24-godzinny kurs marnowania czasu

23 września 2014 Blog
KZKGOP

Dzisiaj znowu wyjdę z pracy na ten sam, co zwykle autobus. Jak zwykle będzie on pusty, bo to pierwszy przystanek i nikt na nim nie wsiada. Zajmę miejsce dwa na dwa i nogi oprę pod siedzeniem na przeciwko. Przetrę otłuszczoną szybę, oprę sobie o nią głowę i przez ponad godzinę będę jechać do domu.

Na trzecim przystanku wsiądzie kilkadziesiąt osób. Wszystkie będą zmęczone, lekko przesiąknięte wiatrem, spalinami, potem i wszystkim, z czym się dzisiaj spotkali. Wszyscy będą się pchać do środka, byle tylko usiąść. Jeśli dzisiaj będzie padać, to cały autobus wypełni nieprzyjemny zapach mokrych parasoli i kurtek. Będzie ciepło i wilgotno, a w takiej atmosferze zdecydowanie bardziej czuć, kiedy ktoś po szychcie strzelił sobie kilka piw.

Jeśli dobrze trafię, usiądzie obok mnie jakaś kobieta wracająca ze swojej mało fizycznej pracy. Jeśli będę mieć pecha, usiądzie obok mnie styrany i cyknięty pięćdziesięciolatek, który nie dość że będzie cuchnął na prędce wypaloną fajką, zapewne wyrzuconą przy wsiadaniu, to woń wzbogacona będzie odorem przetrawionego już lekko alkoholu. Po dwóch przystankach zapewne zacznie przysypiać i będzie leciał do przodu i na boki, co chwila zrywając się ze swoich kilkudziesięciosekundowych drzemek.

Może coś przeczytam, może popykam w kulki i cukierki na telefonie. Może posłucham muzyki i będę się zastanawiać, czy bardziej chce mi się walnąć na łóżko, czy dam radę jeszcze podskoczyć po drodze do sklepu, połazić po nim i nie wydać pięciu złotych za dużo.

Potem będę szła pod górkę i patrzyła się na kompletnie obcych mi ludzi z obcego miasta, z którymi nie zdążyło mnie nic jeszcze połączyć. Potem pomyślę o moim kocie, bo zobaczę jakiegoś innego w oknie. Potem wejdę do mieszkania, zamknę drzwi, powącham zapach swojego-nieswojego domu i padnę.

Pójdę się szybko przebrać w ciepłe ciuchy, zrobię sobie herbatę, postanowię sobie, że poczytam książkę, ale jak tylko wezmę kubek do pokoju, włączę telewizor lub komputer, zapuszczę sobie jakiś serial z serii "comfort me" i odpalę kulki i cukierki.

Potem zbiorę się i pozmywam naczynia, wytrę blaty, wyjdę z psem i wyrzucę śmieci. Potem zacznę robić coś do jedzenia.

O 23:30 będę bardzo śpiąca i przysnę po raz pierwszy. O północy przeniosę się do łóżka i zasnę. Tuż przed zaśnięciem ustawię sobie budzik, ale zmienię jego dźwięk na bardziej przyjemny. Przytulę się, przykryję i zasnę.

Rano ledwo otworzę oczy i z przerażeniem stwierdzę, że żaden z trzech budzików ze zmienionym alarmem mnie nie obudził i z bólem wstanę z łóżka i pójdę do łazienki. Umyję włosy (1,5 minuty), twarz (40 sekund), zęby (minuta), zrobię makijaż (3 minuty) i rozczeszę włosy (30 sekund). Pójdę po ubrania, przebiorę się, wrócę do łazienki suszyć włosy (3 minuty). Spakuję torebkę, popsikam się czymś, wezmę śniadanie, które ktoś mi zrobił, nie zapomnę o kluczach, ale za to nie wezmę szalika, bo jeszcze nie wiem, że strasznie wieje.

Wyjdę na zewnątrz, zorientuję się, że leje i w obawie, że nie zdążę na autobus, będę szybko przebierać nogami. Jako, że w okolicy ciągle coś remontują, chodnik pełen jest kamyczków, które piją mnie w stopy, bo noszę buty nieadekwatne do pogody.

Na przystanek dotrę przed czasem. Usiądę i spojrzę na blok na przeciwko. Zobaczę jak ktoś odsłania okno, ludzi, którzy tłoczą się przed drzwiami do marketu, do którego chciałam wejść wczoraj i pomyślę sobie: cholera jasna, jakbym chciała żyć tak, jak oni. Potem szybko przelecę przez wszystkie za i przeciw emeryckiego życia i zorientuję się, że autobus, na który bałam się spóźnić, od kwadransa nie przyjeżdża. Wtedy też zdam sobie sprawę, że wcale tak bardzo nie zależy mi na piciu kawki zbożowej o 6:00 i staniu pod leklerkiem o 7:45 rano. Ba, nawet zacznę się cieszyć, że za ponad godzinę odpalę komputer w pracy, że napiję się gorącej kawy i będę w dobrze znanym mi miejscu.

Autobus przyjedzie, zajmę to samo miejsce, co wczoraj i będę snuć plany na dzisiaj i na przyszłość. Że dziś uporządkuję pulpit, że wyśle tyle, a tyle maili, że skończę ten, a ten projekt, że napiszę list, że rozejrzę się za tym i za tym. Że muszę napisać o tym i o tym. Że poćwiczę i że pójdę wreszcie na siłkę.

Przyjdę do pracy, otworzę skrzynkę, odkryję, że zanim zabiorę się za swoje zadania, muszę zrobić to, to i to, i że pewnie muszę nieco zmienić harmonogram.

Po ośmiu godzinach znowu wyjdę z pracy na ten sam, co zwykle autobus. Jak zwykle będzie on pusty, bo to pierwszy przystanek, na którym nikt nie wsiada. Zajmę miejsce dwa na dwa i nogi oprę pod siedzeniem na przeciwko. Przetrę otłuszczoną szybę, oprę sobie o nią głowę i przez ponad godzinę będę jechać do domu...

Podobne wpisy

  • Julia Julia

    gdzie puenta?

    • Eos

      puenta jest zbędna ;-)

    • krotkiporadnik

      To nie rozprawka :)

    • Elipsa jest puentą.

  • Grenchulda

    Oto i dowód na to, że czasem dodatkowe komentarze są całkiem niepotrzebne;) mi to wystarczyło, trafiło.. aż zabolało ;)

    • krotkiporadnik

      I co, dzisiejszy dzień będzie inny? :)

  • Eos

    Świetny tekst! :)

    • krotkiporadnik

      Dzięks!

  • Corpo-thriller :)

    • krotkiporadnik

      Na szczęście, żadne korpo i żaden thriller. Ot, pułapka :)

  • Hedgehog Girl

    Też się często na tym łapię i wtedy aż fizycznie boli świadomość, jak bardzo czas przelatuje mi przez palce.

  • Agni Gardener

    Kulki i cukierki są puentą. Chciałabym móc popełnić podobny tekst. Bardzo podobnie aktualnie odczuwam rzeczywistość, bardzo Twoja przypomina moją. Nie uniknęłabym jednak po drodze narzekania na pracę. Pod koniec śniadania (ja zjadam je w domu) co dzień ta sama myśl, że tym razem mam szansę się nie spóźnić. Dziś zatrzymała mnie w pół ruchu zamykania książki świadomość, w jakie miejsce staram się nie spóźniać co rano od trzech lat. Trzy lata bezsilnego pogłębiania poczucia niespełnienia. Tak, siedzę teraz w mojej pracy, mogę fejsować i pisać nic nie wnoszące komentarze na fajnych blogach. Tak, wiem o tym… wszystkim. Wiem za dużo. Nie, nie jest lepiej. Codzienne rytuały są cudowne, w gruncie rzeczy, uwielbiam powtarzalność. Tylko to, jak spędzam, gdzie spędzam, na czym spędzam codziennie osiem godzin od trzech lat. Tylko nagła myśl przed snem w przededniu odkładanej od dawna wizyty u gina – a jeśli mam raka jajnika (zawsze ten rak jajnika), czy chcę w takiej pracy marnować resztę życia? A jeśli nie mam raka jajnika, to już niby chcę?
    Ech, Justyna, nie wiem, co zrobiłaś, że się ze mnie wylało. Ale jak już tak się stało, no to zostawię Ci tę kałużę, wybacz, proszę.

    • Coraz bardziej kocham ten blog, również za komentujących.

  • karolina

    mistrz:)

  • Aleksandra Bujalska

    Niestety, mam dokładnie takie same odczucia, jeśli chodzi o szkołę, z tym że jeszcze po tych siedmiu-ośmiu godzinach trzeba jeszcze wykrzesać odpowiednią ilość energii na naukę i odrobienie lekcji. Na razie co prawda nie dojeżdżam, ale w przyszłym roku się to zmieni. Wtedy dopiero będzie.
    Pieknie napisany tekst, boleśnie prawdziwy. Nic dodać, nic ująć. Ile to razy mówimy sobie: od jutra zacznę… a zawsze kończy się na tym samym i kolejne dni niepostrzeżenie przelatują przez palce…

  • Darek Pietruszka

    Samo zycie. Swietnie napisane! :-)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress