Co się dzieje, gdy pierwszy raz idziesz sama do kina

26 listopada 2015 Blog

RACHUNEK ŻYCIA - BB

Wierzcie mi lub nie, ale nie lubię chodzić do kina. Nie dlatego, że nie przepadam za oglądaniem filmów z innymi ludźmi wokół, albo płacenia sporej kasy za filmy, które za chwilę będę mogła obejrzeć w domu. Nie jest też tak, że nie chodzę tam z powodu odgłosów żarcia popcornu, naczosów, siorbania coli z gigantycznych kubków. Nie lubię chodzić do kina przez to, że są w nim samotni ludzie, o których zakładam, że straszliwie cierpią musząc chodzić do kina w pojedynkę. Z tego samego powodu, praktycznie do kina nie chodzę, bo nie mam z kim.

Dzisiaj się przełamałam. Trochę, bo było nudno, trochę, bo mi było jakoś zbyt jesiennie, a jeszcze trochę, bo dostałam zaproszenie na premierę, na którą zwyczajnie nie miałam z kim pójść. No więc po pracy, jako ten klasyczny Samotny Człowiek Z Kina, nałożyłam na siebie palto, do torebki wzięłam bilet i poszłam do niedużego kina na film. Sama.

Pierwsze wrażenia: nie jest tak strasznie!

Nikt się nie gapi na ciebie z politowaniem, nikt nie zwraca się do ciebie pełnym współczucia tonem. Nikt nie chce nagle pomagać ci zejść ze schodów, choć przecież powinieneś otrzymać pomoc jako Samotny Człowiek w Kinie. Nie ma też osób, których wzrok na sobie czujesz, jednocześnie słysząc w myślach te analizy:

Ciekawe dlaczego jest sama, ale chyba musi z nią być coś nie tak, skoro do kina nawet z koleżanką pójść nie może?

Zdajesz sobie po prostu sprawę, że kino to taki drugi tramwaj, którym codziennie jeździsz do pracy, tyle, że jazda trwa dłużej i nie ma kasowników.

Usiadłam w tym kinie sama i nie czułam się gorzej, że wokół siedziały trzy przytulone pary, kilka grup znajomych, koleżanki, oraz z cztery rodziny. Powiem więcej, poczułam się nawet trochę dumna, że oni tam są w grupach, a ja jedyna miałam odwagę pójść sobie do tego kina sama. Bo tak.

Mój Drogi Czytelnik z pewnością wie, że pałam miłością do polskich seriali, ale być może nie wie, że kocham także polskie filmy. Tak, wiem; o polskim kinie można mówić bez końca, niezależnie od tego kto i co mówi, ale jest mi zwyczajnie obyczajowo bliższe i bardziej się z nim utożsamiam. Pierwsza samotna wycieczka do kina musiała zatem przypaść na polski film, niebędący superprodukcją.

Padło na "Rachunek życia" z Anną Seniuk i Janem Nowickim.

Trochę bałam się wzruszeń, bo to film o miłości dwojga starszych ludzi, no i... moje obawy były słuszne. Nie zdradzając Wam jakoś szczególnie fabuły, proszę, byście sobie wyobrazili siebie w roli bohaterów "Rachunku życia".

Katarzyna i Cezary są małżeństwem od 48 lat. Kiedy 15 lata temu ich jedyny syn zginął w wypadku samochodowym, zaczęli się od siebie odsuwać. Dziś prawie ze sobą nie rozmawiają, żyją obok siebie.

Młody mężczyzna, którego Cezary wpuszcza do mieszkania, przedstawił się jako stary przyjaciel ich syna. Gość popchnął i uderzył Cezarego, gdy ten tylko uchylił drzwi. Napastnik wraz z grupą mężczyzn zdążył wynieść z mieszkania wszystkie zabytkowe meble i sprzęty. Katarzyna zastała męża nieprzytomnego na podłodze w przedpokoju.

Sprzątając mieszkanie, sama potknęła się i złamała nogę.

Kiedy żona trafia do szpitala, Cezary w pierwszej chwili cieszy się, że wreszcie, pierwszy raz od napadu, będzie miał spokój. Jeszcze tego samego dnia znajduje leżące na ziemi, rozbite ramki ze starymi zdjęciami. Zza jednego z nich wystaje kartka. Po jej wysunięciu Cezary przypomniał sobie, jak wiele lat temu powiesili oba portrety. Za zdjęciami schowali pierwsze miłosne listy.

Cezary czyta listy jednym tchem, po czym odnajduje inne stare pamiątki. Pierwszy raz od śmierci syna przypomina sobie jak szczęśliwi byli zaraz po ślubie, ale nie dopuszcza do siebie tych wspomnień.

Odnajdując kolejne pamiątki, Cezary przypomina sobie ich pierwsze wspólne Święta Bożego Narodzenia, kiedy nie stać ich było na choinkę, ale byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Przypomina sobie kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Szła przez park. Nie odważył się jej zaczepić. Narodziny ich syna, rumieńce Kasi, rodzinne lepienie bałwana. Zdziwił się, że na to wspomnienie nie kłuje go serce. Myślenie o synu tak bardzo go bolało, że wszystkie wspólne chwile wyciął ze świadomości.

Kiedy Katarzyna po kilku dniach do domu, zastaje wysprzątane mieszkanie i Cezarego, który w rękach trzyma kwiaty.

Happy end? Niekoniecznie, choć tego Wam i tak nie zdradzę. Spytam jednak Was o to, kiedy ostatnio robiliście sobie taki porządny rachunek sumienia, szczególnie jeśli chodzi o własne życie i bliskich nam ludzi?

Ile mamy nierozwiązanych relacji, trudnych układów z najbliższymi nam ludźmi? Ile razy nie odwiedziliśmy ojca, matki, dziadków, rodzeństwa, potrzebującego sąsiada, bo COŚ WAŻNEGO przysłoniło całą więź, relację i niejednokrotnie - miłość?

Niebawem grudzień - miesiąc pojednań, siedzenia przy wspólnym stole, który wspólny jest tylko z nazwy. Pojednania i prawdziwe rozmowy wolimy oglądać na ekranie telewizora, gdzie ładni ludzie mówią okrągłe zdania po niejednokrotnie potężnych konfliktach. My nie jesteśmy często w stanie odpuścić, wybaczyć, zrozumieć znacznie prostszych i mniej skomplikowanych spraw. Zastanówcie się, jak wiele dotychczas zdołaliście przez to stracić.

Ta jedna zadra, przykre wspomnienie, złe doświadczenie, bolesne zdanie są w stanie odebrać kilka lat z życia, a także zabić nawet najpiękniejsze i wspaniale rokujące relacje. Ja w drodze do domu zrobiłam sobie swój rachunek życia i z przykrością znalazłam w nim kilka nierozwiązanych zagrzebanych spraw.

Na szczęście wiem, co z nimi zrobić.

***

Na "Rachunek życia" w reżyserii debiutującej Joanny Siewko, zapraszam Was do kin. Idźcie sami; wtedy najlepiej się myśli.

Podobne wpisy

  • Chętnie obejrzę :)

  • Natalia Gawron

    Będąc pacholęciem jeszcze, zaczytywałam się ‚Twistem’, z którego czerpałam wiedzę o relacjach międzyludzkich (sic!). Raz im się zdarzyło napisać coś mądrego: jeśli nie masz z kim pójść do kina, a chcesz iść to idź sama. Po latach przypomniałam sobie tę mądrość życiową i w wieku lat 17 poszłam pierwszy raz do kina – 15 lutego (!) na ‚Tylko mnie kochaj’ :) Było tak fajnie, że od tamtego czasu chadzam do kina sama, bo zwyczajnie lubię :) a i poryczeć jakoś mi łatwiej jak nie piję z kimś obok mnie wódki :)

    • Ha! Też czytałam Twista :) Co do beczenia w samotności, to przyznaję rację – samej jest łatwiej :)

  • Kiedy pierwszy raz poszłam sama do kina, towarzyszył mi ten sam rodzaj dumy, że dałam radę, że tak też można i że…w sumie to normalne. Trzeba tylko coś w sobie przełamać i wywrócić na lewą stronę smutek, że „nie ma z kim.” Potem kilka razy byłam też sama na weselu i choć nie były to najbardziej udane imprezy w moim życiu, to jestem zadowolona, że mam zaliczone również takie wyjścia.
    A film wydaje się dobry. I przede wszystkim potrzebny.

  • Ola

    Naprawdę chodzenie samemu do kina można poczytywać jako porażkę życiową? Od kilku lat chadzam sama do kina (nawet jak miałam z kim, to też się zdarzały samotne wyjścia, bo po prostu gusta czasem się nie zgadzały) i ani pół razu przez myśl mi to nie przeszło. Wręcz bardzo to lubię – pójść samej, wyciszyć się. Nigdy też nie odpuściłam filmu z powodu „bo nie mam z kim iść”. Kino nie jest tylko dla par i grup zbiorowych.
    Ola

  • exactly

    Pamietam swoj pierwszy samotny raz w kinie, byla to wczesna godzina, kino bylo prawie puste i wspanialy film „Wrog numer jeden” o schwytaniu Bin Ladena. Doznanie bylo MISTYCZNE, zdarzylo sie prawie 3 lata temu i odtad kocham samotne wypady do kina. Mimo, ze mam z kim isc to od czasu do czasu wybieram sie sama na taki film, ktory akurat mi odpowiada, o takiej godzinie ktora mi pasuje :) Podobnie jest z ogladaniem filmow na kompie lub w tv. Kiedy zostaje sama w domu wtedy nadrabiam zaleglosci filmow z mojej listy „to watch”, ktore chce obejrzec sama i ktore na ogol nie sa interesujace dla drugiej polowki. (Przepraszam za brak polskich znakow, jestem w posiadaniu niepolskiej klawiatury).

  • sylwia

    Jak lubię Twojego bloga, to większej glupoty nie czytałam. Zdarza mi się samej chodzić do kina, teatru, restauracji i nawet w pojedynkę jeździć na wakację… ;)

  • ab

    Trochę natchnięta Twoim przykładem, z potrzeby własnej, wylądowałam na terapii. I niby jest fajnie, ale przyszedł taki czas że odkryłam rzeczy, których o sobie wolałabym nie wiedzieć. I jest trudno robić ten rachunek sumienia, bo trzeba zacząć od siebie.

  • Kiedyś miałam podobne obawy – nie uważam ludzi solo w kinie za samotnych, ale myślałam, że będzie mi w pojedynkę w kinie dziwnie. Te obawy zniknęły wraz z pewnym filmem, przy którym czułam, że nikt nie może mi „przeszkadzać” podczas seansu. Wybrałam wczesny seans i na sali było prawie pusto. Wspaniałe uczucie! :)

  • Mickey

    Bardzo lubię chodzić sama do kina choć mam z kim.. Chodzi o rodzaj skupienia, które można zaznać tylko w pojedynkę. Wyłączam się wtedy, wchodzę w film. To dobry powód żeby pobyć trochę sama ze sobą gdy na co dzień dzieci i mąż absorbują :) Pozdrawiam ciepło Kochana :)

  • sonia

    Moje pierwsze samotne pójście do kina też zapamiętam chyba do końca życia, bo miałam takie same obawy.

  • Ja najczęściej wybieram się sama do kina, ale to tylko dlatego, że mój małż jest praktycznie non stop w pracy w różnych częściach Polski i rzadko zjeżdża do domu, a nawet jak już jest to raczej do kina mu się nie chce iść, bo po co, jak można obejrzeć coś w domu. Ale ja lubię do kina chodzić, bo jestem maniaczką filmową, a ostatnio nawet doszłam do wniosku, że lepiej chodzić samemu, bo przynajmniej nikt nie nadaje mi na ucho ;)

  • ola

    Kolejny polski film na liście do obejrzenia. Też lubię „nasze” filmy, a zagraniczne produkcje potrafią być mocno oderwane od rzeczywistości, pozdr

  • Kasia

    Pewnego dnia też postanowiłam wybrać się sama do kina. Ot, po prostu. Nie dlatego, że nie miałam z kim, ale wiem, że z reguły jak ktoś chce iść do kina, to na jakiś „sprawdzony” film (wszelkie produkcje o superbohaterach, jakieś trylogie, reklamowane wszędzie komedie romantyczne), jeżeli jest to film, o którym nigdzie nie ma głośno, to chyba mało kto jest chętny na taki wypad. Pamiętam, jak kiedyś wyciągnęłam przyjaciółkę na „Nietykalnych”. Strasznie długo się wahała, przez całą drogę do kina martwiła się, że film jej się nie spodoba, bo to właśnie taki „nieznany”, a nie takie „Gwiezdne Wojny” czy produkcja opisująca tragiczną biografię kogoś sławnego. Koniec końców, była zaskoczona, strasznie jej się podobał. Ale to był chyba jedyny taki wyjątek, kiedy ktoś poszedł ze mną na coś „niesprawdzonego”. Ja, pewnego grudniowego wieczoru, wybrałam się na „W samym sercu morza”. Na sali, poza mną, było może jakieś 5 osób? 6? W każdym razie, niewielu. Chyba nawet kilka siedzeń przede mną też był ktoś bez towarzysza. A przyznam się sama przed sobą, że wcale nie czułam się źle, iż siedzę tam sama. Dodatkowo, fajnie było się rozłożyć na siedzeniach, kiedy sala jest prawie pusta. Można powiedzieć, że nawet dobrze się czułam z tą świadomością, iż nabrałam swego rodzaju odwagi, aby samej zmierzyć się z „samotnością” na sali kinowej :) Może naczytałam się za dużo Murakami’ego, bo jego bohater też chodził sam do kina i mogło to posłużyć za swego rodzaju inspirację, haha.
    Pozdrawiam!

  • Uwielbiam chodzić do kina sama! I jeśli już, to właśnie na filmy, na których mogę się wzruszyć. Nigdy nie poczułam się za to samotna- za bardzo się wczuwam w to, co się dzieje na ekranie (co niekoniecznie jest plusem, bo później godzinami a nawet i dniami nie mogę „wyjść z postaci” a raczej postać ze mnie).
    Z polskich filmów już jakiś czas zabieram się za „Idę”- oglądałaś może?
    Kilka miesięcy temu obejrzałam film „Bogowie”. Kiedyś namiętnie oglądałam polskie komedie, ale teraz polskie kino jest mi zupełnie obce.

  • Kasia

    Nic nie jest złego w tym , że chodzę sama do kina. Wręcz przeciwnie. Do kina chodzę na film, dla siebie , dla zrobienia sobie przyjemności, a nie z kimś i dla kogoś. Jest normalne i nie ma nic wspólnego z dziwactwem. Ludzie, dla których to dziwne, widocznie źle się czują w swoim w towarzystwie. Mocny upadek w moim życiu, z którego musiałam się podnieść i odnaleźć siebie, nauczyło mnie , ze nikt za mnie życia nie przeżyje, że życie w zgodzie z własnym ja jest najcenniejszyszym darem jaki można sobie wymarzyć. Najważniejsze, żeby przestać się oszukiwać , że musisz być jakaś. Każdy żyje po swojemu i nie wolno pozwolić , aby szczęście było uzależnione od kogoś, czegoś i czyjejś opinii czy sądów.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress