Siostra z wyboru

30 maja 2015 Blog
bransoletkic

Są różne bzdury, które ludzie uparcie powtarzają. Na przykład, że są jakieś limity pecha, albo, że po latach tłustych, przychodzą chude. Albo, że gorzej być nie może. Największa bzdura, którą ja w życiu słyszałam, to ta, że ludzie się nie zmieniają.

Dokładnie dziewięć lat temu, na moim poprzednim i najdłużej prowadzonym blogu, napisałam urodzinowe życzenia dla mojej nowo poznanej koleżanki ze studiów. Różniło nas wszystko: podejście do życia, gust muzyczny, ulubione kolory, tryb życia, przywiązanie do używek. Wszystko też nas łączyło: poczucie humoru, głód bliskości, wrażliwość, obgryzione do krwi paznokcie, złamane serca, studia, osiedle.

Nie wiedziałam o niej wówczas nic, poza tym, że nagle, miałam w życiu kogoś, do kogo mogłam i chciałam wracać, kiedy w każdą niedzielę opuszczałam mój najsmutniejszy wówczas dom.

Nie wierzyłam w przyjaźń. Nie dlatego, że miałam jakąś odgórną zasadę i przekonanie, że przyjaźń i miłość nie istnieją. Po prostu, miałam z przyjaźnią takie, a nie inne doświadczenia, choć z perspektywy czasu widzę, że zwyczajnie w świecie nie miałam żadnych doświadczeń. Byłam święcie przekonana, że czas na nawiązywanie przyjaźni już przeminął. Miałam jakoś zakodowane, że te prawdziwe, rodzą się w przedszkolu, lub w szkole. Potem można (co najwyżej), mieć znajomych - bliższych lub dalszych. To przekonanie sprawiło, że długi czas zajęło mi zrozumienie, że oto poznałam osobę, z którą stworzyłam dotychczas najważniejszy, najpoważniejszy, najbardziej dojrzały i bardzo świadomy związek.

Dwa miesiące zajęło nam zadecydowanie o wspólnym mieszkaniu. Najpierw ja zwaliłam się do jej kawalerki, którą wynajmowała wraz z koleżanką (Misiu, jeszcze raz Ci dziękuję za cierpliwość), pakując cały swój dobytek do paczki worków na śmieci.

[caption id="attachment_964" align="aligncenter" width="443"]Worki na śmieci, dwa krzesła i koleś ślący obcym dziewczynom MMSy na oślep. Koniec maja 2006. Worki na śmieci, dwa krzesła i koleś ślący obcym dziewczynom MMSy na oślep. Koniec maja 2006.[/caption]

Po wakacjach (które i dla mnie, i dla niej były tragicznie przełomowe), wynajęłyśmy olbrzymie mieszkanie na ulicy Dietla 44, wraz ze znajomymi ze studiów. Miała być sielanka jak u Zduńskich w "M jak miłość", a skończyło się depresją w obu przypadkach. Ona, po kilkumiesięcznej intensywnej terapii, zdecydowała, że wyjeżdża do Irlandii.

Kompletnie nie rozumiałam tej decyzji, a do tego zaczęłam rozumieć, że to ja najzwyczajniej w świecie nie chcę, żeby ona gdziekolwiek wyjeżdżała. Czas pokazał, że była to najlepsza decyzja, jaką mogła podjąć.

[caption id="attachment_965" align="aligncenter" width="453"]Doskonała stylówka, grzywki, opaski i chusty. Budowanie kapitału relacyjnego przed wyjazdem do irlandii. Alchemia, luty 2007. Doskonała stylówka, grzywki, opaski i chusty. Budowanie kapitału relacyjnego przed wyjazdem do irlandii. Alchemia, luty 2007.[/caption]

W pierwszych dwóch tygodniach mieszkania na emigracji, poznała przypadkiem chłopaka, z którym właściwie z miejsca się związała. Zaczęła odkrywać nieodkryte dotychczas sfery życia, jak miłość, związek, przyjemne emocje, jakie temu wszystkiemu towarzyszą. Myślę, że bywała naprawdę szczęśliwa.

On chyba też, bo po kilku miesiącach, zdecydował się rzucić emigrację i wrócić z nią do Polski. Tyle, że on donikąd nie wracał, bo przeprowadził się znad morza na południe Polski. Znaleźliśmy wspólne mieszkanie i zostaliśmy współlokatorami na kilka lat.

[caption id="attachment_966" align="aligncenter" width="720"]Zdjęcie, które zostało zatytułowane: "Wszyscy mamy oczy jak Justa". To my, a to zdjęcie, które zostało zatytułowane: "Wszyscy mamy oczy jak Justa".[/caption]

Nie, nie chodziłyśmy ze sobą na sałatki "na mieście". Nie wyciskałyśmy sobie syfów podczas wieczorków piękności. Nie chodziłyśmy razem do klubów poznawać fajnych przyjezdnych i obłędnie pachnących chłopaków. Na wspólnym "szopingu" byłyśmy może z pięć razy (wychodzi, że raz na dwa lata). Nie stroiłyśmy się wspólnie, nie jarałyśmy się specjalnie kosmetykami, makijażem i pielęgnacją włosa.

Siedziałyśmy z laptopami w kuchni, piłyśmy herbatę, kawę lub piwo i paliłyśmy papierosy. Rozmawiałyśmy ze sobą przez prawie cały czas, w dodatku, prowadziłyśmy zazwyczaj dwie rozmowy naraz: jedną normalną, drugą na gadu.

Naszą ulubioną rozrywką był trolling. Naprawdę, potrafiłyśmy zarywać noce i płakać ze śmiechu pisząc i czytając na głos własne komentarze w sieci. Drugą ulubioną rozrywką było rozwiązywanie tajemnic poprzez zaawansowany research w sieci. Szukałyśmy ludzi, którzy zniknęli z internetu, odpowiedzi na nurtujące pytania, wydobywałyśmy informacje od nieznajomych osób stosując równie zaawansowane techniki e-kamuflażu.

Trzecim naszym (chyba) ulubionym zajęciem, była analiza mojego czteroletniego beznadziejnego zakochania w (jak mi się wówczas wydawało) miłości mojego życia.

A potem nadszedł czas na poważniejsze pomyślenie o życiu. Ona i jej chłopak się wyprowadzili, a ja zostałam sama i (co było mi trudno przyznać), dość kiepsko to zniosłam. Wtedy rozpoczął się czas różnych testów i egzaminów tego naszego związku.

Zbyt rzadkie wizyty, z drugiej strony moja życiowa nieporadność, która doprowadziła do tego, że na dwa miesiące zwaliłam im się do tego ich przytulnego gniazdka z workami na śmieci wypchanymi po brzegi moim dobytkiem życia. Byłam przekonana, że to koniec, że oboje będą mnie mieli tak strasznie dość, że już się nigdy nie będziemy tak fajnie traktować jak wcześniej.

[caption id="attachment_968" align="aligncenter" width="720"]Czasem zdarzało nam się jednak porzucać Pięknego Psa i miejsca z wódką, na rzecz prestiżowych klubów. Czasem zdarzało nam się jednak porzucać Pięknego Psa i miejsca z wódką, na rzecz prestiżowych klubów.[/caption]

No, ale tak się nie stało. I wtedy sobie pomyślałam, że to już tak będzie: ona taka ułożona, w międzyczasie zdążyła się zaręczyć i ja - kiedyś ogarnięta od linijki, teraz rozbita, mieszkająca z obcą dziewczyną na ohydnym osiedlu, w dodatku z wyimaginowanym chłopakiem. Że to jest różnica nie do przeskoczenia, że zaraz się zaczną spotkania w parach, kolacyjki, weekendziki i że nasza wspólna droga już przestała być wspólna.

I wtedy stał się ślub. Przygotowania do niego, rozmowy na kilka tygodni przed nim. Przez miesiąc przed ślubem znów razem zamieszkałyśmy, tym razem u mnie i cieszyłam się, że mogłam się jakoś zrewanżować.

Gdybym miała wymieniać najważniejsze dni w moim życiu, to w pierwszej piątce znajdzie się właśnie 14. lipca 2012 roku, kiedy mogłam towarzyszyć jej jako świadek w tak ważnej dla niej chwili. Więc to takie oficjalne, prawdziwe, na serio.

[caption id="attachment_967" align="aligncenter" width="480"]Ten Dzień aka "lej mi dotąd". Ten Dzień aka "lej mi dotąd".[/caption]

No, a po jej ślubie, wydarzyło się kilka niesamowicie ważnych, ale trudnych rzeczy, z którymi musiałyśmy sobie same poradzić, ale zdecydowałyśmy być przy sobie w tych trudnych i chwilach, i dłuższych okresach chujozy.

Od dwóch lat nie mieszkamy w tym samym mieście, ale w ciągu ostatniego półrocza, widziałyśmy się więcej razy, niż wtedy, gdy mieszkałyśmy kilka kilometrów od siebie. Przeżyłyśmy razem prawie wszystko: śmierć bliskich, życiowe tragedie, upadki, wzloty, sukcesy, trwogi, rozstania, śluby i narodziny jej dziecka. Przede wszystkim, przeżyłyśmy jednak i okresy graniczące z fascynacją, i okresy bardzo chłodne, w których dominowało rozżalenie, pretensje i złość.

Dlaczego "przede wszystkim"?

Bo ludziom się często wydaje, że rzeczy są im dane raz na zawsze. Praca, miłość, małżeństwo, przyjaźń, pieniądze, kariera. To tak, jak początek "Usta usta" - serial zaczynał się w momencie, gdzie kończyłaby się każda komedia romantyczna. Bohaterowie się schodzą, zdają sobie sprawę z tego, że się kochają i koniec - teraz czas na szczęście. Mało kto pamięta o tym, że o każdą relację i rzecz w życiu trzeba dbać, szanować ją i pielęgnować.

Kilka dni temu ktoś inny zwrócił mi uwagę, czym jest kierowanie się wrażeniem, a czym jest kierowanie się uczuciem. Gdybyśmy my (ja i ona), kierowały się wrażeniem, za każdym razem, kiedy coś było nie tak, zapewne o jej ślubie wiedziałabym ze zdjęcia na Facebooku. Jestem też pewna, że gdybyśmy ulegały pokusie wymiksowania się z tej przyjaźni w złych momentach, nie wygrałabym Bloga Roku, bo nie byłoby przy mnie nikogo, kto mówiłby mi wprost: Napier*alaj i przypominaj, że mają głosować - nie masz nic do stracenia, a do zyskania wszystko.

I tak ostatnio siedziałam sobie przed moim domem, myślałam o prezencie na jej dzisiejsze urodziny, a pierwsze co przyszło mi do głowy, to to, że wiem i czuję, że nasza przyjaźń się nigdy nie skończy. Tak, jak moja mama nie przestanie być moją matką, a siostra zawsze będzie moją siostrą, tak ona nigdy nie przestanie być jedną z najważniejszych osób w moim życiu (nie pierwszą, nie czwartą - jedną z najważniejszych, ex-auequo). I tak, jak są rodzaje miłości, których się nie da wygasić (do rodziny, do dziecka), tak przyjaźń, zbudowana na szczerym i prawdziwym uczuciu, przestaje być przyjaźnią a staje się czymś więcej.

Nie wymyśliłam sobie tej teorii przedwczoraj. Po prostu, od jakiegoś czasu, na pytania o nią, parę razy zdarzyło mi się poprawić z "siostry" na "przyjaciółkę". Tym silniejsze jest to uczucie, kiedy wiem, że nic nie muszę, a każda chwila, rozmowa, telefon, nagrany w pośpiechu filmik, czy powierzona tajemnica, płynie z serca i jest moim świadomym wyborem.

Tak więc, skoro przez najbliższą dobę Paulina (tak JEJ na imię), ma urodziny, to wypadałoby złożyć jej życzenia, ale i podziękowania.

Tak więc dziękuję Ci, najdroższa Paulinko, za to, że pokazałaś mi, że absolutnie wszystko jest w życiu możliwe, jeśli się tego tylko chce i prawdziwie do tego dąży. Że nie warto przejmować się opiniami innych, nawet najbliższych osób, jeśli są one dla nas toksyczne, bo każdy z nas ma swoją wolność, autonomię i prawo do odczuwania świata na swój sposób. Że nie warto oceniać książki po okładce, a warto się przekopać przez kilka pierwszych i nudnych stron, żeby trafić na prawdziwą literacką bombę (metafora, ale i nie metafora). Dziękuję, ze nauczyłaś mnie cieszyć się ze spotkań z ludźmi i z takich malutkich szczegółów, z których składa się każdy z 365 dni w roku. Że swoim przykładem pokazałaś mi, że i ja mam szansę zmienić swoje życie i poradzić sobie ze swoimi problemami, mimo, że czasem wydawało mi się, że to jest absolutnie nie do przejścia. Za to, że pokazałaś mi, że można zerwać z każdym przyzwyczajeniem, nawet najbardziej utrwalonym. No i wreszcie za to, że po latach wątpliwości, czy lubię dzieci, czy nie i czy w ogóle chcę je mieć, nareszcie znam odpowiedź.

A życzę Ci tego, żebyś nadal tak dzielnie, skutecznie i spokojnie szła w kierunku, który sobie wytyczyłaś i żeby Cię to satysfakcjonowało jeszcze bardziej, niż teraz. Życzę Ci odnalezienia wszystkich poszukiwanych przez Ciebie kawałków siebie i tego, żeby niebawem usłyszał o Tobie świat. Bo taką osobę jak Ty, powinien znać każdy.

A tego z kolei życzę Wam, kochani czytelnicy.

[caption id="attachment_969" align="aligncenter" width="640"]A to My, 9 lat później. Kraków, marzec 2015. A to My, 9 lat później. Kraków, marzec 2015.[/caption]

Podobne wpisy

  • Maja Sokół

    Piekielnie prawdziwe. A od siebie dodam, że kilka miesięcy temu myślałam o przyjaźni w wieku „dorosłym” podobnie do Ciebie – że wynosi się ją ze szkoły, a później można mieć jedynie dobrych znajomych. Dziękuję losowi za to, że tak bardzo się myliłam, bo oto w pracy poznałam jedną z najcudowniejszych kobiet stąpających po tej planecie (ot, taki odpowiednik Twojej Pauliny) i mam nadzieję, że za moje dziewięć lat będę mogła skierować do M. równie piękne słowa :)

    I oczywiście wszystkiego najwspanialszego dla solenizantki! :)

  • Świeczki w oczach. Wreszcie ktoś mądrze napisał o przyjaźni :)

  • Marta

    Aż mi się oczy zaszkliły. Fajnie się czyta takie historie. Sama chciałabym mieć taką przyjaciółkę, ale niestety jeszcze takiej nie znalazłam i nawet nie zapowiada się, żebym taką znalazła. Mam 22 lata i przegrałam życie. Mam tendencje do wchodzenia w toksyczne związki. 3 lata liceum zmarnowałam na ćpuna,który zamknął mnie w złotej klatce, później kolejne 3 na kolesia, który mnie od siebie uzależnił, prał mi mózg dosłownie, słodko pierdzącymi tekstami o miłości, że ja mu tylko jestem potrzebna do szczęścia, że jak do niego przyjadę i zamieszkamy razem to będziemy jednością itp. a sam dzięki mojej pomocy wybił się na wyżyny i teraz żyje sobie super za granicą. Czekałam na niego tyle czasu, a mogłam ten czas poświęcić na poznawanie świata, życia, ludzi, mogłam wyjechać z koleżankami do pracy, a tak zostałam na miejscu czekając aż skończę szkołę i będę mogła wreszcie wyjechać. Wszyscy znajomi wyjechali, każdy ma swoje życie, nikt nie chce pomóc, nikt do mnie nie pisze, nikt mi nie odpisuje, nikt nie zastanawia się czy jeszcze w ogóle żyje. Teraz facet mnie rzucił, a ja zostałam sama, w pipidówie bez przyszłości, z milionami lęków i fobii, bez dalszych planów, z psychoterapią na karku. Sama jestem sobie winna.

    • maryy

      o kurde. mocna historia. powiem tak: moj pierwszy zwiazek byl tragedią – z dziewczyny, ktora wiedziala czego chce, kogo chce, jak tego chce, przeistoczylam sie w zakompleksioną, zagubioną sierotę, która cudownie wierząc w bezgraniczną miłość oddała prawie wszystko jednemu kretynowi. poźniej, znając jeden przepis na związek powtórzyłam to kilka razy… na szczescie trafilam na kogos, kto uswiadomil mi kiedy zgubilam droge i jak moge znalezc tę dobrą. mam nadzieje, ze Ciebie taka osoba juz szuka, trzymaj sie, zlamane serca razem!

      ps.mysle, ze 22 lata to za szybko, zeby powiedziec ze przegralas zycie… ja mam 23, a Jego spotkalam raptem 2 lata temu… nie poddawaj sie !!!

      • Marta

        Wydaje mi sie, ze 22 lata to powinien byc wiek, w ktorym sie bawie,zdobywam szalone wspomnienia,robie rozne glupie rzeczy, a tymczasem dzien jak co dzien, nie chce mi sie wstawac z lozka, bo tak na prawde nie mam po co, kazdy dzien wyglada tak samo. Chociaz tyle, ze mama czasem mnie to czegos motywuje. Wlasnie, to jest wlasnie ten czas kiedy powinnam zycie wyciskac jak cytryne,a tymczasem co wtorek siedze na kozetce u psychiatry. Nie mam motywacji, nie potrafie uwierzyc. Ten facet mnie zniszczyl, wyssal ze mnie cala radosc zycia. Ja chce tylko miec sie do kogo przytulic. To mi jest potrzebne.

    • A

      Masz TYLKO 22 lata, całe życie jest przed Tobą. A do tego masz świadomość siebie i swoich błędów. A to naprawdę dużo. Terapia pomaga, nie ma w niej też nic złego, trzeba sobie dać szansę. Masz jeszcze tak dużo czasu, chciałabym mieć te 8 mniej na popełnianie błędów i wyciąganie wniosków, próbowanie, szukanie siebie. Bo to właśnie jest ten czas. Nie zmarnuj go, bo potem jest gorzej. Kiedy masz 30 i wypadałoby mieć poukładane w głowie, a ty wiesz że nic nie wiesz, gdzie jesteś, czego chcesz i co ze sobą zrobić.. bo brakło ci odwagi, bo bałaś się, poddałaś się lękom, bo nie szukałaś, nie popełniałaś błędów.

      A znajomi byli to i nowi będą. Ważne, żeby się nie zamykać tak, nie frustrować i nie czekać aż ktoś coś zrobi, wyciągnie rękę i nie winić innych, że się tego nie robią i się nie odzywają.

      A przyszłość masz, ale jaka będzie musisz zdecydować sama. To nie jest łatwe ale próbuj. Najgorsze to później żałować straconego czasu..
      Będzie dobrze :)

      Ps. Post rewelacyjny (nigdy nie komentuję ale musiałam ;) ). Bardzo zazdroszczę takiej relacji, takiej osoby.

  • disqus_waRC96llkL

    a ja mam takiego ” brata” od ponad 6 lat , związek prawie 3 letnim nam nie wyszedł
    ale brat przyjaciel z niego jest idealny , chociaż teraz każde z nas ma już jakoś ułożone życie jesteśmy nadal , i jak to sobie powiedzieliśmy po rozstaniu Pamiętaj na mnie możesz zawsze liczyć , i tak się tego trzymamy w każdej sytuacji , jest osobą na której można się „wyżyć” potem powiedzieć przepraszam miałam gorszy dzień , i usłyszeć spoko nic się nie stało <3
    a też wygadać czy wypłakać.
    życzę Tobie żebyś zawsze miała tą osobę
    pozdrawiam

  • Beata

    Totalnie wiem co masz na myśli, z tym że dorobiłam się trzech takich sióstr, a z „najstarszą” stuknie mi niedługo 20 lat znajomości (bo znamy się od przedszkola, ale ciężko określić, kiedy zmieniło się to w coś więcej ;)). Ostatnio również miałam taką refleksję, że to jest coś na całe życie, że nieważne co się dzieje pomiędzy, czy jest lepiej czy gorzej – jesteśmy rodziną z wyboru i tego nie da się już zmienić. To chyba jedna z form takiej najczystszej miłości :)

  • extraBabka

    Ja dziś pisząc kartkę urodzinową do mojej Przyjaciółki, napisałam Jej, że przyjaźń z nią to jedna z najważniejszych i najpewniejszych rzeczy, która mi się zdarzyła w życiu. Też mamy różne życia, na różnych jego etapach jesteśmy, w różnych częściach świata mieszkamy, ale mam taką pewność, że my zawsze będziemy się przyjaźnić.

  • Blog To Wake Up Baby

    pięknie napisane…

  • emka

    Pamiętam, jak w jednym z wpisów mówiłaś, że kiedyś brak faceta powodował u Ciebie poczucie wybrakowania i że traktowałaś faceta jako wyznacznik tego, że jesteś wartościowa itp. Jak sobie z tym poradziłaś? Jak do tego doszłaś, że teraz myślisz inaczej? Bo ja nie mam chłopaka i właśnie czuje się gorsza, wybrakowana… czuję, że tracę sens życia, ciągle rozpamiętuję przeszłość i nie umiem cieszyć teraźniejszością… chociaż to właśnie na byciu w związku zależy mi najbardziej i tego, co dla mnie najważniejsze nie mam…. wyć sie chce!

  • Również myślałam, że to przyjaźnie z dzieciństwa i szkoły są wieczne, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że te drogi się też najłatwiej rozchodzą. Doszłam też kiedyś do wniosku, że zdecydowanie powinno być coś pomiędzy przyjaźnią a miłością różnego typu, bo wydawało mi się, że czegoś zdecydowanie brakuje. ;) Dzisiaj już sama nie wiem, czy wierzę w ciągłość takich relacji… W każdym razie uważam, że ta notka to cudowny „prezent”! :)

  • Aleksandra

    Czytam Twojego bloga już od jakiegoś czasu i czekałam chyba tylko na taki post, jak ten teraz. Wywarł na mnie mega duże wrażenie. Bardzo Ci zazdroszczę (i jak widzę nie tylko ja) takiej więzi z drugą osobą. Mi się cały czas wydawało, że też mam takich przyjaciół. Niestety – życie weryfikuje. Właśnie siedzę w małym pokoiku na brytyjskiej wyspie – mija 1,5 miesiąca i ludzie, którzy byli dla mnie najbliżsi zaginęli w akcji, zapomnieli, nie odzywają się, mają swoje sprawy, nie wiem… a tutaj życie jest całkiem inne, Polacy są okropni i nie nie nastawiam się negatywnie, racjonalnie tylko podchodząc do życia śmiem twierdzić, że przyjaźni tutaj nie znajdę, tak tęsknie…dbajcie o siebie.

  • polsko-kubanski

    Zazdroszczę takiej przyjaźni :) Każdy powinien mieć taką siostrę/brata i nauczyć się pielęgnacji tego związku.

  • O matko! Wspaniała, wspaniała historia. Gratuluję tak silnej więzi! Miło czytać, że ludzie potrafią jeszcze tak dobrze się rozumieć i mimo rozłąki walczyć o drugiego człowieka.
    A tak poza tym, to rewelacyjne zdjęcie ślubne. : )

  • Misia

    Swiat jest taki maly ;) Czytam Twojego bloga od dawna, a tu nagle okazuje sie , ze masz przyjaciolke z ktora chodzilam do tej samej Szkoly Podstawowej w Zarnowie;) Paulina zawsze byla wspaniala chociaz widzialam ja ostatnio kilkanascie lat temu ;)

  • Pięknie to ujęłaś…
    Jaka cudowna historia :)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress