Puste miejsca przy stole

2 listopada 2014 Blog
Untitled-2

Pierwszy i drugi listopada, nie są dla mnie smutnymi dniami. Lubię ten czas, bo może wtedy, jak w żaden inny czas w roku, czuję, że coś jeszcze mogę zrobić dla tych, których już nie ma. Jest jednak jedna, zaskakująca rzecz, która potrafi mnie pozamiatać i poskładać niczym wiatr domek z kart.

Mówię poważnie: bardzo lubię Wszystkich Świętych. Lubię ten rodzaj jesieni, lubię porządki na grobach, lubię zapach parafiny, lubię wybierać kwiaty do wiązanki i myślę o tym, żeby były w niej frezje lub inne kwiaty, które lubił mój Tata.

Kupuję zawsze trochę więcej zniczy i chodzę po grobach ludzi, o których wiem ze słyszenia, a których nie było już na świecie, kiedy się urodziłam. Palę znicze pod zbiorczymi krzyżami na cmentarzach, za tych, których grobów nie uda mi się odwiedzić. I naprawdę, nigdy nie płaczę.

Dziś poszłam z mamą do kościoła. Pogoda była cudowna, włożyłam ulubiony lekki płaszcz, jedyne buty na obcasie, w których potrafię i lubię chodzić, miałam dobry humor i absolutnie nic nie zapowiadało tego, że podczas tej mszy dopadnie mnie COŚ, na co kompletnie nie jestem odporna.

Ale cofnijmy się na chwilkę o jedenaście miesięcy.

Jest grudzień, dzień przed Wigilią. W kuchni i w domu krzątanina, potwornie dużo pracy, bo zaprosiliśmy wówczas rekordową liczbę osób i to na trzy dni świąt. W kuchni cały czas gra radio. A to "Last Christmas", a to inne świąteczne hity, od Skaldów, po Paula McCartneya. Leci też, raz na jakiś czas, kolęda Zbigniewa Preisnera i Beaty Rybotyckiej. Jest piękna, absolutnie piękna. Przychodzi Wigilia, roboty po pachy, czas goni, no bo już za chwilę kolacja, ale jestem przeszczęśliwa, że to TEN dzień, że wszyscy są razem, że to w moim domu i że w ogóle jest pięknie.

I tak się jakoś dzieje, że zostaję w kuchni sama i w radiu znów leci ten Preisner i Rybotycka, a ja po raz pierwszy zaczynam słuchać słów, tak naprawdę. Zaczęło mnie palić w mostku, a gardło zacisnęło mi się tak bardzo, że odczuwałam potworny ból z tego powodu.

Do cholery! - myślę - Czy w tej piosence ktoś zaklął całą tęsknotę i smutek?

Przez kilkadziesiąt sekund próbowałam powstrzymać tę lawinę emocji, po czym skapitulowałam. Nigdy - przysięgam - nigdy, nie płakałam tak bardzo, jak wtedy. Piosenka nadal leciała, a z każdym jej kolejnym wersem, czułam, jakby mnie ktoś raczył nożem po żebrach. Doszłam do siebie po jakichś czterdziestu minutach, a do stołu usiadłam z zapuchniętą twarzą i musiałam użyć całej siły woli jaką mam, by nie przypominać sobie fragmentów tej piosenki.

Dziś w kościele ksiądz na koniec kazania chciał wyrazić istotę święta zmarłych, które, jak już wyżej wspomniałam, jest dla mnie dość pozytywnym świętem. Nawet dziś, napisałam mojemu znajomemu w komentarzu pod postem o Wszystkich Świętych, że znicze dla mnie wcale nie symbolizują cierpienia po bliskich, ale pamięć i miłość. Panie K., jakże byłam w błędzie.

Ksiądz puścił piosenkę. Nie poznałam jej od razu, ale gdy tylko usłyszałam pierwsze słowa, zaczęło mnie dusić w mostku i byłam przekonana, że za sekundę albo upadnę w ławce, albo będę musiała wybiegać z kościoła. Gardło ścisnęło mnie równie dotkliwie co ostatnio, a ręce i plecy zaczęły mi się pocić. Na całym ciele miałam gęsią skórkę, z nosa zaczęły zwisać mi gile, a z oczu kapały grochy.

Jestem kompletnie bezsilna wobec tej piosenki. Może dlatego, że uświadamia mi, że ze śmiercią bliskich osób (mimo, że wydaje mi się inaczej), po prostu nie da się pogodzić?

Od ośmiu lat żyję w rzeczywistości, w której nie ma mojego Taty - człowieka, który dał mi życie, był moim przyjacielem, rodzicem, autorytetem. Ta rzeczywistość jest tak inna od tej, która istniała, kiedy żył, że naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, by teraz nagle znów miał z nami być. Codzienne myślenie także przystosowało się do życia bez Niego. Świąteczne kubki są trzy, są trzy miseczki z Ikei, trzy piżamy z jednej serii, trzy talerze na stole... Takie przejście do porządku dziennego z czyjąś śmiercią, daje poczucie, że uporało się ze stratą. A jednak, nic bardziej mylnego.

Może właśnie to święto powinno nam przypomnieć, co w życiu jest najważniejsze, a co codziennie traktujemy z największą zwyczajnością. Bliscy nam ludzie, którzy za chwilę mogą zostać zaklęci w tej piosence.

 

 *** Żeby napisać ten wpis bez płaczu, musiałam puścić sobie okropne piosenki z RMF MAXXX.  

Podobne wpisy

  • Eos

    Boję się nacisnąć ,,Play” na odtwarzaczu, żeby się nie poryczeć. Ale kiedyś na pewno zapoznam się z piosenką! Pozdrawiam!

    • krotkiporadnik

      Mogę Ci wkleić tekst :)

      • Eos

        Cholera, przeczytałam sam tekst i wystarczyło, by stworzyć całkiem sporą gulę w gardle… Następny krok – odważę się posłuchać ;-)

  • Guest

    to jest najsmutniejsza piosenka jaką znam, a towarzyszy mi i tak w każde święta. Zresztą polecam wam całą płytę właśnie z kolendami Preisnera. Są wprost nieziemskie.

  • clever_librarian

    Ta piosenka ma w sobie taką głębię jakiej trudno się doszukać niestety we współczesnej twórczości. Śpiewam w chórze kościelnym i co roku tak samo mnie wzrusza wykonywanie jej.

  • Małgosia

    Boję się posłuchać ponieważ wiem ze bede ryczec jak bóbr. Moja mama zmarła 3 lata temu w wieku 57 a tata rok po Niej 58lat, a w moim sercu pustka :(

  • drops

    czuję, że ja mogłabym napisać identyczny tekst. Tyle zbieżności… Mojego Taty nie ma od 7 lat, też lubię Święto Zmarłych i też kiedyś, kilka lat temu, chyba w Boże Narodzenie ksiądz puścił tą kolędę z głośników, a ja się rozsypałam na miliard kawałków, a potem przez długi czas zbierałam się do kupy….

  • zwrotka

    Coś jest w tym utworze. Pracuję w jednej z podłych śląskich szkół, gdzie nie łatwo o szacunek, wrażliwość, ciszę.

    Na szkolnych jasełkach uczennica zaśpiewała ‚Kolędę dla nieobecnych’ – pierwsze zaczęły płakać niektóre nauczycielki, potem dołączył ktoś z obsługi, a na koniec cisza i widok uczniów ukradkiem wycierających łzy i smary w rękaw. Tyle.

  • Ciężko przyznać samej przed sobą, że z taką stratą nie sposób się pogodzić kiedykolwiek, mimo upływu kolejnych lat. Można żyć mimo to i radzić sobie z życiem raz gorzej, raz lepiej, ale nie sądzę by dało się żyć „jak dawniej” i nie odczuwać tego bólu od czasu do czasu.
    Ja od prawie 8 lat żyję w rzeczywistości bez mojej Mamy i myślę czasem że pogodziłam się z tym, że Jej nie ma, a jednak czasem wybucham płaczem w jej urodziny, albo kiedy za nią zatęsknię…

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress