Normalność to nie grzech

30 października 2015 Blog
[caption id="attachment_1286" align="aligncenter" width="680"]Greg Rakozy fot. Greg Rakozy[/caption]

Pamiętam wakacje swojego życia. Totalny spontan, Chałupy, namiot, dziewczyny, chłopacy, plaża nocą, plaża w dzień, wolność, miłość i młodość. W samym środku tego raju, idąc skądś dokądś przez pole namiotowe, coś ścisnęło mi gardło i nie chciało puścić. Miałam dwadzieścia trzy lata, młodsze towarzystwo i poczułam panikę, że ostatni raz w życiu przydarza mi się coś takiego. Poczułam, że się starzeję i potwornie nie chciałam tego zaakceptować.

Zaakceptować fakt, że się jest coraz bardziej dorosłym, nie jest jakoś super przyjemnie. Jeśli dorosłość kojarzy się z pozorną niezależnością, to można się łudzić, że dojrzewanie coś daje. Częściej jednak jest tak, że po zaledwie kilku latach od wyjścia ze szkoły spotykamy naszych znajomych i okazuje się, że część już wyłysiała, część już ma obrączki i dzieci (!!!), a także, że całkiem spora garść ludzi żyje według grafiku, a o wolne dni musi prosić szefa. To potrafi przerazić.

Można się pocieszyć, że jeszcze do obrączki daleko, na posiadanie dziecka raczej uważamy. Że może oni mają już swoje rodziny, ale my mamy czas dla siebie. Czyli możemy sobie pomyśleć jutro o tym, co będzie za jakiś czas. Na spokojnie, bez przymusu. Odkryć siebie to przecież najważniejsza rzecz.

Pewnego dnia jednak może cię dopaść dotkliwe przemyślenie typu: miałam być artystką, czas studiów się kończy, a ja nie mam nawet połowy jakiegokolwiek dzieła! 

Na horyzoncie staże w korporacjach, stanowiska kelnerki, sprzedawczyni, doradcy kredytowego. Do cholery, to wygląda jak NORMALNE ŻYCIE! Kiedy ja mówiłam, że chcę normalnego, przeciętnego życia?!

Mylenie normalności z przeciętnością to największy błąd młodości. Ja już to wiem, ale powiem na głos, by może ci, którym się te pojęcia mylą i kojarzą ze sobą za bardzo, wiedzieli: nie ma nic złego w byciu normalnym. Powiem więcej: normalność to bardzo, ale to bardzo pożądany stan, za którym większość tak naprawdę goni.

Mogę Wam dziś zdradzić, co było jedną z moich większych obaw przed i w trakcie zmiany swojego życia, na jaką się zdecydowałam. Mimo, że chciałam, żeby mi w życiu wreszcie było dobrze (albo przynajmniej chciałam zmniejszyć współczynnik permanentnego życia w cierpieniu), to najbardziej w świecie bałam się tego, że się zaakceptuję.

Akceptacja kojarzyła mi się z podpisaniem paktu powojennego, gdzie to ja jestem oczywiście stroną przegraną. Więc siadam przed takim Stalinem i niby negocjując, zgadzam się na wszystkie warunki. A warunki są oczywiście chujowe, bo mam zatwierdzić i przyjąć do wiadomości, iż:

  • niniejszym zostaję uznana za człowieka, któremu nie poszło w życiu tak, jak miało
  • ów człowiek powinien przyjąć do wiadomości, że nie jest już atrakcyjny i nie będzie, bo wpływowy bloger napisał, że nawet jeśli gruba laska schudnie, to już nie jest atrakcyjna, bo jej ciało jest już poniekąd zużyte, a tekst ten dostał sporo pozytywnych komentarzy, więc to chyba coś znaczy
  • czasy młodości przeminęły, więc jeśli grono znajomych ogranicza się do komputera, współlokatorów i siostry, to trudno, czas to wziąć na klatę
  • przyjmuje się, że osoba może być fajna w sieci, bo w rzeczywistości wiadomo jak jest
  • pozwala się osobie mieć poczucie humoru, zajawki, dobrze gotować i słuchać fajnej muzyki
  • panuje przyzwolenie na wolność twórczą jednostki w granicach zdrowego rozsądku i międzynarodowej sieci Internet.

Akceptacja równała mi się w głowie ze słowami: pogodzenie się (*z porażką), kapitulacja, kompromis. A akceptacja jest tak cholernie od tego daleka.

Akceptacja zaczyna się tam, gdzie my zaczynamy pozwalać sobie na poznanie siebie. Na rozmowę ze sobą, na powiedzenie sobie: Okej, chwila, chcę się nad tym chwilę zastanowić. Ja wiem, że może Wam to zalatywać smutnymi trenerami rozwoju osobistego, ale to naprawdę chodzi o to, żeby pozwolić sobie wreszcie usiąść przy stole dla dorosłych w trakcie imprezy rodzinnej. Dać dojść sobie do głosu, posłuchać, przemyśleć, podyskutować. Jak możesz akceptować coś, czego nie znasz?

Dyskusje nie muszą dotyczyć filozofii Kierkegaarda i Hegla, ale najbardziej podstawowych spraw, wydających się czasem tak oczywiste, że aż wstyd o nich rozmawiać. Czy ja na przykład muszę wkładać płaszcz w niedzielę? Czy mogę odmówić zjedzenia obiadu o porze, w której jada się obiady w moim domu? Czy to konieczne, bym pracowała tam, gdzie źle się czuję? Czy muszę się na siłę starać mieć dobre układy z ludźmi, których w ogóle nie lubię?

Pewne rzeczy przychodzą nie tyle z wiekiem, co z doświadczeniem, jednak to czas bardzo często determinuje to drugie. Żeby z doświadczenia wyjąć coś dobrego, potrzeba to doświadczenie przeżyć i starać się od niego nie uciekać, niezależnie od tego, czy jest to dobre, czy złe doświadczenie (nie mówię tutaj, byście wszyscy się rzucili na dopalacze w imię eksperymentowania i pozyskiwania nowych doznań). Jeśli się z kimś rozstajesz, daj sobie czas na to, by to przeżyć i przeżyj to. To smutne i ciężkie, ale budujące doświadczenie. Jeśli czeka cię coś niesamowitego, co jednak napawa cię lękiem, nie rezygnuj, spróbuj.

Rodzina i przyjaciele są mi świadkami, że przed każdym występem, na którym stoję i jak gdyby nigdy nic, rzucam sobie mądrościami ze sceny, przeplatając to frywolnymi żarcikami o kupie, mam po prostu panikę. Dziesięć razy mam ochotę całe wydarzenie odwołać (w końcu mam prawo), ale po co, skoro czuję gdzieś wewnętrznie, że dam radę, a poza tym, to genialne doświadczenie i tylko tak mogę sprawdzić, czy mi się to podoba, czy się nadaję i czy chcę coś takiego robić.  Dlaczego o tym wspominam przy temacie akceptacji?

Możemy zagrać w prostą grę, by spłycić nieco ten mentorski bełkot.

Skoro tak łatwo przychodzi nam uznawać swoje kompleksy, czyli posiadane przez nas cechy, które arbitralnie uznajemy za beznadziejne, gorsze, niewystarczająco dobre lub po prostu inne od reszty, proponuję, byście zrobili sobie ćwiczenie i znaleźli trzy cechy/rzeczy w sobie, które uważacie za naprawdę dobre lub takie, w których dobrzy jesteście wy sami. Kiedy już to zrobicie, to zróbcie coś w kierunku rozwijania ich lub sprawdzania się w tych rzeczach.

Przykład: dobrze gotujesz - zrób coś nowego z przepisu, coś do czego ze strachu nie podszedłeś nigdy wcześniej. Lubisz pomagać ludziom - znajdź dzisiaj kogoś komu możesz pomóc, lub zapisz się do jakiegoś wolontariatu. Lubisz pisać - napisz coś dzisiaj, a jeśli nie masz bloga, to wrzuć jakąś krótką historię z dnia na Facebooka, lub gdzieś ją spisz.

Akceptacja w moim rozumieniu to świadomość tego KIM się jest i przyjęcia bez lęku i obrzydzenia tego całego pakietu, który nas stanowi. To wciąż oznacza, że mogę nie być zadowolona ze swojego wyglądu, ale nie spędza mi to już snu z powiek i nie odwołam wszystkich umówionych spotkań z powodu tego, że przytyłam dwa, pięć czy siedem kilo. Oznacza to, że nadal mam chęć z tym walczyć, przy jednoczesnym nietraktowaniu siebie jak własnego wroga. Oznacza to także, że traktuję siebie jako całość, nie zaś jako obraz Picassa z osobnym brzuchem, tyłkiem i podgardlem.

Mam prawie 30 lat i trochę zmarszczek wokół oczu. Nie mam płaskiego telewizora w swoim własnym kupionym mieszkaniu. W ogóle, nie mam tego mieszkania. Nie mam samochodu i nie mam partnera, co w moim wieku mocno zawęża krąg poszukiwań. Myśląc o tamtej sobie sprzed siedmiu lat, 15kg lżejszej, młodszej, opalonej, która z mojej dzisiejszej perspektywy mogła naprawdę zdziałać mnóstwo rzeczy, w życiu nie chciałabym się z nią zamienić miejscami.

Za nic w świecie nie chciałabym być tak niepewną siebie, życia i przyszłości osobą, która się siebie i swojego życia zwyczajnie boi. Co z tego, że miałam więcej nierozsądku i potrafiłam sobie ot, tak, wskoczyć w ciuchach w nocy do wzburzonego morza. Albo pojechać w nocy na stopa przez Kraków (absolutnie nie polecam). Że miałam głód adrenaliny i ją w durny sposób wyzwalałam, tylko po to, żeby jakoś udowodnić i sobie, i innym, że jestem coś warta, że jestem niezwykła. NIE - zwykła.

Dojrzewanie przynosi wspaniały rodzaj ulgi: brak tej straszliwej gonitwy za czymś, co wydaje nam się kluczowe do przeżycia, a w rzeczywistości, nawet nie jest nam potrzebne. Dojrzałość wynikająca i z wieku i z zabaw z akceptacją siebie i życia daje coś niesamowitego, jak miłość do normalności.

Więc posłuchaj mnie Czytelniku młody, młodszy, albo i miotający się: normalność to żaden kompromis. To ten rodzaj gleby, w której dopiero możesz coś zasiać. A uwierz mi: będzie rosło.

Amen.

Podobne wpisy

  • Justyna W

    Przyjemny tekst. U mnie samo się zrobiło z samoakceptacją i podejrzewam, że to część rozwoju po prostu. Zachwyca mnie to czasem tak jak pierwsze zakupy za własne pieniądze, kiedy nie musiałam pytać mamy, czy mogę kupić chipsy. Pisz dalej, a jak dorośniesz będziesz jak Miskiewisz. :)

  • Justyna

    Czytając ten tekst pomyślałam, że ujęłas prawie wszystkie aspekty mojego życia. Jestesmy w podobnym wieku nawet imię mamy to samo. Różnica polega tylko na tym, że jestem w związku bez ‚jasno postawionych wytycznych’. Każdego dnia staram się coś sobie udowodnić, w końcu mam pracę o której zawsze marzyłam, lecz nigdy nie czuję się wystarczająco dobra. Nawet mały przytyk potrafi wpedzic mnie w zły nastrój. Chciałam mieć idealne i ekscytujące życie (choć takie nie istnieje!) satysfakcjonującą pracę, cudownego chłopaka.Teraz coraz częściej skłaniam się ku ostatnim podrywom młodości. Tylko czy jest to cokolwiek warte..? Może jednak czas pogodzić się z tym, że każdy dzien jest podobny i przyjąć to za pozytyw??

    • Jedno nie wyklucza drugiego, grunt, żeby się dobrze czuć z tym, jakie ma się życie. Jeśli coś nie pasuje, to to zmienić. Takie oczywiste oczywistości :) Żeby niczego nie żałować – to też jest ważne. Więc może warto dać się porwać porywom młodości :)

  • Uppsss

    Pls. pisz na weekendy, bo nie mam czasu czytać bloga w tygodniu. Tak naprawdę to nie mam czasu na nic, ale w sobotę wyrywam jak chwasty minuty na czytanie.

    • Mogę pomyśleć nad newsletterem i wysyłać na weekend zestaw wpisów :)

      • Uppsss

        Gitesmajones. Od teraz polubiłem Ciebie :)
        Wysypujesz art. jak pokarm dla sikorek. Teraz postawisz karmnik.

  • Klaudia

    Dzięki za ten wpis!:)

  • mctiggle .

    dojrzałość to podobnoż przede wszystkim akceptacja własnych ograniczeń. zamkniętych przed nami dróg. bo codziennie jakieś się przed nami zamykają. już nie zostanę kosmonautą, sportowcem, a nawet szczęśliwym ojcem pełnej rodziny.
    dojrzałość pozwala skupić się na posiadanych atutach, a nie roztrząsać wciąż ewentualności które nigdy nie nastąpią. pozwala szukać dróg które wciąż jeszcze są otwarte. bo wiele jest takich które zamykamy przed sobą sami. całkiem niepotrzebnie.
    i powiem ci że dlatego właśnie czasem warto wejść nocą do wzburzonego morza. nie po to by poczuć się „NIE-zwykłym”, jakimś supernadzwyczajnym, ale po to by poczuć kontrolę nad swoim życiem i zaczerpnąć z tego siłę.

  • marta

    Zaakceptowałam co mam i nagle życie przyśpieszyło i smakuje sto razy lepiej!

  • Agu

    taka świadomość, że to, co mam teraz jest prawdą o moim życiu, a nie nie mgliste przeświadczenie, że kiedyś musi wreszcie być tak super i tak ekstra bywa oczyszczająca. tu i teraz.

  • Slawek

    Hej,
    Co istotne i myślę sobie, że może najważniejsze w tej całej naszej dorosłości i dojrzewaniu to właśnie to poznanie swojej wartości oraz komfort wyboru, niezgadzania się, nieprzymuszania się i generalnie do decydowania „bo ja tak chcę i tyle, no”.
    Kiedy byłem młodszy to-owszem-zdarzało się tez nie zgadzać, lecz kiedy teraz się nad tym zastanawiam to motywacją do tych słów był raczej bunt i tupnięcie nogą „nie, bo nie”. Teraz po prostu wybiera się dla siebie to co najlepsze, zna się swoje radości i szczęście i je pielęgnuje. Nawet z pozoru i perspektywy innych nudnego leżenia pod kocem i przypominania naleśnika.
    Co jeszcze warte zaznaczenia to fakt, że to całe dojrzewanie nie dzieje się z soboty na niedzielę. To cały proces i naprawdę ciężko go wyłapać i zorientować się KIEDY zaczęło się być tym świadomym dorosłym. Gdy sięgam pamięcią wstecz i zastanawiam się(a poważnie to dla mnie ciekawe KIEDY) co się takiego wydarzyło, że wolę nic, lecz szczęśliwe, niż coś, a szalone-nie wiem.

    I ostatnie i chyba najważniejsze-jest teraz dużo lepiej, jest naprawdę wporzo i spokojnie.
    Ejmen

  • Ja chyba wybrałem normalne, nudne życie. W okolicach wieku 25-26 chyba nawet umyślnie. Krąg znajomych się zawęził, czas wolny ograniczył do czynności twórczych a nie towarzystkich. Wyjątkiem może są częste podróże, co już daje szansę, że nie jest przeciętne. Rzeczywiście mylenie pojęć w stylu „ten ma nudne, przeciętne życie vs ten ma normalne, wyważone życie” jest w narodzie zatrważajace. Podobnie jak z odbiorem introwertyków, o czym mówił Markowicz niedawno

    • Dokładnie! Swoją drogą, jeszcze jest jedna kwestia, którą się zwykło źle odbierać: pesymizm. Polecam to video:

  • Lilly

    Dziękuję za ten tekst, bardzo go potrzebowałam. Mam właśnie 23 lata, kończę studia i jestem przerażona tym, że się starzeję. Łapię się już na coraz częstszym spędzaniu czasu z młodszymi o kilka lat przyjaciółmi, bo Ci w moim wieku są już po ślubie, codziennie chodzą do pracy i gdy z niej wrócą nie mają już entuzjazmu dla niczego ;) Ciężko zaakceptować to, gdy po latach okazuje się, że mam za mało talentu, żeby wykonywać pracę marzeń. Z jednej strony jestem szczęśliwa, ale z drugiej jestem w tym stanie, w jakim była pani w moim wieku: „tak niepewną siebie, życia i przyszłości osobą, która siebie i swojego życia się zwyczajnie boi”.

  • Ania Piwowarczyk

    Świetnie napisane. Ja w ostatnim roku po raz pierwszy poczułam, że jestem dorosła, że „to już”. Albo może dopiero. I nie dlatego, że skończyłam studia, mam stałą pracę dla dorosłych, mieszkam sama. To wszystko pozornie składa się na „ułożone, normalne życie”, ale to nie dlatego. To dlatego, że coraz częściej budzę się rano ze świadomością, że lubię siebie i lubię moje życie, że mam sama dla siebie akceptację i spokój w wyborach i decyzjach, że wiem już nie tylko, czego chcę, ale przede wszystkim wiem, czego nie chcę i co do nie nie pasuje.Że w przyjaźni zdecydowałam się na jakość, a nie ilość. Że samotność nie musi być smutna, ale dobrze jest sobie również na smutek pozwalać. Że to ja wpływam na świat, a nie on na mnie. A jak czasem myślę sobie, że coś mi nie wychodzi i w ogóle wszystko jest nie tak, to szybko przypominam sobie, że jeszcze kilka lat temu gdzieś w sferze marzeń miałam pracę, którą mam dzisiaj i myśl o tym, że mogę mieszkać sama na Kazimierzu. I mieć wszystko tak bardzo w porządku :)

  • Akceptacja i jednak to by nie mieć zbyt wygórowanych oczekiwań względem życia, pogodzenie się z rzeczywistością i biegiem zdarzeń:)

    • mctiggle .

      nie trzeba dopisywać pogodzenia.
      akceptacja to jest wewnętrzna zgoda na to jakim się jest człowiekiem i w jakich warunkach się funkcjonuje.
      zgoda.
      a zgoda buduje ;)

  • Ana

    Przyznaję: normalność to coś fajnego. Różni ludzie różnie ją pojmują, ale zawsze to jest chyba ten punkt w życiu, w którym godzimy się sami ze sobą, przestajemy gonić za złudzeniem, że może być fajniej, gdy jest po prostu dobrze. Tak, to chyba już dorosłość :) Sama siebie zadziwiłam w momencie, gdy przyznałam, że mogę zostać tu, gdzie jestem. Zacząć odkładać na (kredyt na) mieszkanie właśnie tu, nie w wielkim mieście, a na mojej Prowincji. A w życiu nie pomyślałabym, że do tego dojdzie – że moje marzenia o życiu w pędzie i karierze porzucę na rzecz marzeń o spokojnym życiu i własnym przytulnym kątku w kątku świata :)

  • Przeczytałam i uderzyła mnie myśl, że właśnie tak się u mnie często dzieje, że się tej akceptacji obawiam, że się boję, że osiądę na laurach, że zamiast żyć, będę egzystować. Do tej pory nikt mi nie uświadomił, że właśnie tu jest haczyk, żeby nauczyć się akceptacji i na tym fundamencie budować. Dziękuję Ci za ten spis. Bardzo otworzył mi oczy :)

  • Cu-dow-ne. Pieknie piszesz. Niektorzy normalnosc myla z nuda i porazka. Sama tak kiedys myslalam. Prawo mlodosci, dokladnie tak, jak piszesz. Az przyszedl czas, kiedy tak bardzo zapragnelam tej normalnosci, ze wydala mi sie ona cudem jakims, bo uparcie nie chciala przyjsc. Przyszla, jest. Moja normalnosc byc komus (mlodszemu?) moze wydac sie przewidywalna, nieciekawa, kompromisowa wlasnie. Dla mnie jest niezwykla.

  • Jak wiele do przemyślenia, a nawet do przedyskutowania… Zycie tak piękne choć kruche i krótkie – warto wyciskać z niego co się da… brać szczęście garściami – nieważne w jakim jest się wieku, ważne jest to co się czuje… Wolność to otwartość, to chęć tworzenia świata tam gdzie jest szczęście i radość. Przez lata edukacji wpajano Nam do głowy jak wygląda świat i jak wygląda Nasza rola w tym świecie… marionetki sterowane według utartego schematu, gdy się wybijamy ponad, ponad wszystko to nie tylko ogarnia Nas samych strach ale również zostajemy oceniani… Ale to Nasze życie jest najważniejsze – nikt i nic za Nas go nie przeżyje.. Nieważne ile mamy lat i jak wygląda Nasza historia – zawsze warto być dzieckiem – ciszyć się jak ono i czuć jak ono… Nasze szczęście jest w Naszych rękach. Gratulujemy artykułu.

  • Anna Ma

    Bardzo mi się podoba ten tekst, a ostatni akapit wyjątkowo przypadł mi do gustu.

  • Sygin

    Jak to dziwnie się układa czasem, że na takie posty trafiam właśnie wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebuję. Właśnie, z 1 listopada, przestałam oficjalnie być studentem (moja legitymacja była ważna do 31 października, a miesiąc temu się obroniłam). To jakieś symboliczne zakończenie pewnego etapu. Stoję i rozglądam się, co robić. Jak ma wyglądać moje życie, jak go nie spieprzyć. Ten wpis zdecydowanie mi pomógł opanować strach przed normalnością.

  • mówię co myślę

    Super jest Twój blog. Taki prawdziwy…

  • Paulina Szymańska

    Boże, dopiero w internecie można dostrzec to, że ludzie myślą, zastanawiają się, mają rozterki, że są tak bardzo podobni do nas samych. Na co dzień obracam się w kręgu osób, których nigdy nie posądziłabym o takie melancholijne myśli. To smutne, bo nie ma z kim porozmawiać o mijającym czasie , dorastaniu, przyszłości. Przez większość czasu ludzie zajmują się błahostkami takimi jak przytoczyłaś tj. płaszczem w niedziele.

    Dziękuję za ten wpis :)

    pozdrawiam

    http://beautyinandoutside.blogspot.com/

    • Wydaje mi się, że to przez to, że ludzie teraz żyją w internetach. W realu mijają się ciała, a umysły, dusze, serca gdzieś oderwane, uwięzione w cyberprzestrzeni. I to wszystko z własnego wyboru. I rozmowy w poza netem sprowadzają się właśnie do błahostek.

  • Przeczytałam ten tekst w dniu publikacji, miałam go skomentować następnego dnia… i oczywiście przypomniałam sobie o tym dopiero dzisiaj ;)
    Mi się zawsze marzyła taka normalność. Studia, dom, mąż, dzieci. W praktyce okazało się, że to tak samo nie przychodzi. Nadal mam jakieś takie wizje przyszłości, przy czym nie mam w sobie uczucia, że takie normalne życie będzie zwyczajne. Bo normalność nie równa się zwyczajność. Przynajmniej u mnie to nie idzie w parze. Jakoś tak dobrze mi z moim życiem na razie. Najdłużej nie mogłam zaakceptować bycia dorosłą – teraz nie mam z tym problemu. Nawet im bardziej w środku czuję że mam poukładane i jestem coraz bardziej odpowiedzialna, tym lepiej się bawię wygłupiając się jak dziecko :)

  • kołczu

    Cholera, nie mam pojecia co robię na tym blogu i jakim cudem czytam akurat ten wpis, ale chyba właśnie znalazłam genezę i rozwiazanie problemu swojego życiowego nieudacznictwa. Jestem pod wrażeniem. Dzięki

  • Kurcze, oryginalny nie będę ale gdy byłem młodszy, dużo młodszy to za wszelką cenę chciałem być dorosły. Teraz gdy już dorosły jestem, znów chciałbym być dzieckiem. Dokładnie, normalność i przeciętność to dwie różne rzeczy tak często mylone i tak często dążąc do normalności wpadamy w przeciętność bo w naszym mniemaniu tak właśnie wygląda normalność. A kiedy się zorientujemy, że coś jednak jest nie tak z naszą normalnością to zmienić już tego nie potrafimy. Ech dziwny jest ten świat….

  • Będąc u progu 20-ki myślałam, że mogę mieć wszystko, być nie wiadomo kim i tak naprawde miotałam się i złościłam, gdy coś mi się nie udawało. Dziś, kiedy już na karku prawie 25, podchodzę do tego zupełnie inaczej. Widzę po sobie ile znaczy dla mnie spokój, stabilizacja i akceptowanie samej siebie, swoich zalet i słabości, ale także wciąż na nowo odkrywanie nowości, poznawanie siebie, ale już teraz na spokojnie.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress