten oto blog. Czyli coś, z czego wartości zdałam sobie sprawę dopiero niedawno, a przede wszystkim zrozumiałam, że to coś, na czym naprawdę mi zależy i że jest to dla mnie coś ważnego. Na pewno ważniejszego od szukania "kogoś".

Blog w tym przypadku to uniwersalne wykropkowane miejsce, w które każdy z Was może wstawić sobie coś innego: pracę, zespół z kolegami, curling, skręcanie mebli lub jakiekolwiek inne hobby.

Piszę o tym nie po to, żeby znowu powiedzieć, jak mam super, że mam blog, że laury, że sukces i że mi łatwiej się odciąć od świata, bo mam wrażenie, że wiele rzeczy zaczęło się wręcz dziać pod górkę, choćby ten drobiazg, że jestem bezrobotna. Piszę o tym, bo jeszcze kilka tygodni temu byłam niewolnicą myślenia o związku i pragnienia posiadania "kogoś". Niewolnica nie jest tutaj żadnym żartem i wyolbrzymieniem. Jak obrazuję sobie siebie w tym stanie, to przypominam sobie dziecko, które zgubiło się na promocji w Auchanie (a Auchany są duże) i zapłakane chodzi od człowieka do człowieka pytając, gdzie są jego rodzice i co ono ma teraz zrobić. Jeśli nie wiedzieliście nigdy takiego dziecka, to zapewne widzieliście ćmę, która leci do światła za uchylonym oknem, ale wali w szybę, choć mogłaby wlecieć otworem, który jest kilka centymetrów dalej, gdyby tylko na chwilę przestała gapić się w źródło światła.

Jak to się ma do obserwacji związku moich przyjaciół? Tworzą szczęśliwy i naprawdę udany stabilny związek, głównie dzięki temu, jak bardzo szanowali siebie, jako jednostki. Że z tysiąca różnych cech, z których prawdopodobnie więcej było dzielących, niż wspólnych, wybrali dobry punkt zaczepienia, rozmowę, spokój i dialog, zamiast rosnących frustracji, żalu, pretensji, które nieruszane gniją i stają się toksyczne.

Myślę, że sekret do dobrej pozycji startowej na "rynku", to znać siebie i rozwijać, dopiero potem chcieć poznawać drugiego człowieka, którego moglibyśmy pourabiać pod siebie, skoro nam się nie chciało popracować najpierw nad sobą.

A jak znaleźć siebie i swoją pasję? Polecam poszukiwania rozpocząć od wyłączenia komputera, telewizora i pobycia chwilę w oflajnie. Bycie sam na sam ze sobą przyniesie same dobre wskazówki. Gwarantuję.

Podobne wpisy

  • fiona

    Podobno „milosc goni tych, ktorzy przed nia uciekaja” :))Pozdrawiam

  • Ola

    Trafnie.

  • Guest

    Tak trafiasz do serca i umysłu tym postem, że aż nie wiem co powiedzieć. Niedawno trafiłam po raz pierwszy na Twojego bloga, dodaję do obserwowanych.
    ____________________________
    http://blogwspodnicy.blogspot.com/

  • Angelika

    Tak trafiasz do serca i umysłu tym postem, że aż nie wiem co powiedzieć. Niedawno znalazłam się po raz pierwszy na Twoim blogu i z przyjemnością zostanę, dodaję do obserwowanych.
    ___________________________
    http://blogwspodnicy.blogspot.com/

  • Nie szukaj :) miłość sama Cię znajdzie :) i wiem co mówię :) swoją miłość znalazłam w wieku 20 lat wcześniej nie miałam nikogo i też było mi z tym bardzo źle :) czułam się gorsza i też byłam zakompleksiona :) ale co może sobie pomyśleć dziewczyna/kobieta, której nikt nie chce :) dziś z perspektywy czasu nie żałuję, choć wtedy było przykro. Ale jeśli miałam wcześniej kogoś spotkać i zostać zraniona tak, że odechciało by mi się do końca życia i stracić to co mam teraz to nie żałuję tego czasu kiedy byłam sama :)
    Na każdego przyjdzie pora! :)
    Świetny tekst! :)

  • Zgadzam się, popieram i polecam do samo! Wsłuchać się w siebie, zanim zaczniesz słuchać innych, o tak! :)

  • Marta

    4 miesiące uciekłam z toksycznego związku i choć moim pragnieniem było i nadal jest posiadanie rodziny to jestem absolutnie pewna, że nie warto szukać i być w związku na siłę, myśleć że jak pojawi się dziecko to wszystko się zmieni, że on się zmieni. Mam 31 lat i choć boję się, że skończę sama w czterech ścianach zjedzona przez własnego kota to wiem, że bycie sama ze sobą jest o wiele lepsze niż życie z kimś tylko dla samego bycia. Przez ponad rok byłam ofiarą przemocy psychicznej i pewnie dlatego nie myślę o kolejnym cudownym księciu na białym koniu. Rozkoszuję się wolnością. Tak, tak WOLNOŚCIĄ. Co nie znaczy, że odeszła mi ochota na facetów, na seks. Cholera najbardziej boli brak seksu. To, że wszystkie dookoła mają mężów, narzeczonych, gromadkę dzieci nie robi ze mnie gorszej osoby. Jestem super laską, a po treningu z Natalią Gacek jestem super laską z fajnym tyłkiem :-D Wierzę że wtedy kiedy nie szuka się miłości ona odnajduje nas sama.

    • Navi

      Marta! Dziękuję! Takie słowa działają na mnie, jak wizyta u psychoanalityka! ;) Jestem sama, jestem starsza i słyszę od wszystkich, że już czas, ostatni moment, za chwilę będzie za późno. Na co? Na CZYJŚ etap życia? W życiu mamy być szczęśliwe! Społeczeństwo, historia, rodzina wmawiają nam, że bycie szczęśliwym polega na spełnianiu roli, która jest do nas przypisana od pierwszej chwili na tym świecie. Masz być żoną, masz być matką. Nie „masz”, tylko „możesz”. Jeżeli tylko poczuję, że chcę to zrobić, bo dzięki temu moje życie będzie pełniejsze – zrobię to. Ale nic nic nic na siłę.

      • Beata

        Ja napiszę trochę z innej beczki. Przez wiele lat słyszałam( w większości od swojej mamy) kiedy będę babcią, kiedy będziesz miała dziecko,kiedy……Znajomi też mnie nie oszczędzali i zadawali ciągle to samo męczące pytanie. Byłam wtedy (tak, to już na szczęście przeszłość) w związku małżeńskim z facetem, który był właśnie jak dziecko. Nieodpowiedzialny,niezaradny, dziecinny…..ciągłe prowadzenie go za „rączkę tak mnie zmęczyło, że doszłam do wniosku-czas to zakończyć, ale do czego dążę. Z biegiem czasu myślę, że to mój instynkt podpowiadał mi…to nie jest facet z którym powinnaś(nie lubię tego słowa, ale w tym przypadku będzie na miejscu) mieć dzieci. Nic nie musimy, jeśli czujemy to w naszych serduchach. Słuchajmy siebie:)

  • dwapiec.blogspot.com

    Kocham Cię Dziewczyno! Chociaż to wyznanie wydaje mi się nie oddawać tych emocji, które wzbudziłaś we mnie tym wpisem.

  • nuta

    Bycie w dobrym związku ze sobą jest chyba pierwszym warunkiem stworzenia dobrego związku z kimś innym. Pewnie nie jest to warunek wystarczający, ale daje solidny start. :)

  • Neko

    Piszesz o tym o czym niedawno słuchałam: https://www.youtube.com/watch?v=P3fIZuW9P_M

    Z innej beczki: ksiądz na naszych przygotowaniach przedmałżeńskich przyznał że największy procent udanych, bezrozwodowych związków jest w małżeństwach aranżowanych (!) i przypisał to temu, że w takich związkach, obie strony wiedzą, żę muszą się zmienić czy do pewnego stopnia dopasować żeby nie tylko się nie pozabijać, ale i ze sobą żyć i móc z tego życia czerpać przyjemność. To takie spotkanie się w połowie drogi, zamiast tego co sama opisałaś-próby zmiany drugiego człowieka na swoje potrzeby. Obecnie niestety promuje się szukanie nieistniejącego ideału, który będzie mieć same zalety i wypełni wszystkie nasze pustki. Myśle że dla nikogo z nas taki ideał nie istnieje. Są tylko ludzie o wysokim stopniu upartości, i jak dwoje takich upartych (w tą samą stronę) się w końcu spotka, i uprze, że chcą być razem, to będą. Musi tylko trafić uparty na upartego ;)

  • Bujda

    Czytam drugi raz i pozwalam sobie na płacz, bo w pracy nie wypadało.
    Dziękuję za ten post.

  • Agubani

    Bardzo się cieszę, że znalazłam Twój blog i zaobserwowałam, żeby nie zgubić :)

  • Cyanna

    Pierwszy raz słyszę takie określenie – „trep”. Uśmiałam się jak koń, gdy opisałaś jego znaczenie. :) A miłość? Zwykle dopada w najmniej oczekiwanym momencie, gdy tego się nie spodziewamy. I Ciebie pewnie też dopadnie znienacka. ;)

  • zdrowydzieciak.pl

    Rozumiem to co piszesz doskonale. Miałam taki okres w swoim życiu, przed 30-stką, gdzie nie myślałam o niczym innym, jak tylko o tym, żeby kogoś mieć. Właściwie to desperację w tym temacie miałam wypisaną na twarzy i skutkowało to czymś odwrotnym – faceci uciekają od takich kobiet. Myślę, że jak ze wszystkim – trzeba przestać o tym myśleć, znaleźć dystans, zająć się czymś innym, a wtedy to samo przyjdzie do nas, do Ciebie:-)

  • KunieszczychBloguje

    Żeby być z kimś, najpierw należy nauczyć się być sam na sam ze sobą. To bardzo ważne.
    To bardzo ważny post. Oby takich więcej. Oby więcej świadomości wartości nas samych :) Pomyślności :)

  • Ann

    ?tak obecnie wygląda moje życie. Czekam w zawieszeniu na to,aż mąż podejmie decyzję o tym czy walczymy o nasze małżeństwo. Czytając twój tekst nie chcę dłużej czekać…Chcę zadbać o siebie,odnaleźć siebie…Kto wie, może powstanie blog dla skrzywdzonych,porzuconych kobiet, które po rozstaniu cały czas zadają sobie pytania:co było nie tak? co zrobiłam źle?Niech moc będzie z tobą i wszystkimi kobietami!!!Girl power! A …zapomniałabym,dziękuję za motywację:)

  • Tryb online to dziś bardzo często synonim samotności, miałkości i powtarzalności. Dobrze się czasem wyłączyć

  • Patrycja

    Nie znam Cie, ale czuje ze lubie. Wpadłam na Twoj blog niedawno, i tak juz sobie czekam az cos wrzucisz. Odnajduję siebie u Ciebie :) Ostatni czas tez bylam , chyba raczej jeszcze jestem , bo łapie sie na mowieniu : ” nie moge byc sama ” , niewolnica znalezienia faceta, i ci ktorzy powinni byc potencjalnymi „chlopami” , powoduja ze mi sie ich nie chce… a jak juz chce to mam poczucie ze jest to nie dokonca moje… dlatego podoba mi sie co napisalas, moze do pisania bloga sie nie nadaje, ale jestem w czasie obserwacji co tak naprawde chce robic w zyciu, albo co sprawialo by mi przyjemnosc np. „po pracową” ( chyba nie isnieje takie słowo :d) , cos swojego , dla siebie. pozdrawiam Cie :)

  • Niektórzy nie umieją być sami ze sobą (np. ja) co jest tragedią. Podobno człowiek może osiągnąć szczęście i spełnienie dopiero, gdy nauczy się cieszyć swoim towarzystwem. Życzę tego każdemu (w tym sobie) !

    i wyłączenia neta, bo to zabójca wszystkiego!

  • Broodzia W

    I tak lawirowalam z jednego portalu randkowego do kolejnego. Trwalo to ponad rok z duzymi przerwami, bo nudzilo mnie sie po kilku dniach,tygodniach.
    W ostatnie Swieta Bozego Narodzenia, dzien przed wigilia postanowilam sprobowac po raz kolejny. I tak oto, z absolutnej checi zabicia wolnego czasu tj. 2 tygodnie urlopu, bez planu na poznanie kogo na powaznie, zrezygnowana po takim dlugim czsie SZUKANIA, poznalam fantastycznego czlowieka. Co dzine, wogole nie odpowiadajacego moim wzorcom ( o wyglad chodzi oczywiscie). Przypomnialo mi sie kiedy mowilam w zartach do corki- pamietaj, jak bedziesz wybierac sobie faceta to nigdy nie bierz lysego bo moze sie okazac ze jest rudy…..
    Smieje sie teraz sama z siebie bo wlasnie na takiego trafilam, lysy, nie za wysoki, niebieskie oczyska :) wielkie serducho, inteligencja i dobre poczucie humoru! Jest pieknie :)

    Milosc przychodzi z niespodziewanie drogie Panie, na sile to tylko mozna sie tylko jeszcze bardziej pograzyc.

    Broodzia W

  • Emka

    Pamiętam doskonale moment, gdy zdałam sobie sprawę, że na moje grono znajomych składają się sami szczęśliwi ludzie, do których nie pasuję. Nie pasuję, bo nie jestem szczęśliwa. Nie jestem szczęśliwa, bo nie jestem w związku. Oni kupowali mieszkania, adoptowali koty, wyjeżdżali na weekendy w góry. Ja w tym samym czasie wyrzucałam z lodówki zepsute opakowanie salami, którego nie zdążyłam zjeść przed końcem terminu ważności i myślałam, że gdyby pojawił się ktoś (KTOKOLWIEK!) to moje największe życiowe problemy odpłynęłyby w siną dal. Zjadłby te salami razem ze mną, przytulił i zaadoptował rybkę, albo chomika. Jednak gdzieś na drodze pomiędzy moim byciem z kimś przypadkowym, a byciem z samą sobą staje moje sumienie. Nie potrafiłabym być z przypadkowym człowiekiem tylko po to, by zagnieździć się na chwilę w kokonie bezpieczeństwa. Patrzę na moje znajome-singielki, które co kwartał ładują się w chore relacje na zasadzie „raz kozie…”, a później spieram ich gile ze swoich rękawów. I mimo, że często czuję się zajebiście wybrakowana, to mam odwagę stanąć przed lustrem i popatrzeć sobie prosto w oczy, bo wszystkim mężczyznom którzy chcieli wejść ze mną w „kwartalne relacje” mówiłam wprost, że nie jestem tym, kogo szukają. I dlatego każdej kwartalnej życzę jednego… mniej desperacji, więcej szczerości.

  • Szukać pasji można też sprawdzając różne możliwości – zapisać się na kurs tańca, kurs fotografii, garncarstwo i cholera wie, co jeszcze. W końcu trafi się na to, co się nam spodoba i przy czym zostaniemy. Ja tak miałam z tańcem – przeszłam kilka styli, zanim zostałam przy obecnych. Chociaż wciąż jeszcze ciągnie mnie do kilku dodatkowych :-)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress