Niech mamusia przestanie

18 września 2015 Blog

02

Ale mamusia się uspokoi. Nie… Nikt mamusi niczego nie zabrał. Ja musiałam wyjechać, mówiłam mamusi. Mi też się coś należy, ja też muszę odpocząć, a mamusia tylko mi jęczy i narzeka do słuchawki. Nawet mamusia nie spyta, czy jest miło i czy jest pogoda, tylko mamusia mi robi wyrzuty, że na tydzień wyjechałam z córką. Ale niech mamusia przestanie tak ciągle narzekać, bo przestanę do mamusi dzwonić. Ale niech mamusia się uspokoi. Tak, wracam w sobotę, odwiedzę mamusię jeszcze przed południem. Nie, nie mogę wcześniej. Nie mogę. Ale… Niech mamusia tak nie robi, bo mi mamusia sprawia przykrość… Niech mamusia przestanie!

Pani o miłym i spokojnym głosie rzuciła telefonem. Mimo, że przez kilka wcześniejszych godzin była zrelaksowana, czytała gazetę, rozmawiała ze swoją córką, bawiła się ze swoim wnuczkiem i pływała, po rozmowie z własną matką usiadła na ręczniku i przez kilkadziesiąt minut siedziała spięta i patrzyła w morze. Już nie było miło, nie było wakacji, relaksu, odpoczynku. Kilkaset kilometrów dalej była jej mama. Niezadowolona mama. A niezadowolony rodzic, jak dobrze wiemy, to koszmar.

A mnie, leżącą na ręczniku z metr dalej, po prostu zmroziło. A raczej oświeciło i zasmuciło zarazem.

Te duszące relacje z rodzicami mogą trwać wieczność i że nie ma na nie terminu ważności, jak sobie to wyobrażałam jeszcze jakiś czas temu.

A musiałam sobie wyobrażać odkąd właściwie sięgam pamięcią.

Żeby było jasne: mam świetną mamę, z którą mam dobry kontakt, jednak jest to trudna, o ile nie bardzo trudna relacja. Nie będę jej tutaj analizować, bo zdążyłam analizować tę kwestię kilkadziesiąt tysięcy razy (nie jest to przesadzona liczba) i to pod 360 kątami. Poza tym, czego by nie mówić o mnie i moim podejściu do „obnażania się”, to są jednak pewne granice i opisywanie personalnych kwestii z pewnością jest już poza nimi. Niemniej, moja relacja z mamą to temat, który od kilkunastu miesięcy leży mi na wątrobie, a poruszenie tego tematu było kwestią czasu.

Kiedy w 2011 roku decydowałam się pójść na terapię, potrzebę pójścia na nią najlepiej określało powtarzane jak mantra zdanie: Za nic w świecie nie chcę pozwolić na to, żeby moje dziecko kiedykolwiek skończyło jak ja i tak bardzo się męczyło. Nie chcę, żeby miało taką matkę.

Sztafetową matkę.

Matkę, która oprócz wartości, przekonań, wiedzy i miłości, przekazuje złe mechanizmy, kompleksy, obawy, lęki i trudności z zaufaniem, które zostały w niej zaszczepione przez własnych rodziców.

Zanim zrozumiałam, że tak to właśnie działa, miałam w stosunku do mojej mamy naprawdę niezdrowe uczucia, niejednokrotnie ocierające się o chwilową nienawiść, choć głównie uczucia te skoncentrowane były w okolicach strachu, żalu, olbrzymiej tęsknoty, zmęczenia i potwornego, niedającego normalnie funkcjonować wzruszenia.

Historia mojego przypadku jest do bólu prosta: ja, pierwsze dziecko i pierwsza wnuczka dla obu par dziadków. Podobno prześliczna (pewnie przez oczy, bo urodziłam się ze skwaszoną miną), szybko się uczyłam, błyskawicznie zaczęłam mówić. Kochałam czytać, by mi czytano, oglądałam książki, zadawałam mnóstwo pytań. Miałam niezwykle barwną wyobraźnię i potrzebę doświadczeń metafizycznych (ulubione zabawy: w kościół oraz w wolność). Nic dziwnego, że kochająca mnie mama, dostrzegła te cechy i potencjał i chciała ponad wszystko pomóc mi się rozwijać. Muzycznie, sportowo, matematycznie, humanistycznie i jeszcze na kilka innych sposobów.

Mama tak bardzo chciała ze mnie ten potencjał wyciskać, że przestała zauważać kilka innych rzeczy. Że nie mam koleżanek z podwórka (chodziłam do „najlepszej szkoły”, a więc nie znałam prawie dzieci, z którymi mieszkałam na osiedlu). Że nie przepadam za tenisem i że nie interesuję się matematyką. Że życie przestało mi się kojarzyć z zabawą, a zaczęło być jakimś wypełnianiem planu, który w dodatku nie był mój. Że byłam zmęczona i bywałam zbyt często smutna.

Musiałam poprawiać 4+ i w całej mojej podstawówce nigdy nie zostałam za ocenę inną niż pełna piątka (lub wzwyż) pochwalona. Podstawówkę skończyłam z paskiem i średnią 5-coś i… był to ostatni raz, kiedy miałam pasek.

Rodzice zapisali mnie do innej, jeszcze lepszej szkoły, do której normalnie zdawało się egzaminy. Pamiętam ten egzamin, bo był o teleskopie Hubble’a. Ja, 11-letnia dziewczynka, słuchająca Backstreet Boys i teleskop Hubble’a.

Dostałam się do szkoły, w której dostałam pierwszą w życiu tróję. A potem kolejną i jeszcze kolejną. I ze strachu nie powiedziałam o nich mamie. Mama po kilku tygodniach odkryła, że jej geniusz jest przepaloną inwestycją i zaczęła się moja (przepraszam, mamo, że to mówię) gehenna.

Czułam, że zawiodłam, choć rozczarowanie nie jest odpowiednim słowem. Ja czułam, jakby zawalił mi się świat. Ja i trójka? Przecież naprawdę się uczyłam. Dlaczego matematyka nagle przestała być dla mnie taka oczywista? Było mi poza tym wstyd przed innymi ludźmi z klasy, którzy pisali te równania z dwiema niewiadomymi, jakby pisali liścik o tym, co kupią na przerwie w sklepiku. Nad wszystkimi skotłowanymi myślami górowała jednak ta, że moja mama będzie tak bardzo niezadowolona, że ze strachu wolę sobie tego nie wyobrażać.

Nie wiem, co poszło wtedy nie tak, że o tym nie porozmawiałyśmy. Że mama zamiast od razu wlepiać mi szlaban na wszystko na pół roku (to też nie jest żart), nie spytała skąd ten nagły spadek formy. Przecież mogłyśmy wspólnie o tym pomyśleć, zidentyfikować przeszkodę, a potem wspólnie ją pokonać. Jestem prawie pewna, że to był ten moment w którym można było podjąć kluczową dla całej przyszłości decyzję i to od niej zależała cała przyszłość: rozmawiać, czy wymagać. Całą sobą marzyłam o rozmowie, ale niestety, stało się inaczej.

Mama stosowała system wymagań, kontroli, braku zaufania, wytyczania celów, umieszczania wysoko poprzeczki, dopingu „jak nie, to zobaczysz” i (czego wciąż nie potrafię zrozumieć) trzymania strony ludzi, którzy byli wobec mnie obiektywnie niesprawiedliwi, albo mnie źle traktowali.

Moim psim obowiązkiem była nauka, bo to dzięki niej w przyszłości mogłam coś osiągnąć. No, a że partaczyłam tę jedną jedyną rzecz, którą miałam w życiu do roboty…

W pewnym momencie doszło w moim świecie do takiego podziału rodziców na rodzica dobrego i rodzica złego, którego zadaniem jest egzekucja i kontrola. Obgryzałam do krwi paznokcie, wolałam, gdy jakimś cudem mamy nie było w domu, bo kiedy była, to zawsze musiałam coś robić. Taki potencjał jak ja nie może przecież siedzieć w miejscu.

Miałam prosty mechanizm, polegający na nieinformowaniu mamy o niezadowalających ją rzeczach, jak najdłużej to możliwe, bo czasem, w przerwach między karami zwyczajnie był to jedyny sposób na odroczenie kolejnej nadchodzącej. Przy tym całym koszmarze, zwierzałam się mamie z całej reszty swoich życiowych problemów, choć nie czułam zupełnie tego, że jestem w tej relacji bezpieczna i chroniona. Wiedziałam przecież, że mam tróję z francuskiego, o której mama się dowie za trzy tygodnie. Wiedziałam więc dokładnie kiedy dobra atmosfera się skończy.

I tak się toczyłyśmy przez podstawówkę, gimnazjum i liceum. W maturalnej klasie miałam „szczęście” w nieszczęściu, że od mojej matury, uwagę mamy odciągnął prawdziwy problem, w postaci choroby mojego taty. Choć nie obyło się bez hasła na zachętę: Po co zdajesz na UJ? Żeby się ośmieszyć?

Maturą zaskoczyłam sama siebie. Wymiotłam wynikami ponad oczekiwane (więcej niż 90% w rozszerzeniach) i dostałam się na jeden z najbardziej obleganych kierunków na UJ – dziennikarstwo (dziennie).

Nabrałam pewności siebie, byłam przeszczęśliwa, że skończył się koszmar kontroli, wymagań, udowadniania, że na coś mnie stać. Do pierwszego (w dodatku ustnego) egzaminu z filozofii, z którego dostałam jedną z wyższych ocen na roku. Przeklęte 4,5. Przyjechałam dumna do domu i pokazałam mamie indeks.

Nie wiem nawet czemu tak bardzo mnie zaskoczyłą jej odpowiedź. Przecież patrząc wstecz, nie mogłam nawet przypuszczać, by była inna, niż doskonale mi znane

Dlaczego nie pięć?

Mam wrażenie, że to był jeden z tych momentów zwrotnych w życiu, w którym człowiek sobie coś uświadamia, a ja uświadomiłam sobie wtedy, że dalej jestem tak samo mierna we wszystkim, jak byłam w gimnazjum, na początku mojej trójczynowej przygody.

Przestałam zabierać głos w dyskusjach, stałam się mało asertywna, kompletnie zobojętniałam. Od tamtego momentu przestało mi zależeć na jakichkolwiek ocenach. Przecież i tak zawsze jest niewystarczająco dobrze dla mojej mamy.

Pewnego dnia (nie wiem ile miałam wtedy lat: dwadzieścia sześć, albo siedem), usłyszałam rodzinną „anegdotkę”, na wspomnienie której, robi mi się słabo i zaczynam być wściekła. A była to anegdotka o tym, jak moja dziesięcioletnia mama chciała obejrzeć w telewizji film. Wiemy, jak działała telewizja w latach 70-tych: program był zaledwie przez kilka godzin dziennie, bez powtórek, więc powiedzmy, że mama bardzo chciała zdążyć na bardzo ważnego, prywatnie otrzymanego snapa. Dziadek zadał jej pytanie, czy odrobiła lekcje. Mama potwierdziła, że tak i wszyscy zasiedli do seansu.

Późnym wieczorem, przez szybę od drzwi, dziadek zauważył wątłe światełko w pokoju mojej mamy i postanowił sprawdzić, co się dzieje.

To była moja mama, która w ciemności, przy jakimś prowizorycznym światełku odrabiała lekcje, bo kilka godzin wcześniej nie do końca była z dziadkiem szczera. Dziadek postanowił wyciągnąć wobec mojej mamy konsekwencje za kłamstwo. Zrobił to na tyle skutecznie i dosadnie, że mama nie była w stanie pójść do szkoły przez cały następny tydzień.

„Anegdotka”… .

Po jej usłyszeniu nie mogłam się pozbierać. Miałam ochotę iść do dziadka i oddać mu za moją mamę. Czy on sobie w ogóle zdawał sprawę, czym jest katowanie dziecka? WŁASNEGO dziecka?!

Okazuje się, że oczywiście, zdawał sobie. Sposób wychowywania mojego dziadka przez jego rodziców można by zamknąć w słowie „znęcanie”. Mimo to, kiedy dziadek jako 14-latek uciekł z domu po to, by wyrwać się z biedy i ze wsi, już wówczas wiedział, że gdy po ciężkiej fizycznej harówie uda mu się coś zarobić, to tylko po to, by własnemu ojcu (lub oprawcy) wybudować dom. Pierwszy murowany dom we wsi.

Ta genealogia przemocowego wychowania wbiła mnie w fotel. Moi pradziadkowie byli bardzo prostymi, biednymi ludźmi wychowanymi w nędzy. Dzieci miały przede wszystkim pomagać w pracy i zapewniać ewentualną pomoc na starość. Czy w takich warunkach ktokolwiek z nich przez sekundę zastanowił się nad uczuciami takiego urodzonego małego służka? Skoro konia lało się batem, gdy stawiał opór, to dlaczego by tej sprawdzonej metody nie stosować na dziecku?

Co mój dziadek mógł wiedzieć o wychowaniu dziecka w poczuciu bezpieczeństwa, bliskości i miłości? Co to w ogóle jest miłość do dziecka, bezpieczeństwo i bliskość?

Co moja mama mogła wiedzieć o zaufaniu, akceptacji i bliskości, będąc wychowaną przez bardzo surowych, skromnych i zamkniętych ludzi doświadczonych piekłem wojny i skrajną nędzą? O jakim my w ogóle mówimy dzieciństwie, gdy moja babcia musiała niańczyć swoich braci i gotować obiad dla pięcioosobowej rodziny jako CZTEROLETNIA DZIEWCZYNKA?

Odkrycie istnienia tej sztafety było dla mnie bolesne. Jestem w pierwszej linii do przekazania tego wspaniałego zestawu cech kolejnej bezbronnej osóbce. I mimo, że tendencja ewidentnie jest spadkowa i po drodze siła tych okropieństw znacznie przygasa, to podjęłam jedną z ważniejszych decyzji w moim życiu, która brzmi, że dopóki nie będę czuła, że zerwałam ten łańcuch kompleksów, złych nawyków w kontaktach z ludźmi i panicznego lęku przed bliskością, nie będę nawet próbować myśleć o dziecku.

„Wybaczyłam” mojej mamie. Latami byłam przekonana o tym, że jestem przez nią odrzucona i niekochana, jednak zyskując szerszą perspektywę, mam absolutną pewność, że wszystko, co w życiu robiła, robiła z myślą o mnie i o tym, żeby było mi jak najlepiej. Uważam to za tym bardziej smutne.

To, że odpuściłam większość z tych złych i destrukcyjnych emocji wobec niej nie znaczy, że teraz siedzimy na kanapie i jemy razem popcorn oglądając „Żony Hollywood”. Nadal jest między nami uczucie niespełnionych oczekiwań. Wszak moją największą wadą jest to, że nie jestem kimś innym: koleżanką Agatą, która jest doktorem stomatologii, żoną kolegi prawnika, który kilka lat temu szalenie przypadł mamie do gustu. Że nie jestem szczupłą, elegancko ubraną zadbaną kobietą, a wykonującą dziwny zawód osobą, wylewającą swoje myśli w internecie (choć to, od jakiegoś czasu zaczyna powoli mamie chyba imponować). Tak, trochę ironizuję, ale dokładnie o to chodzi.

I ja sobie z tych wszystkich moich „braków” zdaję sprawę i odczuwam je za każdym razem spędzając z mamą czas. Ale wiem też, że moja mama nie jest z tych uczuć dumna, bo myślę, że zdała sobie całkiem niedawno z ich istnienia sprawę.


Nie tego dla ciebie chcieliśmy.

A czy ty, wymagający zbyt wiele rodzicu myślisz, że myśmy takich rodziców chcieli? Że jesteście spełnieniem naszych marzeń? Że jesteście tak świetni w swojej roli, że gdziekolwiek jesteśmy, czujemy dumę, że to właśnie nas spotkało szczęście w postaci waszej obecności w naszym życiu? Czy wy myślicie, że jesteśmy ze wszystkiego, co robicie zadowoleni? Że nam smakuje wasza kuchnia, odpowiadają wasze poglądy i że wasz stan wiedzy nam zawsze imponuje? Że się za was nigdy nie wstydziliśmy? Że nam się podoba wystrój waszego mieszkania i że uwielbiamy sposób w jaki prowadzicie samochód?

To, co nas jednak od siebie różni, to fakt, że nam do głowy nie przychodzi kazać wam cokolwiek nam udowadniać i dorównywać naszym wymaganiom. Ani robić niczego, byśmy was nadal tak samo kochali i byli z was zadowoleni. Mimo, że drzemie w was ogromny potencjał.


Dostałam od Was mnóstwo listów, w których opisywaliście swoje trudne relacje z rodzicami. Wiem, że ludzie są tylko ludźmi i nawet wśród rodziców zdarzają się potwory, ale wydaje mi się, że jednak większość z nich naprawdę nas kocha, mimo, że wyraża to w zajebiście nielogiczny sposób.

To, co mi pomogło w poprawie relacji z moją mamą, to uświadomienie sobie, że pępowinę miało się w brzuchu i od momentu jej przecięcia, jest się odrębną jednostką ludzką. Z własnym zestawem kończyn, płuc, sercem oraz mózgiem. Pomyślałam sobie również, że „czcij ojca swego i matkę swoją” to piękny ideał, ale ideałów praktycznie na tym świecie nie ma. W pewnym momencie życia rodzic przechodzi przez swojego rodzaju sąd ostateczny, kiedy dziecko już nie ocenia go jako mamy/taty, ale jako człowieka i ma do tego prawo. Inaczej w mojej opinii rodzicielstwo nie byłoby żadną relacją międzyludzką.

Klucz tkwi w zrozumieniu. Pięknie by było, gdyby było ono obustronne, jednak to zazwyczaj nam, dzieciom, bardziej zależy na tym, by coś zrobić od nowa, na nowych zasadach. Musimy się zatem liczyć z tym, że rodzic nie będzie chciał za bardzo uczestniczyć w tworzeniu naszego Nowego Świata Wspaniałych Rodzinnych Relacji rodem ze świątecznych reklam Jacobsa. Jesteśmy zdani na siebie.

Na tym też w dużej mierze polega terapia: żeby zrozumieć, że to nie jest proces, w którym zmienimy się my oraz nasze otoczenie, ale proces, w którego trakcie dokonamy zmian, pozwalających na to, by to otoczenie odebrać we odpowiedni sposób.

A do tego niezbędne są granice: tu jestem ja, mamo. A tam, mamo, jesteś ty.

I to jest trudne i bardzo trudne, i w ogóle, najtrudniejsze. Ale zawsze możecie się złapać za ręce. A za jakiś czas nawet pójść razem na spacer.

We wspólnym kierunku.

Podobne wpisy

  • Ewa

    Poruszasz bardzo ważny temat i jakże mi bliski, choć w moim przypadku była to relacja z Tatą i też na zasadzie: „Masz się uczyć”. Po latach zrozumiałam dlaczego co i jak, ale też trochę czasu mi to zajęło. Całe szczęście teraz mam z nim świetne relacje i już nie czuję, że nie spełniam wymagań tylko że autentycznie są ze mnie dumni (choć tu akurat myślę, że byli cały czas, tylko za mało o tym mi mówili) :-)
    I tak, przede wszystkim dziecko musi zrozumieć, że jest odrębną jednostką i że to jego życie (co nie znaczy, że ma nie szanować rodziców). Trudne rzeczy, trudne sprawy, zwłaszcza kiedy tak jak mówisz, chodzi o wychowanie kolejnego małego człowieczka w tej sztafecie.

    • krotkiporadnik

      Dziękuję, Ewa! Trzymam kciuki za dobry bieg i przekazywanie dobrych rzeczy następnym pokoleniom :)

  • Przeczytałam cały wpis bardzo powoli i uważnie. Ciężki to temat niebywale. Sama czuję czasem taką narastającą frustrację, kiedy moi rodzice powtarzają mi, co powinnam robić. Robię, oczywiście, coś zupełnie innego, ale nie dlatego, że robię im na złość, ale dlatego, by pokazać, jak bardzo się różnimy. Jestem ja i są oni.
    Mam nadzieję, że z biegiem lat będzie już coraz lepiej i zrozumieją w końcu, że to pisanie, tworzenie, dzielenie się emocjami z innymi – to jest moja prawdziwa pasja, to kocham i w tym chcę być coraz lepsza.
    Trzymaj się ciepło i głowa do góry.

    • krotkiporadnik

      Dziękuję! Trzymam za Ciebie kciuki również!

  • a wiesz kochana, poznając Cię na żywo, odniosłam wrażenie, że właśnie jesteś bardzo wymagającą osobą (wymagającą od siebie i innych). Złapałam się na tym, że pilnowałam się, by nie palnąć jakiegoś głupstwa („bo co ta mądra i wyważona Justyna sobie o mnie pomyśli?”) :) Teraz, po tym wpisie mocniej się z Tobą solidaryzuję . I wiesz, to bardzo ciekawe, bo Ty wydajesz mi się kimś mega asertywnym – to piękne – bo zazwyczaj dzieci z domów, w których bały się podpaść rodzicom i robiły wszystko, by tylko uśmiech nie schodził z twarzy mamy lub taty w dorosłym życiu nie potrafią stawiać na swoim. Myślę, że wyszłaś z tego zwycięsko.

    • krotkiporadnik

      Wow, zajęło mi to trochę czasu, zanim przetrawiłam ten komentarz, bo trochę się nie spodziewałam, że ktoś może mnie tak odebrać, a potem pomyślałam, że w sumie masz rację. Myślę, że to zdziwienie wynika też z tego, że ja wiem, jaki „mam środek” i co stoi za tą barierą i gardą, którą trzymam wobec obcych lub nowo poznanych osób. Ja się w Twoim towarzystwie bardzo dobrze czułam i mój pobyt w Gdyni zaliczam do udanych w głównej mierze dzięki Twojemu i Kasi towarzystwu! :)

      Ale asertywność… to powiem szczerze, że najlepszy komplement jaki mogłam usłyszeć!

  • Meg Kujawska

    Justynko, dziękuję Ci za ten tekst. Jest wyjęty żywcem z mojego przypadku. Tylko, że ja wychowałam się bez ojca, więc nic nie mogło odciągnąć uwagi mamy od planowania naszego życia. Bo ona się już nikim po rozwodzie nie związała. Bo „poświęciła się nam” a my jesteśmy tacy niewdzięczni, nie chcemy się uczyć, sprawiamy kłopoty… Zawsze słyszałam „czemu nie pięć”. Kariera i świetne zarobki nic w jej oczach nie znaczą, bo nie mam magistra. Teraz, kiedy wyszłam za mąż i mam cudowny dom na który ciężko zapracowałam to słyszę „a kiedy zostanę babcią?” A może by tak mnie ktoś o zdanie zapytał? Potencjalnej przyszłej matki? A może ja nie chcę? Albo nie mogę? Albo mój ogranizm się broni bo wie co się święci?
    Dziękuję Ci z całego serca, Justynko. Za tę szczerość, bo wiem, że nie jestem sama. Bo ja też dopóki nie zerwę z kompleksami, niskim poczuciem własnej wartości i lękiem przed nią i o nią to nie będę nawet próbować myśleć o dziecku.
    Pozdrawiam najserdeczniej.
    Małgosia

    • krotkiporadnik

      Dziękuję Małgosiu za te słowa. To dla mnie bardzo ważne!

  • Mój ojciec był zawsze Matką z Twojego tekstu – oceny były zawsze za słabe, a inni w ogóle zawsze byli lepsi. Zupełnie nie wiem, co się stało, że ostatnio przestał mnie porównywać z innymi (być może dlatego, że widzi, że sama wystarczająco robię sobie dużo wyrzutów, więc mi nie dokłada), zaczęła za to… Moja Mama, która na wieść, że wzięłam sobie wolne w pracy atakuje mnie swoim ‚skoro masz urlop to czemu nie przyjechałaś’ – także kręci się.

    • krotkiporadnik

      Na szczęście mają córkę o porządnym wnętrzu i umyśle, która jest tego świadoma i już ma jakiś tam dystans do tego. A to najważeniejsze – trzymanie tego dystansu.

  • Mam bardzo podobne przemyślenia i robię co mogę, żeby nie zostać taką
    trudną mamą. Nie chodzi mi o spamowanie, ale przesyłam Ci moje rozkminy
    w tym temacie. Jeśli uznasz to za niewłaściwe to oczywiście usuń, ale
    zerknij proszę, bo też od dawna próbuję się zmierzyć z tym problemem i
    znaleźć jego źródło. Pozdrawiam! Kasia
    http://www.vanillaisland.pl/2015/08/pewnego-dnia-moje-dziecko-odejdzie/

  • Hania N

    jesteśmy ofiarami ofiar… :(

    • krotkiporadnik

      Niestety, ale ruch należy do nas!

    • Karolina

      Dobrze powiedziane!!!

  • Eryk Markowski

    Justyna, dzięki Ci za ten tekst. Sam zmagam się z trudną relacją z matką. Choć nie w tym aspekcie, który opisałaś. Moja mama jest po prostu…mamą, i w tym cały problem. Mnie, jako 22-letniego mężczyznę drażni jej wszechobecność, telefony, smsy, niańczenie… Czuję się przez nią stłamszony, nie-dorosły, wręcz dziecinny… Potrzebne są takie teksty jak Twój. Trzeba uświadamiać ludziom, że ja to nie mama, a mama to nie ja. Nie może żyć moim życiem, musi mieć swoje.

    • krotkiporadnik

      Dzięki, Eryk za Twój komentarz i dobre słowa pod adresem mojego tekstu. Cieszy mnie, że mimo młodego wieku, wydajesz się mieć sporą świadomość i potrzebę poszukiwania odpowiedzi na pewne nurtujące Cię kwestie. Trzymam kciuki w wyznaczaniu granic w Twojej relacji z mamą!

  • Sylwia

    Dziękuję Ci za ten tekst. Teraz widzę, że nie jestem sama.
    Najgorsze w tym wszystkim jest to, że boję się zostać kiedyś mamą, bo nie wiem jak powinno się wychować dziecko, skoro mnie wychowano w taki, a nie inny sposób. I boję się, że mogę niechcący przekazać wszystko co złe mojemu dziecku, bo nie znam niczego innego.
    To wszystko jest bardzo, bardzo trudne.

    • krotkiporadnik

      Myślę, że warto być świadomym tych rzeczy, siebie i konsekwencji, jakie poszczególne zachowania mogą odcisnąć się na dziecku. To już chyba pierwszy krok do tego, żeby błędów naszych rodziców nie popełnić :)

  • Karola

    Eh… i tak źle i tak niedobrze… Ta historia jest tak bardzo daleka, od tego w jaki sposób ja byłam wychowana. To co piszesz, przypomina mi opowieści mojej „psiapsiółki” z podstawówki-gimnazjum. Psiapsiółka zawsze była zestresowana szkołą i ocenami, choć uczyła się o stokroć lepiej ode mnie. Mówiła: „bo mama będzie krzyczała”,” bo mama znowu powie, że jak tak dalej pójdzie to będę sprzątaczką”. Psiapsiółka miała 5., a o 4. płakała, podczas, gdy ja miałam całą gamę ocen od 6 do 1. Ode mnie rodzice niczego, absolutnie niczego nie wymagali. Nie uczyłam się – nie chciało mi się (no chyba, że coś mi się spodobało, albo sama poczułam jakąś presję z otoczenia…). Mama mówiła, „nie martw się jesteś ładna, będziesz miała bogatego męża”, mówiła „umiesz się zakręcić, umiesz wszystkich zagadać”. Zero stresu pełen luz. Jednak, czy może istnieć świat, w którym nie ma porażek? Nie! Kiedy pojawia się prawdziwe życie i prawdziwe problemy, jak sobie z nimi radzić? Jak skupić się na pracy, skoro nigdy nie robiło się niczego? Nie ma się nawyku skupiania się na ważnych sprawach. I wtedy pojawia się chcieć być zwykłym, takim jak inni, bardziej ogarniętym i rozumiejącym te całe mechanizmy, i jest pragnienie organizacji wszechobecnego chaosu. Tylko brak schematów, wzorów i motywacji. Kiedy kończy się studia (nie najlepsze) i gdy zaczyna się prace (po długich poszukiwaniach), pojawia się dziwny stres, i są myśli, że to nie możliwe, że możesz zrobić coś dobrze, skoro nie umiesz i nie wiesz, skoro zawsze byłaś tą na luzie. Kiedy pojawia się odpowiedzialność za powierzone zadania i pojawia się panika. Pojawia się ogromny stres, z którym nie wiesz jak sobie radzić, bo zawsze był luz. Wówczas się załącza dziwna nadgorliwość i spina i przestajesz być na luzie i to nie jest tak, stopniowo, bo nie znasz umiaru – tak jakby, ktoś wbił ci w dupę ogromnego kija i wszyscy widzą – to spięcie.
    Druga sprawa chęć udowodnienia, że nie jestem wcale ładna i wcale nie chcę bogatego męża, który mnie utrzyma, bo będę jego ozdobą (jak również sprzątaczką, kucharką i ku…rtyzaną). Pojawia się pragnienie udowodnienia, że nie ma się pustki w głowie. Choć jest świadomość, że pełna też nie jest, bo lata braku uczenia się w szkole i na studiach zrobiły swoje, a zapał do nadrobienia jest słomiany i nieumiejętny. Jak się uczyć skoro nie umiesz (tak to dziwne, ale można nie umieć się uczyć).
    Mogłabym pisać i pisać i, i tak nie opowiem tego co chciałabym przekazać. Nieważne, najważniejsze, że poruszasz i wzbudzasz ro refleksji. Dzięki! :)

    • krotkiporadnik

      Dziękuję za te słowa. Relacje z rodzicami mogą być baaaardzo różne i na ich tle również mogą wynikać późniejsze konflikty. Zbyt duża kontrola vs. zero kontroli na przykład… :)

  • Kira

    Na początku tego tekstu obiecujesz, że nie będziesz analizować publicznie Twojej relacji z matką, a potem piszesz jeszcze kilkanaście akapitów, gdzie zawierasz dokładny opis tego jak, kiedy i dlaczego Twoja matka zawiniła wobec Ciebie. I nawet to, że napisałaś na początku, że macie fajny kontakt niewiele tu zmienia, bo nie napisałaś nic o tych dobrych chwilach, gestach, o miłości, a cały tekst opisuje te złe momenty, przewinienia, potknięcia.

    Czy Twoja mama wie, że napisałaś taki tekst? Pokazałaś jej go przed dodaniem? Zapytałaś, czy możesz upublicznić tak prywatne sprawy w internecie, miejscu, gdzie przeczytać mogą go wszyscy- ludzie, którzy z nią współpracują, sąsiedzi, dalsza rodzina, znajomi, Pani Grażynka ze sklepu?
    Nie znam waszej rodziny osobiście, ale mieszkamy w tym samym mieście, więc od czasu do czasu widuję Ciebie, albo Twoją siostrę z mamą na zakupach, czy spacerze. Teraz jak ją zobaczę, to pewnie pomyślę ‚o, to ta okropna matka’.
    A przecież na pewno tak nie jest. Wierzę, że Twoja mama mogłaby powiedzieć niejedno na swoją obronę (i to wcale nie ograniczałoby się do- ‚mój ojciec też mnie tak traktował’), że wasza relacja nie jest tak czarno-biała jak opisujesz (ona wymagająca, niedoceniająca, podcinająca skrzydła- Ty dążąca do stabilizacji, poczucia własnej wartości). Dlatego złości mnie niezmiernie takie publiczne pranie brudów, oczernianie kogoś- sorry, nie musiałaś tego robić. Ani nie pomoże to w Twojej terapii, ani nie poprawi relacji z mamą, ani nie pomoże nikomu, kto ma równie skomplikowany związek z rodzicami. Jeśli to ostatnie było Twoim celem, to przecież nie musiałaś pisać, że chodzi o Twoją matkę.
    Wkurza mnie brak szacunku dla innych ludzi.

    • krotkiporadnik

      Cześć Kira. Dzięki za ten komentarz. Tak, moja mama wie, że napisałam ten tekst, czytała go przed publikacją. Nigdzie nie napisałam, że nasza relacja jest czaro-biała. Wręcz przeciwnie – piszę o tym, że mamy dobry kontakt, mimo, że trudny, a na to składa się z kilkadziesiąt innych spraw, o których nigdy nie napiszę, natomiast olbrzymie wymagania były tym czubkiem góry lodowej, który wystawał ponad powierzchnię i symbolizował grubszy problem, a do tego był czymś, o czym każdy wiedział.

      Jeśli z tekstu wyciągnęłaś tylko taki wniosek, że „to ta okropna matka”, to jest mi przykro, bo celowo (i wyjątkowo jak na ten blog) przed publikacją tekst trafił do kilku osób, które po przeczytaniu miały ocenić, jaki jest jego wydźwięk.

      A wydźwięk zamierzony (i jak mi się wydaje – osiągnięty) jest taki, że bardzo dużo osób ma trudne relacje z rodzicami, czasami są to takie, które podcinają skrzydła na całe życie, ale jeśli się zrozumie drugą osobę i możliwe przyczyny pewnych zachowań, to można sobie z tym poradzić. Ostatecznie z każdym problemem trzeba sobie poradzić samemu. Do tego głównym motywem jest coś, co ja nazwałam sztafetą, czyli przekazywaniem niezbyt dobrych i zdrowych zachowań kolejnym pokoleniom, bo skoro mamy ten komfort życiowego spokoju i dostępu do informacji, to mamy również czas i odpowiedzialność do zerwania pewnych zachowań.

      Dlaczego napisałam o mojej mamie? Bo to blog, na którym zawsze piszę o sobie, więc to pierwszy powód, a drugi to taki, że pisanie o „matce koleżanki mojej znajomej” wyglądałoby śmiesznie. Czy mi ten tekst pomaga w terapii? Mój blog nie jest terapią, a to, co na nim wrzucam nie ma mi pomagać lub szkodzić. Napisałam o trudnej sprawie i trudnej relacji i o tym, w jaki sposób zacząć z niej wychodzić, więc myślę (na co wskazują do tego inne komentarze i maile, które dostałam), że jednak mogło to komuś pomóc i taki był mój zamysł.

      Więc nie jest to publiczne pranie brudów, ani oczernianie mojej mamy, ani tym bardziej brak szacunku do niej, tym bardziej, że obie pracujemy na tym, żeby cegiełka po cegiełce zbudować coś fajnego między nami, co nie polegałoby na starych układach nadawcy-odbiorcy / wychowawcy-wychowanka, tylko na przyjacielskich i partnerskich relacjach. I już nam się udaje.

  • Monika

    Ja mam problem z mamą, która podcina mi skrzydła gdy chcę podjąć jakieś działanie to mnie demotywuje, zawsze znajduje jakieś nie, albo ale. Widzę, że ja czasami tak samo robie, a to wkurzało mojego ex męża, w sumie miał rację, bo to mnie tez drażni. Mam tak wyuczony mechanizm działania, z którym powoli staram się walczyć, bo dopiero po czasie zauważam że robię to samo. Na negatywny komentarz mamy reaguje albo wewnetrzna złością, a czasem coś powiem ale wtedy się obraża. Oczywiście nie chce tego, więc w efekcie rezygnuje z działania . Bo po pierwsze nie mam motywacji, bo została ona odebrana przez negatywne komentarze, a po drugie jej się nie bedzie podobać, a jak mamie to od razu ta sama reakcja u ojca, bo on własnego zdania nie ma tylko takie jak mamusia, bo mama ma zawsze rację, całe dzieciństwo słyszałam to okropne zdanie. Są chwile w których nie mam ochoty ich odwiedzać, ale gdy nie pojawie się raz w tygodniu to od razu mam telefony z pytaniami dlaczego ich nie odwiedzę, a kiedy odwiedzę, a czemu się nie odzywam, albo czy się na nich gniewam. A ja poprostu chce odpocząć. Oczywiście po takim telefonie mam poczucie winy, bo to przecież moi rodzice, którym należy się szacunek, no i że muszę utrzymywać z nimi regularny kontakt, bo kiedyś będę żałować swojego zachowania. To niesamowite jak rodzice mogą ukształtować życie swoich dzieci, myślą że robią dobrze, a tak naprawdę w jakiś sposób krzywdzą nas :-(

    • Tak, masz rację, ostatnie zdanie jest kluczowe. Trzeba w dorosłym życiu szukać tej siły na trzymanie dystansu, dzięki temu można utrzymać spokój psychiczny (nawet jeśli rodzic nie zmieni swojego zachowania, to my będziemy wiedzieć, co robić, żeby ich słowa/gesty/zachowanie już nie wywierały tak znaczącego wpływu na nasze życie).

  • Miri

    Cieszę się, że piszesz.

  • Damian

    Jesli mozna wiedziec… ojaka terapie chodzi. Jestem tu nowy a ciekawi mnie ten temat. Pozr

  • Pięknie opisane. Mój ojciec był podobny. tzn. nadal jest, ale teraz nie ma to na mnie żadnego wpływu, a może ma, ale tego nie widzę. Lub raczej miało a teraz zbieram tego kwaśne owoce. Na karku już więcej i inaczej na to patrzę dziś. Ale kiedyś zdarzało mi się go nienawidzić. Pewnie dlatego jest między nami dziś (wtedy też) dystans, którego jakoś nie potrafię zmniejszyć, a już nie oczekuję że on może spróbować. Choć czasem gdy rozmawiamy mam wrażenie, że chciałby aby to wszystko inaczej wyglądało, ale nigdy pewnie tego nie powie na głos. Ja wyciągnę rękę jako pierwszy chyba, mam nadzieję, że to zrobię i że nie będzie już za późno na to.
    Zabawne, lub raczej smutne jest to, że podobne cechy widzę u swojej żony, w jej podejściu do życia. Podejściu do dzieci zwłaszcza. Gdy dorastałem obiecałem sobie, że moje (wtedy przyszłe) dzieci nigdy nie doświadczą tego, czego ja miałem nieprzyjemność doświadczyć. Nigdy nie przypuszczałem, że mimo iż ja jestem kompletnie inną osobą niż mój ojciec, to zagrożenie przyjdzie z drugiej strony. I najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że tak jak nie miałem odwagi powiedzieć o tym ojcu, tak też nie mam odwagi powiedzieć mojej żonie, że źle robi. Jeszcze mnie zostawi i zabierze dzieci, a kto wtedy im pomoże? Mam wrażenie, że życie domowników kreci się tylko wokół jednego, żeby tylko nie zawieść/wkurzyć mamy/żony. Jak w tej pieprzonej zabawie „stary niedźwiedź mocno śpi”. Przeszkadza mi to już tak bardzo, że w niedługim czasie odbędę z małżonką szczerą rozmowę na ten temat. Tak, kiedyś to zrobię, chyba powinienem. Jestem to winny dzieciom i jej także, bo nie chciałbym aby w przyszłości miała z nimi taki kontakt jak ja ze swoim ojcem.
    Dziękuję za Twój blog. Cieszę, że tu trafiłem. Przypadkiem w sumie. W guglu wpisałem „jak ogarnąć życie” i bum, jestem tu.
    Pozdrawiam i szczęścia życzę!

    • Gumii

      Porozmawiaj z żoną- im szybciej tym lepiej. Mój ojciec całe życie tańczył tak dookoła swojej żony, a mojej matki.
      Efekt jest taki, że wyprowadziłam się z domu rodzinnego i nie chcę ich więcej znać. Obydwojga.
      Jej nie potrafię- i na obecnym etapie nie chcę- wybaczyć ataków furii, chorych wymagań i terroru psychicznego. Jemu- udawania że nic się nie dzieje.

  • Justyna W

    Dzięki za ten tekst. Jestem już zmęczona tym idealnym internetem w którym nikt nie ma problemów, nie robi kupy ani nie mówi: „ale mamoooo!”.

  • Trafiłam tu zupełnym przypadkiem i…wpadłam jak śliwka w kompot. Od kilku dni nadrabiam wszystkie posty i chłonę Twoje przemyślenia niczym gąbka. Jestem bardzo początkującą autorką bloga, moje miejsce w sieci dopiero w powijakach, ale bardzo chciałabym mieć taki dar pisania i tak lekkie pióro (klawiaturę?) jak Ty.

    Odnośnie relacji z mamą – moje również z gatunku tych raczej toksycznych, opartych na nadmiernej kontroli i braku zaufania ze strony rodzicielki. Pępowinę odcinam już od 29 lat, mozolnie i po malutkim kawałeczku, bo jakoś nie mam sumienia zrobić tego jednym zdecydowanym ruchem nożyczek.

  • Olga

    Jestem pod wrażeniem tekstu – tego jak subtelnie i zrozumiale piszesz o trudnych relacjach. Twoje teksty dają dużo do myślenia, skłaniają do zastanowienia się nad sobą i relacjami z bliskimi. Czytam Twój blog już od jakiegoś czasu i bardzo Ci chciałam podziękować, za te szczere wpisy, które otwierają nam oczy na coś z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy ( albo nie potrafiliśmy nazwać). Wiem, że zdobycie tej wiedzy wymagało wiele czasu i siły, dlatego też chciałam Ci podziękować za to, że się nią dzielisz.

  • Świetny tekst! Gratuluję Ci odwagi (przeczytałam komentarze!) – super, że dałaś to do przeczytania swojej mamie. Naprawiajmy się nawzajem, bo nikt nas w tym temacie nie wyręczy.

  • tlusta_papuzka
  • Iza

    Przegladam Twojego bloga od dluzszego czasu,ale jakos umknal mi ten tekst. Uderzyl mnie dzisiaj i chyba nie mogl wybrac lepszego dnia. Moje relacje z mama od dluzszego czasu sa nie do zniesienia… Tez, tak jak Ty bylam zawsze ta jedyna coreczka, wnuczka, ktora miala zostac doktorem prawa, miec przystojnego,bogatego meza i wiesc dostatnie, szczesliwe zycie, najlepiej z mama u boku. Dopoki marnowalam swoje zdrowie i czas na nauke (gimnazjum, liceum) wszystko bylo w porzadku. Swiadectwo z paskiem, poprawianie +4 – znam to bardzo dobrze. Dodatkowo zakaz jakichkolwiek kontaktow z chlopakami – bo przeciez „to nie wypada”. Wszystko zaczelo sie zmieniac, kiedy rzucilam po pierwszym roku studia prawnicze. Kierunek wybralam rowniez konkretny,ale to jednak nie byl ten „prestiz zawodu”. Co gorsza, na IV roku studiow poznalam chlopaka – grafika, artyste, ktory stal sie obiektem dzikiej nienawisci i wyznacznikiem tego, jak bardzo zmarnowalam sobie zycie. Dotknal mnie wybor niczym z greckiej tragedii – albo on, albo mama… Przeciez nie mozna miec wszystkiego. Teraz jestem juz po studiach, pracy w miedzynarodowej firmie zazdroszcza mi znajomi, podrozuje, a z chlopakiem (tym samym) jestem bardzo szczesliwa. Tyle,ze mama tego szczescia ze mna nie dzieli. Jedyny kontakt to rozpaczliwa proba przekonania mnie,ze marnuje sobie zycie. Nie wiem, jak to sie skonczy, bo czasami brakuje mi sil na codzienne proby pokazania jej, ze mozna wiesc dobre zycie niekoniecznie oplywajac w luksusy, a co najwazniejsze chcac je dzielic z najblizszymi (moi przyjaciele tez wedlug niej nie sa dla mnie odpowiedni, wiec spotykam sie z nimi w tajemnicy). Wierze, ze kiedys bedziemy mogly spokojnie porozmawiac. Jej problemy wynikaja z relacji z rodzicami,ale czy to powod, zeby robic to samo wlasnemu dziecku?
    Zycze Ci powodzenia w ukladaniu Twoich, wlasciwie Waszych relacji!
    Na bloga bede wracac regularnie.
    Pozdrawiam, I.
    PS. przepraszam za brak polskich znakow ;)

  • Chciałem napisać” współczuję”, ale czuję,że to by było takie łatwe, wyświechtane. Napiszę- jestem, jako czytelnik, który chce współodczuć, zdjąć część tego ładunku, choćby samą obecnością.

  • Klaudia Wojnarowicz

    Drodzy czytelnicy…droga Justyno.

    Też tak miałam. Może nie do końca, temat bardziej skomplikowany, bo poza ojcem terrorystą (czyli moim dziadkiem) mama miała guza mózgu (terrorysta nr 2). Piszę, że miała, bo zmarła półtora tygodnia temu.

    Jesteśmy pokoleniem, które jasno i wyraźnie domaga się swojego. Nasi rodzice tego nie robili. Ich rodzice tym bardziej. Nie ma sensu wchodzić w dyskusje czy klaps to już przemoc, ale wtedy dzieciaki się po prostu prało. Do przesady. Albo jechało psychicznie do przesady jeszcze więcej. Albo standardy patologicznych zachowań, kopiowane potem przez lata.

    Przerobiłam to na sobie.
    Telefony, pretensje, krzyk, branie na litość, wykorzystywanie emocjonalne, układanie życia. Tak, ten sam scenariusz – że powinnam iść na prawo. albo mieć bogatego prawnika bla bla bla.

    Zjadały mnie wyrzuty sumienia. Tylko że po kilku dniach matka zachowywała się już normalnie. Aż do następnej akcji. Nigdy nie dojdę do tego, czy to był jej charakter, wzorce wyniesione z jej domu, wiecznie wtrącający się i kontrolujący ją dziadkowie czy ten cholerny guz.

    Nie chce mieć dzieci. Jestem emocjonalnie zjedzona. Chcę mieć chłopaka (mam) którego mogę zamienić w męża. Chcę mieć kota (mam). I chcę mieć czas na siebie, którego nie miałam tak naprawdę. Nie miał go nikt z nas, komu rodzina truła głowę i wymagała życia wg swoich standardów. Czas wolny między pracą a ogarnianiem chaty nie jest czasem dla siebie, który nam zabrano wyrzutami sumienia. Niestety, wielu ludzi tego nie zrozumie.

  • Patrycja Bikowska

    Jestem tu po raz pierwszy i… chyba zostanę na dłużej. Ile to razy słyszałam „dlaczego nie piątka” a nawet i z piątki jedynej na roku zdarzyło się „czemu nie szóstka”. Byłam zdolnym dzieckiem, szybko pojmowałam większość rzeczy za które się wzięłam, też byłam „potencjałem” który miał wyjść na ludzi. Goniłam za lepszą średnią, za osiąganiem sukcesów poza szkołą koło teatralne, występ na prawdziwej scenie, koncerty zarówno organizowałam jak i występowałam, działalność polityczna, samorząd studencki i bycie przewodniczącą, wigilie z samym Dziekanem, kontrakty z dużymi firmami itd. To wszystko zdążyłam przeżyć w swoim życiu zanim zadałam sobie to pytanie „Dla kogo ja to robię?!”. Poszłam na teriapię, ale nawet jej nie zaczęłam. Nie zostałam w mieście studenckim, poszłam za miłością do mniejszego miasta, muszę zaczynać wszystko od nowa, ale… nie mam już siły. Nie ma już nade mną nikogo kto ode mnie wymaga, ale nie ma też nikogo kto pomaga. Zostałam sama, no może nie całkiem bo jest jeszcze mąż, ale on nie może mi zastąpić całego świata. Muszę się od nowa nauczyć znosić porażki, cieszyć się z każdych, nawet drobnych sukcesów i przestać od siebie wymagać. Muszę nauczyć się wiedzieć czego chcę. Dużo już umiem, bo udało mi się zostawić to za sobą, ale wiem że jeszcze dużo przede mną.
    Dziękuję za ten tekst, na pewno odkrył dla mnie kawałek mnie i pomógł mi się odrobinkę zrozumieć. Więcej takich drobinek kiedyś złoży się w całość.

  • Kasia

    Trudne relacje z rodzicami faktycznie nie kończą się na buncie nastolatka, tak jak początkowo myslałam. Czy znacie może jakieś DOBRE książki psychologiczne o trudnych relacjach z rodzicami?
    Kocham swoich Rodziców bardzo, ale coraz częściej jadę do domu, bo chcę ich zobaczyć, to po przekroczeniu progu mnie ścina, nastawiam sięwrogo, pyskuje, wracam z domu zła i już nie chce mi się czasem tam jechać. Urodziłam się jako wcześniak, ciąża była bardz zagrozona, groziła mi niepełnosprawnść, mama cudem przeżyła … I przez całe życie było mówione „Jestes naszym cudem”, „Ledwo się urodziłas” „Nie byłoby mnie tu dzisiaj” … Zawsze trochę mnie faworyzowali, ale też obciążali cięzkim ładunkiem wdzięczności i emocjonalnej pępowiny. Mam prawie 30 lat, a przy nich NIGDY nie czułam się dorosła, nie czułam się kobietą…nagle nie umiem podejmować decyzji… niby dopingują, a podcinają skrzydła… mama dobija negatywnymi emocjami i wiadomościami na powitanie, pepowina nie została odcięta. Trochę się w tym duszę. To powoduje, że nie umiem rozmawiać z Rodzicami a także przekształca się w niechęć i wrogość. Nie wiem jak to rozwiązać. Jak ktoś może polecic jakiś tytul, to poproszę. Nie chcę załować, że nie zawalczyłam o siebie a takze o relacje z Rodzicami, którzy nie będą wiecznie.

  • Penny

    Czytając ten post, porównywałam go w jakiś sposób do swojej sytuacji i wiem, że można wyciągnąć z tego różne wnioski… Po pierwsze: te całe zasady narzucone przez rodziców nie zawsze mają na nas pozytywny wydźwięk, w wielu wypadkach wychodzi na odwrót, np. w moim domu rzadko były fast-foody (rodzina ich zabraniała) i co z tego wyszło? Kiedy poszłam na studia i miałam samowolkę, jadłam je codziennie. Także rodzice nieświadomie robią nam krzywdę. Przeważnie wychodzą z tego odwrotne skutki. Co do ocen – u mnie było podobnie, współczuję. A teraz jest podobnie z pracą – rodzina ma wielkie plany w związku ze mną. Marzy im się wielka kariera, wysoka pensja i takie tam. W ogóle nie biorą pod uwagę tego, co ja chcę robić w życiu, a prawda jest taka, że nie interesują mnie nawet w najmniejszym stopniu ich „wymarzone” zawody. Jednego się nauczyłam: mam zamiar robić to, co kocham i ignorować ich głupie zachcianki. Będę chyba im przytakiwać, a i tak robić swoje. Każdy ma prawo do bycia szczęśliwym i własnego decydowania o sobie. Rodzice nie powinni mieć nic do gadania, a zwłaszcza, że mamy już +20 lat.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress