Miłość w czasach Tindera

25 lipca 2018 Blog

Jakiś czas temu miałam spinę z Krzysiem. Klasyczną, niedużą kłótnię o pierdołę, w której błahostka wyciąga na powierzchnię wszystkie żale, a te przez kilka dni nie chcą zniknąć pod wodą. Nic nowego, raz na jakiś czas trzeba się tak pokłócić, spiąć, rozładować atmosferę i pooddychać świeżym powietrzem po burzy. Takie kłótnie mnie nie przerażają, bo są rzadkie, wynikają ze zmęczenia i często poprawiają relacje. Kilkanaście dni po tej awanturce zadzwonił do mnie nasz wspólny znajomy, który o tej sprzeczce wiedział. W pewnym momencie konspiracyjnym tonem spytał: A jak tam u was? Słyszałem, że ostatnio się pokłóciliście… Wszystko w porządku?

W tym zwykłym pytaniu było tyle niepokoju, pesymizmu i trwogi, że trudno mi było je zignorować i potraktować jako normalny follow-up naszych spraw. I tak sobie myślę od kilku dni o tym niewinnym telefonie i o tym, czego ten nasz znajomy się spodziewał po jednej z najzwyklejszych i najnormalniejszych kłótni na świecie.

Mam wrażenie, że dzisiaj ludzie są zdziwieni, gdy związki są długotrwałe, udane i satysfakcjonujące. Wydaje mi się, że jest tak poniekąd dlatego, że jako społeczeństwo otrzymujemy gdzieś odgórny przykaz na znalezienie recepty na idealny związek. Już sama koncepcja idealnego partnera czy partnerki, jest dla mnie odgórnie skazana na porażkę. No, chyba, że mówimy o partnerze idealnym dla nas, ale w ogólne pojęcie ideału, nie wierzę.

Skupiamy się tak bardzo na tym, jaki ma być ten ktoś, kto zapewni nam wspaniałe życie i cudowną przyszłość, że zupełnie zapominamy o tym, co siedzi w nas samych, jakie prawdziwe potrzeby drzemią w naszych sercach i bebechach. A jestem przekonana, że to właśnie poznanie samych siebie jest złotą receptą na życie w ogóle.

Gdybym kiedyś nie spotkała na swojej drodze człowieka, który postawił mi ultimatum: albo ja, albo blog, a ja bez namysłu nie skasowałabym bloga, a potem przeokrutnie tego żałowała, pewnie dziś nie wiedziałabym wciąż, jakie to dla mnie ważne.

Gdyby nie to, że wiem, że zależy mi na tym, by tworzyć - teksty, muzykę, kolaże, filmy, robić zdjęcia, nie przeszkadzałoby mi bycie z kimś, dla kogo pisanie statusów na Facebooku, czy układanie tekstów, jest szukaniem rozgłosu, ekshibicjonizmem, stratą czasu i dziecinadą. Ale że mam taką świadomość, wiem, że akceptacja tego, co robię (lub co chcę robić), jest dla mnie podstawą do podjęcia jakichkolwiek ruchów zmierzających do stworzenia z kimś związku.

Kiedy poznawałam Krzysia, od bloga się zaczęło. Żeby uniknąć głupich pytań i rozczarowań, na Tinderze, z którego aktywnie korzystałam, miałam zaznaczone, że piszę i że mam blog. Jeśli komuś się to nie podobało - nie pisał. Jeśli pisał i pytał o czym blog, raczej nie odpisywałam. Jeśli przeczytał choć jeden tekst i napisał do mnie, mogłam dalej rozmawiać. Uwierzcie, że tych ostatnich było niewielu - dokładnie jeden. Krzyś.

Jeśli wiem, co dla mnie ważne, na czym mi zależy, co mnie buduje jako człowieka oraz czego potrzebuję jako kobieta, jakie znaczenie może mieć dla mnie sposób wyciskania pasty do zębów? Krzysiu wyciska środek tubki, ja wyciskam od końca. Jeśli wiem, że najważniejsze są dla mnie rozmowy, a nawijamy przez większość czasu spędzonego razem, czymże jest to, że nie wiesza papieru toaletowego od zewnętrznej strony rolki? Jeśli wiem, że wsparcie w trudnych sytuacjach to dla mnie podstawa, jak mogę się złościć o to, że uwielbia reggae? Ok, to jest duży kaliber, wiem, ale wciąż przeważa wsparcie. 

Niedawno ktoś na instastories spytał mnie, po czym poznaję, że związek jest dobry. Powiedziałam, że kilka lat temu mój znajomy poznał swoją obecną żonę, a wcześniej nie miał zbyt wielkiego szczęścia do kobiet. Spytałam go wtedy, skąd wie, że to ONA? Dostałam wtedy zaskakującą, ale zmieniającą moje życie odpowiedź - bo oczywiście spodziewałam się tekstu o tym, że gdy zrobiła mu pięciodaniowe śniadanie i krzątała się po kuchni w jego koszuli, to poczuł ukłucie w sercu i wiedział, że to właśnie jest materiał na żonę i matkę jego dzieci. Ale ten znajomy powiedział mi, że odkąd są razem, to nagle wszystko stało się łatwiejsze. I że ma wrażenie, że dobry związek jest wtedy, gdy problemy się po prostu rozwiązuje, niż wtedy gdy sam w sobie je stwarza i nim jest.

Nie wiem dlaczego, ale często znajomi mnie pytają o rady sercowe, a większość pytań skupia się na tym, gdzie poznać drugą połówkę. I chyba jestem nudną doradczynią, bo zawsze im mówię o tym, żeby się tak nie skupiali nad tym, gdzie chcą kogoś poznać, a na tym, co oni chcieliby odkryć w drugim człowieku i czy są na te odkrycia otwarci. Czy na przykład wiedzą, czego najbardziej na świecie potrzebują, gdyby mieli ze swojego słownika wykreślić słowa: druga połówka, towarzysz życia, samotność, nuda? Czego potrzebujesz TY SAMA? 

Na takie pytania i odkrycia na swój temat rzadko jest za późno. Można to wiedzieć na studiach, a można się tego dowiedzieć, gdy na studiach są twoje dzieci. W książce Toma Perroty „Pani Fletcher” główna bohaterka odkrywa nową prawdę o sobie, a dzieje się to już kilka ładnych lat po przekroczeniu czterdziestki. Ta wiedza o samej sobie jest dla niej wyzwalająca i diametralnie zmienia jej życie.

Jak myślisz, czego ty sama jeszcze się o sobie dowiesz?

O odkrywaniu prawdy o sobie i o poszukiwaniu dobrego partnera dla siebie, a także o „Pani Fletcher” powiem Wam trochę więcej w poniedziałek o 21:00 na fanpage’u Wydawnictwa Znak, na łamach którego poprowadzę dwugodzinnego live’a. Będzie o miłości, związkach, obawach przed wiązaniem się z drugim człowiekiem, ale też sporo humoru i zabawnych historii z życia mojego i Was - moich czytelników. Przede wszystkim zaś, będzie świetny konkurs, w trakcie którego będziecie mogli zdobyć naprawdę fajne nagrody. O szczegółach live’a poinformuję Was już niebawem, dlatego bądźcie czujni!

Podobne wpisy

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress