02

Ale mamusia się uspokoi. Nie… Nikt mamusi niczego nie zabrał. Ja musiałam wyjechać, mówiłam mamusi. Mi też się coś należy, ja też muszę odpocząć, a mamusia tylko mi jęczy i narzeka do słuchawki. Nawet mamusia nie spyta, czy jest miło i czy jest pogoda, tylko mamusia mi robi wyrzuty, że na tydzień wyjechałam z córką. Ale niech mamusia przestanie tak ciągle narzekać, bo przestanę do mamusi dzwonić. Ale niech mamusia się uspokoi. Tak, wracam w sobotę, odwiedzę mamusię jeszcze przed południem. Nie, nie mogę wcześniej. Nie mogę. Ale… Niech mamusia tak nie robi, bo mi mamusia sprawia przykrość… Niech mamusia przestanie!

Pani o miłym i spokojnym głosie rzuciła telefonem. Mimo, że przez kilka wcześniejszych godzin była zrelaksowana, czytała gazetę, rozmawiała ze swoją córką, bawiła się ze swoim wnuczkiem i pływała, po rozmowie z własną matką usiadła na ręczniku i przez kilkadziesiąt minut siedziała spięta i patrzyła w morze. Już nie było miło, nie było wakacji, relaksu, odpoczynku. Kilkaset kilometrów dalej była jej mama. Niezadowolona mama. A niezadowolony rodzic, jak dobrze wiemy, to koszmar.

A mnie, leżącą na ręczniku z metr dalej, po prostu zmroziło. A raczej oświeciło i zasmuciło zarazem.

Te duszące relacje z rodzicami mogą trwać wieczność i że nie ma na nie terminu ważności, jak sobie to wyobrażałam jeszcze jakiś czas temu.

A musiałam sobie wyobrażać odkąd właściwie sięgam pamięcią.

Żeby było jasne: mam świetną mamę, z którą mam dobry kontakt, jednak jest to trudna, o ile nie bardzo trudna relacja. Nie będę jej tutaj analizować, bo zdążyłam analizować tę kwestię kilkadziesiąt tysięcy razy (nie jest to przesadzona liczba) i to pod 360 kątami. Poza tym, czego by nie mówić o mnie i moim podejściu do „obnażania się”, to są jednak pewne granice i opisywanie personalnych kwestii z pewnością jest już poza nimi. Niemniej, moja relacja z mamą to temat, który od kilkunastu miesięcy leży mi na wątrobie, a poruszenie tego tematu było kwestią czasu.

Kiedy w 2011 roku decydowałam się pójść na terapię, potrzebę pójścia na nią najlepiej określało powtarzane jak mantra zdanie: Za nic w świecie nie chcę pozwolić na to, żeby moje dziecko kiedykolwiek skończyło jak ja i tak bardzo się męczyło. Nie chcę, żeby miało taką matkę.

Sztafetową matkę.

Matkę, która oprócz wartości, przekonań, wiedzy i miłości, przekazuje złe mechanizmy, kompleksy, obawy, lęki i trudności z zaufaniem, które zostały w niej zaszczepione przez własnych rodziców.

Zanim zrozumiałam, że tak to właśnie działa, miałam w stosunku do mojej mamy naprawdę niezdrowe uczucia, niejednokrotnie ocierające się o chwilową nienawiść, choć głównie uczucia te skoncentrowane były w okolicach strachu, żalu, olbrzymiej tęsknoty, zmęczenia i potwornego, niedającego normalnie funkcjonować wzruszenia.

Historia mojego przypadku jest do bólu prosta: ja, pierwsze dziecko i pierwsza wnuczka dla obu par dziadków. Podobno prześliczna (pewnie przez oczy, bo urodziłam się ze skwaszoną miną), szybko się uczyłam, błyskawicznie zaczęłam mówić. Kochałam czytać, by mi czytano, oglądałam książki, zadawałam mnóstwo pytań. Miałam niezwykle barwną wyobraźnię i potrzebę doświadczeń metafizycznych (ulubione zabawy: w kościół oraz w wolność). Nic dziwnego, że kochająca mnie mama, dostrzegła te cechy i potencjał i chciała ponad wszystko pomóc mi się rozwijać. Muzycznie, sportowo, matematycznie, humanistycznie i jeszcze na kilka innych sposobów.

Mama tak bardzo chciała ze mnie ten potencjał wyciskać, że przestała zauważać kilka innych rzeczy. Że nie mam koleżanek z podwórka (chodziłam do „najlepszej szkoły”, a więc nie znałam prawie dzieci, z którymi mieszkałam na osiedlu). Że nie przepadam za tenisem i że nie interesuję się matematyką. Że życie przestało mi się kojarzyć z zabawą, a zaczęło być jakimś wypełnianiem planu, który w dodatku nie był mój. Że byłam zmęczona i bywałam zbyt często smutna.

Musiałam poprawiać 4+ i w całej mojej podstawówce nigdy nie zostałam za ocenę inną niż pełna piątka (lub wzwyż) pochwalona. Podstawówkę skończyłam z paskiem i średnią 5-coś i… był to ostatni raz, kiedy miałam pasek.

Rodzice zapisali mnie do innej, jeszcze lepszej szkoły, do której normalnie zdawało się egzaminy. Pamiętam ten egzamin, bo był o teleskopie Hubble’a. Ja, 11-letnia dziewczynka, słuchająca Backstreet Boys i teleskop Hubble’a.

Dostałam się do szkoły, w której dostałam pierwszą w życiu tróję. A potem kolejną i jeszcze kolejną. I ze strachu nie powiedziałam o nich mamie. Mama po kilku tygodniach odkryła, że jej geniusz jest przepaloną inwestycją i zaczęła się moja (przepraszam, mamo, że to mówię) gehenna.

Czułam, że zawiodłam, choć rozczarowanie nie jest odpowiednim słowem. Ja czułam, jakby zawalił mi się świat. Ja i trójka? Przecież naprawdę się uczyłam. Dlaczego matematyka nagle przestała być dla mnie taka oczywista? Było mi poza tym wstyd przed innymi ludźmi z klasy, którzy pisali te równania z dwiema niewiadomymi, jakby pisali liścik o tym, co kupią na przerwie w sklepiku. Nad wszystkimi skotłowanymi myślami górowała jednak ta, że moja mama będzie tak bardzo niezadowolona, że ze strachu wolę sobie tego nie wyobrażać.

Nie wiem, co poszło wtedy nie tak, że o tym nie porozmawiałyśmy. Że mama zamiast od razu wlepiać mi szlaban na wszystko na pół roku (to też nie jest żart), nie spytała skąd ten nagły spadek formy. Przecież mogłyśmy wspólnie o tym pomyśleć, zidentyfikować przeszkodę, a potem wspólnie ją pokonać. Jestem prawie pewna, że to był ten moment w którym można było podjąć kluczową dla całej przyszłości decyzję i to od niej zależała cała przyszłość: rozmawiać, czy wymagać. Całą sobą marzyłam o rozmowie, ale niestety, stało się inaczej.

Mama stosowała system wymagań, kontroli, braku zaufania, wytyczania celów, umieszczania wysoko poprzeczki, dopingu „jak nie, to zobaczysz” i (czego wciąż nie potrafię zrozumieć) trzymania strony ludzi, którzy byli wobec mnie obiektywnie niesprawiedliwi, albo mnie źle traktowali.

Moim psim obowiązkiem była nauka, bo to dzięki niej w przyszłości mogłam coś osiągnąć. No, a że partaczyłam tę jedną jedyną rzecz, którą miałam w życiu do roboty…

W pewnym momencie doszło w moim świecie do takiego podziału rodziców na rodzica dobrego i rodzica złego, którego zadaniem jest egzekucja i kontrola. Obgryzałam do krwi paznokcie, wolałam, gdy jakimś cudem mamy nie było w domu, bo kiedy była, to zawsze musiałam coś robić. Taki potencjał jak ja nie może przecież siedzieć w miejscu.

Miałam prosty mechanizm, polegający na nieinformowaniu mamy o niezadowalających ją rzeczach, jak najdłużej to możliwe, bo czasem, w przerwach między karami zwyczajnie był to jedyny sposób na odroczenie kolejnej nadchodzącej. Przy tym całym koszmarze, zwierzałam się mamie z całej reszty swoich życiowych problemów, choć nie czułam zupełnie tego, że jestem w tej relacji bezpieczna i chroniona. Wiedziałam przecież, że mam tróję z francuskiego, o której mama się dowie za trzy tygodnie. Wiedziałam więc dokładnie kiedy dobra atmosfera się skończy.

I tak się toczyłyśmy przez podstawówkę, gimnazjum i liceum. W maturalnej klasie miałam „szczęście” w nieszczęściu, że od mojej matury, uwagę mamy odciągnął prawdziwy problem, w postaci choroby mojego taty. Choć nie obyło się bez hasła na zachętę: Po co zdajesz na UJ? Żeby się ośmieszyć?

Maturą zaskoczyłam sama siebie. Wymiotłam wynikami ponad oczekiwane (więcej niż 90% w rozszerzeniach) i dostałam się na jeden z najbardziej obleganych kierunków na UJ – dziennikarstwo (dziennie).

Nabrałam pewności siebie, byłam przeszczęśliwa, że skończył się koszmar kontroli, wymagań, udowadniania, że na coś mnie stać. Do pierwszego (w dodatku ustnego) egzaminu z filozofii, z którego dostałam jedną z wyższych ocen na roku. Przeklęte 4,5. Przyjechałam dumna do domu i pokazałam mamie indeks.

Nie wiem nawet czemu tak bardzo mnie zaskoczyłą jej odpowiedź. Przecież patrząc wstecz, nie mogłam nawet przypuszczać, by była inna, niż doskonale mi znane

Dlaczego nie pięć?

Mam wrażenie, że to był jeden z tych momentów zwrotnych w życiu, w którym człowiek sobie coś uświadamia, a ja uświadomiłam sobie wtedy, że dalej jestem tak samo mierna we wszystkim, jak byłam w gimnazjum, na początku mojej trójczynowej przygody.

Przestałam zabierać głos w dyskusjach, stałam się mało asertywna, kompletnie zobojętniałam. Od tamtego momentu przestało mi zależeć na jakichkolwiek ocenach. Przecież i tak zawsze jest niewystarczająco dobrze dla mojej mamy.

Pewnego dnia (nie wiem ile miałam wtedy lat: dwadzieścia sześć, albo siedem), usłyszałam rodzinną „anegdotkę”, na wspomnienie której, robi mi się słabo i zaczynam być wściekła. A była to anegdotka o tym, jak moja dziesięcioletnia mama chciała obejrzeć w telewizji film. Wiemy, jak działała telewizja w latach 70-tych: program był zaledwie przez kilka godzin dziennie, bez powtórek, więc powiedzmy, że mama bardzo chciała zdążyć na bardzo ważnego, prywatnie otrzymanego snapa. Dziadek zadał jej pytanie, czy odrobiła lekcje. Mama potwierdziła, że tak i wszyscy zasiedli do seansu.

Późnym wieczorem, przez szybę od drzwi, dziadek zauważył wątłe światełko w pokoju mojej mamy i postanowił sprawdzić, co się dzieje.

To była moja mama, która w ciemności, przy jakimś prowizorycznym światełku odrabiała lekcje, bo kilka godzin wcześniej nie do końca była z dziadkiem szczera. Dziadek postanowił wyciągnąć wobec mojej mamy konsekwencje za kłamstwo. Zrobił to na tyle skutecznie i dosadnie, że mama nie była w stanie pójść do szkoły przez cały następny tydzień.

„Anegdotka”… .

Po jej usłyszeniu nie mogłam się pozbierać. Miałam ochotę iść do dziadka i oddać mu za moją mamę. Czy on sobie w ogóle zdawał sprawę, czym jest katowanie dziecka? WŁASNEGO dziecka?!

Okazuje się, że oczywiście, zdawał sobie. Sposób wychowywania mojego dziadka przez jego rodziców można by zamknąć w słowie „znęcanie”. Mimo to, kiedy dziadek jako 14-latek uciekł z domu po to, by wyrwać się z biedy i ze wsi, już wówczas wiedział, że gdy po ciężkiej fizycznej harówie uda mu się coś zarobić, to tylko po to, by własnemu ojcu (lub oprawcy) wybudować dom. Pierwszy murowany dom we wsi.

Ta genealogia przemocowego wychowania wbiła mnie w fotel. Moi pradziadkowie byli bardzo prostymi, biednymi ludźmi wychowanymi w nędzy. Dzieci miały przede wszystkim pomagać w pracy i zapewniać ewentualną pomoc na starość. Czy w takich warunkach ktokolwiek z nich przez sekundę zastanowił się nad uczuciami takiego urodzonego małego służka? Skoro konia lało się batem, gdy stawiał opór, to dlaczego by tej sprawdzonej metody nie stosować na dziecku?

Co mój dziadek mógł wiedzieć o wychowaniu dziecka w poczuciu bezpieczeństwa, bliskości i miłości? Co to w ogóle jest miłość do dziecka, bezpieczeństwo i bliskość?

Co moja mama mogła wiedzieć o zaufaniu, akceptacji i bliskości, będąc wychowaną przez bardzo surowych, skromnych i zamkniętych ludzi doświadczonych piekłem wojny i skrajną nędzą? O jakim my w ogóle mówimy dzieciństwie, gdy moja babcia musiała niańczyć swoich braci i gotować obiad dla pięcioosobowej rodziny jako CZTEROLETNIA DZIEWCZYNKA?

Odkrycie istnienia tej sztafety było dla mnie bolesne. Jestem w pierwszej linii do przekazania tego wspaniałego zestawu cech kolejnej bezbronnej osóbce. I mimo, że tendencja ewidentnie jest spadkowa i po drodze siła tych okropieństw znacznie przygasa, to podjęłam jedną z ważniejszych decyzji w moim życiu, która brzmi, że dopóki nie będę czuła, że zerwałam ten łańcuch kompleksów, złych nawyków w kontaktach z ludźmi i panicznego lęku przed bliskością, nie będę nawet próbować myśleć o dziecku.

„Wybaczyłam” mojej mamie. Latami byłam przekonana o tym, że jestem przez nią odrzucona i niekochana, jednak zyskując szerszą perspektywę, mam absolutną pewność, że wszystko, co w życiu robiła, robiła z myślą o mnie i o tym, żeby było mi jak najlepiej. Uważam to za tym bardziej smutne.

To, że odpuściłam większość z tych złych i destrukcyjnych emocji wobec niej nie znaczy, że teraz siedzimy na kanapie i jemy razem popcorn oglądając „Żony Hollywood”. Nadal jest między nami uczucie niespełnionych oczekiwań. Wszak moją największą wadą jest to, że nie jestem kimś innym: koleżanką Agatą, która jest doktorem stomatologii, żoną kolegi prawnika, który kilka lat temu szalenie przypadł mamie do gustu. Że nie jestem szczupłą, elegancko ubraną zadbaną kobietą, a wykonującą dziwny zawód osobą, wylewającą swoje myśli w internecie (choć to, od jakiegoś czasu zaczyna powoli mamie chyba imponować). Tak, trochę ironizuję, ale dokładnie o to chodzi.

I ja sobie z tych wszystkich moich „braków” zdaję sprawę i odczuwam je za każdym razem spędzając z mamą czas. Ale wiem też, że moja mama nie jest z tych uczuć dumna, bo myślę, że zdała sobie całkiem niedawno z ich istnienia sprawę.


Nie tego dla ciebie chcieliśmy.

A czy ty, wymagający zbyt wiele rodzicu myślisz, że myśmy takich rodziców chcieli? Że jesteście spełnieniem naszych marzeń? Że jesteście tak świetni w swojej roli, że gdziekolwiek jesteśmy, czujemy dumę, że to właśnie nas spotkało szczęście w postaci waszej obecności w naszym życiu? Czy wy myślicie, że jesteśmy ze wszystkiego, co robicie zadowoleni? Że nam smakuje wasza kuchnia, odpowiadają wasze poglądy i że wasz stan wiedzy nam zawsze imponuje? Że się za was nigdy nie wstydziliśmy? Że nam się podoba wystrój waszego mieszkania i że uwielbiamy sposób w jaki prowadzicie samochód?

To, co nas jednak od siebie różni, to fakt, że nam do głowy nie przychodzi kazać wam cokolwiek nam udowadniać i dorównywać naszym wymaganiom. Ani robić niczego, byśmy was nadal tak samo kochali i byli z was zadowoleni. Mimo, że drzemie w was ogromny potencjał.


Dostałam od Was mnóstwo listów, w których opisywaliście swoje trudne relacje z rodzicami. Wiem, że ludzie są tylko ludźmi i nawet wśród rodziców zdarzają się potwory, ale wydaje mi się, że jednak większość z nich naprawdę nas kocha, mimo, że wyraża to w zajebiście nielogiczny sposób.

To, co mi pomogło w poprawie relacji z moją mamą, to uświadomienie sobie, że pępowinę miało się w brzuchu i od momentu jej przecięcia, jest się odrębną jednostką ludzką. Z własnym zestawem kończyn, płuc, sercem oraz mózgiem. Pomyślałam sobie również, że „czcij ojca swego i matkę swoją” to piękny ideał, ale ideałów praktycznie na tym świecie nie ma. W pewnym momencie życia rodzic przechodzi przez swojego rodzaju sąd ostateczny, kiedy dziecko już nie ocenia go jako mamy/taty, ale jako człowieka i ma do tego prawo. Inaczej w mojej opinii rodzicielstwo nie byłoby żadną relacją międzyludzką.

Klucz tkwi w zrozumieniu. Pięknie by było, gdyby było ono obustronne, jednak to zazwyczaj nam, dzieciom, bardziej zależy na tym, by coś zrobić od nowa, na nowych zasadach. Musimy się zatem liczyć z tym, że rodzic nie będzie chciał za bardzo uczestniczyć w tworzeniu naszego Nowego Świata Wspaniałych Rodzinnych Relacji rodem ze świątecznych reklam Jacobsa. Jesteśmy zdani na siebie.

Na tym też w dużej mierze polega terapia: żeby zrozumieć, że to nie jest proces, w którym zmienimy się my oraz nasze otoczenie, ale proces, w którego trakcie dokonamy zmian, pozwalających na to, by to otoczenie odebrać we odpowiedni sposób.

A do tego niezbędne są granice: tu jestem ja, mamo. A tam, mamo, jesteś ty.

I to jest trudne i bardzo trudne, i w ogóle, najtrudniejsze. Ale zawsze możecie się złapać za ręce. A za jakiś czas nawet pójść razem na spacer.

We wspólnym kierunku.