Mój pierwszy raz na siłowni

31 października 2016 Głowa

Kilka tygodni temu napisałam Wam o mojej wielkiej walce ze sobą i że wzięłam się za siebie na poważnie. W sadło i jego przyczyny, niczym Aquafresh uderzam z potrójną siłą: głowy, pożywienia oraz mięśni. Oczywiście - nic nie przychodzi łatwo, ale pewne rzeczy przychodzą zaskakująco łatwiej, niż byśmy się tego spodziewali. Na przykład mój pierwszy raz na siłowni.

Tytuł wpisu głosi, że na siłowni pierwszy raz pojawiłam się całkiem niedawno. To nieprawda. Dałam się na nią zaciągnąć kilka lat temu, gdy zachęcona dobrymi efektami diety, razem z koleżanką z pracy, odreagowywałyśmy na bieżni trudy biurowego życia. Nie jestem fanką biegania, dlatego zamiast truchtu ustawiałam kąt nachylenia, tempo bardzo szybkiego marszu i spalałam kilokalorie przez godzinę. Jako, że pracę kończyłam dość późno, na siłownię z pracy miałam 20 minut pieszo, ale potem musiałam wrócić do domu w innym mieście. Po dwóch miesiącach nie chciało mi się sterczeć po 20:00 na mrozie i czekać na jeden z trzech autobusów, którymi będę mogła dojechać do domu.

Wtedy też miałam przekonanie, że siłownia to jakiś zbiór dziwnych maszyn, na których pakują koksy, a niekoksowa reszta biega na bieżni, lub macha ciałem na orbitreku. 

Minęło kilka lat, a ja nie rozważałam powrotu na siłownię, wciąż czekając, aż ktoś wynalezie taką dyscyplinę sportową, która będzie dla mnie skrojona na miarę: angażująca, zabawna, z małym elementem rywalizacji, w której będę wygrywać i która nie będzie boleśnie męcząca. Minęło kilka lat, a wyczekiwanej dyscypliny jak nie było, tak nie ma.

W czerwcu mój znajomy zaczął mi delikatnie zwracać uwagę, że może dobrze by było wziąć się za siebie i to nie tylko w kwestii diety, ale też ćwiczeń. Nie pamiętam, czy użył tych sformułowań wprost, ale są one niczym życzenia urodzinowe: oklepane, wszystkim dobrze znane i nietrudne do sparafrazowania.

  • Trochę szkoda tak marnować potencjał twojej urody.
  • Zobaczysz, będziesz dużo szczęśliwsza będąc szczuplejsza.
  • To niezdrowe.
  • Lepiej się poczujesz.
  • Na dobry wygląd trzeba zapracować.
  • Nie jesteś zbyt kobieca z taką wagą i generowanym przez nią brakiem gracji.

Czy mnie uraził? Nie. Czy powiedział coś, czego nie wiedziałam? Nie. Czy wkurzyło mnie takie gadanie? Trochę tak, bo chciałam w spokoju pić piwo i wpierniczać kabanosy oglądając mecz, a takie gadanie nie pomaga w relaksowaniu się. Wiadomo.

Ten sam znajomy zamiast walnąć mi wykład o tym, jak ważna jest tężyzna fizyczna i ogólna krzepa, powiedział mi, że chodzi na treningi kilka razy w tygodniu i że może mi polecić swojego trenera. Zagryzając piwo kabanoskiem, przytaknęłam, poprosiłam o papieroska i siedząc na balkonowym krzesełku pohuśtałam sobie nóżką. 

Minął czerwiec, zaczął się lipiec. Gorący lipiec, którego naprawdę długo nie zapomnę. Z letniej szafy A.D. 2015 praktycznie wyrosłam, a to, co jeszcze mogłam włożyć, było zbyt obcisłe, by było estetyczne. Zostały sukienki, ale sukienki to letnia zmora osób z nadwagą - ocierące się uda. Gorący lipiec, a później równie gorący sierpień przełaziłam więc w ciemnych jeansach, a wszystkie krótkie rękawki i tak zakrywałam długimi, żeby się jakoś zakryć i nie obnażać swojej wałkowatości. Lato 2016 autentycznie będę na zawsze wspominać jako męczarnię i kombinowanie, jak latem w stroju na jesień nie dostać udaru i nie przegrzać organizmu.

Śmiejcie się, ale dopiero to lato uświadomiło mi, że moja waga przeszkadza mi dużo bardziej, niż przypuszczałam. Nadwaga i otyłość, to nie jest tylko kwestia nie wyglądania jak babki z okładek Shape'a oraz niemożność znalezienia fajnych ciuchów w sieciówkach. To cała gama fizycznych utrudnień, z którymi stopniowo zaczynasz się borykać. Ja przestałam poznawać samą siebie - nie tylko w kwestii zmienionego ciała, ale przede wszystkim w sposobie myślenia. Na przykład umawiając się z kimś na spotkanie, dowiadywałam się, czy będziemy siedzieć na drewnianych leżakach. Siedzenie na nich sprawiało mi trudność, bo nie mogłam wygodnie usiąść tak, by zakryć brzuch - musiałam siedzieć na krawędzi, by brzuch schować, ale to wiązało się ze zgniecionym żołądkiem przez całe spotkanie. Poza tym - weź wstań lub usiądź z gracją w takim leżaku.

Przyszedł dzień, w którym całą sobą znienawidziłam ten stan. Stan odbierający mi siebie i moją wolność. Stan ograniczający mnie w sposób czysto fizyczny, a przez to tragicznie wpływający na moją psychikę. 

Poczułam - nareszcie poczułam - że nie zniosę dłużej tego stanu rzeczy. Wzięłam numer do trenera mojego znajomego i postanowiłam napisać mu maila z trzewi o tym, jak mi trudno i źle i że chcę się zmienić, ale się boję porażki. Że potrzebuję pomocy i liczę na to, że mnie weźmie pod swoje trenerskie skrzydła.

Szczerze - pisząc maila, nie do końca wierzyłam, że coś z tego wyjdzie. Że to był jednorazowy zryw, że za chwilę sobie wszystko zracjonalizuję i nie będę musiała przeżywać żadnych rozterek. 

Po kilku dniach dostałam odpowiedź, propozycję spotkania i ankietę do wypełnienia. Spisanie posiłków z kilku ostatnich dni okazało się mocno otrzeźwiające, bo dopóki ich nie spisałam, nie miałam pojęcia ile, co i jak dużo jem. Na spotkanie pojechałam okutana w czarne maskujące ciuchy i z błagalnym wzrokiem "proszę, tylko żebyśmy jeszcze dziś nie ćwiczyli". Pogadaliśmy o moich oczekiwaniach i najważniejszych lękach, a w tym przypadku lęki były dwa: przed porażką i przed oceną. Przecież skoro nie potrafię wstać bez stękania z leżaka, to jak będę potrafiła ćwiczyć na siłowni, bez efektu słonia w składzie porcelany? Po kilku godzinach od spotkania naszła mnie refleksja, że ten lęk przed oceną towarzyszy mi przez cały czas, więc nie jest to nic nowego.

W końcu we wrześniu nadszedł moment pierwszego treningu. Rano. 

A przecież ja lubię spać, muszę się zawsze trochę pokokosić, a wstawanie wcześnie rano zawsze wywołuje we mnie stres. Tym razem nie było inaczej. Z nerwów nie mogłam zasnąć dzień przed treningiem. Rano obudziłam się z uczuciem, jakbym szła na egzamin ustny, pobieżnie nauczona jedynie z jakiegoś opracowania.

A na treningu zaskoczenie: na bieżni nie było tragicznie. Udało mi się wykonać każde ćwiczenie, nie miałam ochoty rezygnować i nawet, gdy wraz z całą swoją galaretowatością opadałam na podłogę, podnosiłam się, by dokończyć deskę. Zaskoczyła mnie też inna rzecz: w trakcie pierwszego treningu zasłabłam. Powoli traciłam siłę, aż w końcu przed oczami zrobiło mi się małe disco: jasno-ciemno-jasno-ciemno-jasno, więc mamrocząc niewyraźnie poprosiłam o przerwę. 

A to podobno normalna reakcja na taki szok dla organizmu, jakim jest ruch i to wszystkich mięśni, w dodatku przez dłuższą chwilę. Mimo, że każdy następny trening był trudniejszy, nigdy więcej już nie zrobiło mi się słabo.

Pierwsze treningi wiązały się z efektem ubocznym w postaci kilkudniowych i dość dotkliwych bólów mięśni. To z kolei miało na mnie dobry wpływ, bo uświadamiało mi, jak dużą pracę wykonałam i przypominało mi, że jednak się przełamałam i poszłam na trening. Na mojego chłopaka też miało to dobry wpływ, bo niezmiernie go bawił kaczy chód, który tymczasowo zastąpił mój normalny przez pierwsze tygodnie ćwiczeń.

  • Czy wkręciłam się w treningi i się od nich uzależniłam?

Niebawem miną dwa miesiące odkąd chodzę na treningi. Co prawda, po drodze trafiły się dwa wypadki losowe: moja angina i skręcona noga, ale po kilku dniach podjechałam Uberem na siłkę i ćwiczyłam górne partie ciała w ortezie - nie skorzystać z takiej wymówki naprawdę coś znaczy.

  • Czy mam już jakieś efekty?

Wiele. Po pierwsze ogólnie poprawiła się moja kondycja i wchodzenie na czwarte piętro z siatami nie wywołuje u mnie trudnej do uspokojenia zadyszki. Jestem też bardziej sprawna i ogólnie chce mi się więcej ruszać. Jeśli chodzi o efekty wagowe, to te dopiero będą, z racji, że dopiero kilka dni temu otrzymałam jadłospis. Wcześniej robiłam szereg badań, by najlepiej dobrać dietę do moich potrzeb i organizmu.

  • Czy męczę się podczas ćwiczeń?

I tak, i nie. Nigdy nie pomyślałabym, że to powiem, ale jest coś uzależniającego w wysiłku fizycznym. Osobie, która od wielu lat była przekonana o swojej fizycznej ułomności, podnoszenie ciężarów i prawidłowe wykonywanie ćwiczeń, w których czuć każdy odpowiedzialny za nie mięsień, naprawdę dobrze robi świadomość, że jest się w stanie je wykonać. Do tego, włącza się jakaś taka mała rywalizacja z samą sobą, kiedy przy dwunastym powtórzeniu czuję, że to już końcówka moich sił, próbuję dobić do tych zalecanych piętnastu powtórzeń. O dziwo, zazwyczaj dwa ostatnie powtórzenia zrobione w trybie wyzwania, wychodzą lepiej, niż te ze środka. Zmęczenie fizyczne to cała gama różnych wrażeń - rozruszanie zastanego ciała i poczucie ulgi po zakończeniu serii. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że momentami to świetna zabawa z własnym ciałem - sprawdzanie na co je stać, jak ważne w ćwiczeniach jest prawidłowe ułożenie ciała, i że czasem jedna niepozorna zmiana powoduje, że w ćwiczeniu uczestniczą zupełnie inne mięśnie. To znacznie wzmacnia świadomość własnego ciała, a ono z kolei bardzo pozytywnie wpływa na psychikę.

  • Czy wstydzę się na siłowni?

Mój pierwszy raz na siłowni był festiwalem wstydu i dumy. W końcu wygrała duma. Nie łudzę się, że jestem na siłowni atrakcyjna, ale to nie po to przecież tam chodzę, by wabić samców. Do tego, jakoś sobie to poukładałam, że widok naprawdę świetnie wyglądających tam kobiet, działa na mnie motywująco, a nie deprymująco. Zapewne niewiele osób tam ćwiczących kiedykolwiek wyglądało podobnie do mnie, ale łączy nas to samo - chcemy usprawnić nasze ciała i o nie zadbać. Paradoksalnie, mało gdzie czuję się tak swobodnie i "w odpowiednim miejscu", jak właśnie tam. Być może dlatego, że mam tam największą świadomość podjętej ze sobą walki.

  • Co mnie motywuje?

Myślę, że to najtrudniejszy punkt programu, dlatego, że nie wierzę na dłuższą metę w motywację zewnętrzną, czyli taką, która nie pochodzi bezpośrednio od nas. Nigdy nie zmotywował mnie nikt, kto mówił, że powinnam schudnąć, ćwiczyć i zrobić coś ze sobą. Nie pomogły mi nawet oferowane nagrody (tak, był taki moment, że bliska mi osoba proponowała nagrody rzeczowe za gubienie kilogramów). Nie pomogły szantaże, zbliżające się wakacje, czy wesela. Musiał przyjść moment, w którym naprawdę całą sobą zapragnęłam zmiany. W moim przypadku było to lato i męczarnie w upale. Wzmocnieniem tej motywacji, jest chęć bycia dobrym studium przypadku dla mojego trenera.

  • Jaki mam cel?

Szczerze powiedziawszy, nie mam konkretnego. I może też dlatego tym razem mi wychodzi? Gdzieś w głowie miałam zakodowaną idealną wagę i idealny rozmiar, natomiast tym razem cel ma dużo większe spektrum. Ostatnio przeszłam badania i okazało się, że nie jestem chora (no, poza podwyższonym cholesterolem, ale to oczywiste przy tym stanie rzeczy), więc nie ma żadnych medyczych przeszkód do tego, by być jeszcze okazem zdrowia: dobrze się czuć, nie bać się fizycznych wyzwań - wycieczki w góry, całodniowej wycieczki rowerowej za miasto, znać dobrze swoje ciało. To ile schudnę nie jest dla mnie najważniejsze - moim priorytetem jest udoskonalenie i naprawienie swojego fizys na stałe.

Jestem ciekawa, czy macie podobne doświadczenia w swoim życiu i czy też macie swoją metaforyczną siłownię, na którą zdecydowaliście się po długim okresie wahań? Co Wam to daje?

Podobne wpisy

  • SUPER! :* trzymam kciuki za kolejne miesiące! jak za 4-5 miesięcy spojrzysz wstecz, to będziesz sobie sama gratulować, że to zrobiłaś, a to świetne uczucie! powodzenia :)

  • www.tochybaomnie.wordpress.com

    W przypadku gubienia wagi i kształtowania sylwetki zewnętrzna motywacja jest frustrująca. Trzeba zacząć od pokochania siebie i swojego ciała, nawet tego cellulitu, wałeczków tłuszczu i nadprogramowych kilogramów.
    Ćwiczę nie dlatego, że nienawidzę mojego wyglądu, ale dlatego, że kocham siebie i swoje ciało. Chcę być zdrowa, sprawna i podobać się sobie, a wszystko to z miłości do samej siebie ;)
    Trzymam kciuki i mocno w Ciebie wierzę!!!

  • Tego potrzebowałam
    Dzięki

  • samorozwijalnia.pl

    Trzymam kciuki za dalsze samozaparcie! You go girl! :)

  • Martyna

    Justyno, dziękuję Ci za ten wpis. Jestem teraz dokładnie w tym samym momencie co Ty. Nie wiedzieć kiedy przytyłam do wagi, która mnie zawstydza, powoduje dyskomfort fizyczny (Twoje słowa o udach albo ukrywaniu brucha! Jak ja to doskonale znam!). We wrześniu powiedziałam sobie dość! Poszłam do lekarza (okazało się przy okazji że mam kilka schorzeń które mogą mieć wpływ na wagę), dostałam konkretną dietę no i polecenie wysiłku fizycznego. Od dwóch tygodni chodzę na basen i siłownię, stosuję dietę niskoglikemiczną, waga powoli spada a ja czuję się o niebo lepiej! Wierzę że dasz radę i ja dam radę…Wszystko jest w głowie, w naszej głowie! CZekam wiosną na wpis, że czujesz się dobrze sama ze sobą, przełamałaś siebie i udowodniłaś sobie że można! A ja Tobie cicho przytaknę przed swoim komputerem i przybiję wirtualną piątkę :)

  • Ja od stycznia do lipca byłam na terapii, dzięki której zaczęłam lubić siebie i wykonałam kawał pięknej pracy – na przykład pierwszy raz od piętnastu lat zaczęłam na co dzień nosić krótką sukienkę bez rajstop – tzn pokazałam w publicznym miejscu swoje nogi wraz z kolanami. Mimo, że ważę teraz o 20-30 kg więcej niż kiedykolwiek wcześniej :) Ta terapia między innymi dzięki temu blogowi, ale składało się na nią wiele różnych rzeczy. Przez te pół roku jadłam co chciałam, robiłam co chciałam, słuchałam siebie – w dużym skrócie. W końcu przyszedł MOMENT. Dieta. Od miesiąca jestem na diecie i czuję, że to jest to. I chcę, by ta „dieta” była do końca życia, tak mi służy. Uwielbiam w tym wszystkim to, że nie walczę ze sobą, nie opierniczam się za potknięcia, tylko stają się one częścią mojej drogi. Piękny stan, kiedy wiesz, że jest dobrze i że, mimo, że trudno, to jest oprócz tego bardzo łatwo. Łatwiej niż myślałam. Ale to dlatego, że jest to dobry moment. Czego i tobie życzę. :)

  • Ja potrafie sobie zaplanowac i cwiczenia i rozpisac diete i wszystko co zwiazane ze zmiana zycia, ale brakuje tego czegos, tego impulsu ktory wyniesie motywacje i checi pod niebo. Bez tego jest bardzo ciezko zabrac mi sie za cokolwiek.

  • Zauważenie problemu, to pierwszy krok do jego rozwiązania ;) Bo cóż z tego, że wszyscy naokoło moralizują, jeśli Ty sama czujesz, że jest ok. Bardzo dobrze, że stworzyłaś ten tekst, bo dzięki temu zarazisz swoich czytelników pozytywną energią, jak i sama zyskasz dodatkową motywację. W końcu już powiedziałaś hop. Powodzenie w dążeniu do marzeń!

  • Justyna

    Cześć Imienniczko :) ech ja borykam się z podobnym problemem co Ty i w kontekście jedzenia i ćwiczeń, tyle, że u mnie objadanie się się jest wynikiem stresującego zawodu. Po powrocie do domu pochłaniam wszystko i we wszystkich ilościach. Szczęście w nieszczęściu, że nigdy nie miałam tendencji do tycia, więc nadwaga nie jest duża. Szukałam podobnego rozwiązania co Ty i odnalazłam je w jodze (warto wybrać szkołę i nauczyciela, którzy naprawdę nam odpowiadają). Czuję, że walczę sama ze sobą i pokonuję swoje słabości. Do tego po roku ćwiczeń, słabych efektach i wielu frustracjach okazało się, że mam niedoczynność tarczycy, stąd problem ze schudnięciem. Także dziewczyny badajcie się i obserwujcie swoje ciało, być może przyczyna tycia siedzi gdzieś głębiej. To Wy macie się czuć w nim dobrze!!! :) Justyna! Trzymam kciuki z całych sił :)

  • zubu

    To ja poproszę numer bądź nazwisko/miasto/silke trenera. Tak ładnie poproszę :)

    Inspirujacy tekst. dziękuję!!

  • Kat Kat

    Justyna, ja też podjęłam taka decyzja pół roku temu… jestem szczupła i nigdy nie miałam problemów z wagą, ale w pewnym momencie zaczęło mi przeszkadzać,, jestem jak z waty i moim celem stało się regularne ruszanie się. Nieważne co i jak, ale żeby coś robić. I robie to z większą czy mniejszą regularnoscia. Ale nie ma tygodnia w którym bym nie cwiczyla… ja uważam że to ma zbawienny wpływ na moją psychikę.

  • Jak ja się cieszę, że miałam wf w szkole, a teraz mam na studiach. Zawsze łapałam się za głowę, gdy jakieś dziunie wymigiwały się od wf albo narzekały, że umrą gdy pobiegają 15 minut. Serio, pierwszy rok studiów, ludzie 19-20 lat, i na całą grupę tylko faceci, ja i jeszcze może dwie dziewczyny jesteśmy w stanie biec/truchtać nieprzerwanie 15 minut. To mnie dopiero podbudowało, nigdy nie byłam szczupła ani zdolna z wf, a tutaj jaka odmiana…
    Fajnie napisane, widzę dużo wspólnych cech Twojej siłowni i mojego wf przez całe życie :P Aczkolwiek mój tryb życia, wiek i obowiązki nakładają sporą różnicę, więc jednak czytam takie teksty z myślą „jak będę kiedyś starsza i bogata…”. I też tak mam z rywalizacją i nudą – szczególnie nuda, głupio mówić, e nie lubię ćwiczyć bo ćwiczenia są nudne, ale tak jest, wolę już biegać, bo chociaż krajobraz się zmienia :D

    • Ja byłam tą, która wymigiwała się od wf. I gdybym mogła cofnąć czas to nadal bym się wymigiwała, choć od tej pory znalazłam wiele takich form aktywności, które uwielbiam i praktycznie codziennie się ruszam. Wf jest po prostu do dupy:)

  • Jestem_ Adamska

    Megaaa <3

  • Wielki szacun, bo domyślam się, jak trudno było Ci się wziąć i to zrobić. Serio! I chyba każdy ma jakąś „metaforyczną siłownię” a nawet kilka :)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress