Jedzenie, co pustkę wypełnia

9 października 2016 Głowa

Przez pół życia mam kompleksy

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy poczułam, że coś jest ze mną nie tak. Sięgam pamięcią i wydaje mi się, że po raz pierwszu było to w 2001 roku na wakacjach w Grecji. Bardzo się wtedy zakochałam i z tej miłości nie przyjmowałam pokarmów. Musiałam wtedy trochę schudnąć, więc obstawiam, że ważyłam wtedy z 45 kilogramów. Ktoś z mojej rodziny uraczył mnie komplementem, że dobrze, że schudłam, bo miałam za duży brzuch. 

Cóż, tak się zdarza. Taka uroda. Prawie nikt z mojej najbliższej rodziny nie ma płaskiej deski, a po babci odziedziczyłyśmy wrażliwe jelita. Nie da się ukryć, że przy umiarkowanym wzroście metra sześćdziesięciu, 45 kilogramów jest dobrą wagą. Wagą gwarantującą szczupłość. W głowie zaczęła mi jednak pulsować myśl, że nie jestem szczupła i że mam problemy z wagą.

To nie dzieje się od razu

Byłam normalną nastolatką. Normalną, czyli taką, która nieszczęśliwie się zakochiwała, miała koleżanki, nie uciekała z domu, nie sprawiała jakichś dużych problemów wychowawczych. Dostawałam jedynki, ale równoważyłam je piątkami. Chodziłam na korepetycje, miałam kochających, choć wymagających rodziców, mogłam wychodzić z domu i lubiłam to robić, szczegółnie z moimi dwoma najlepszymi kumplami. 

Miałam styl, którego dziś raczej już nie ma. Ale za moich czasów w liceum "modne dziewczyny" nosiły jeansy lub sztruksy, fajne t-shirty, wełniane golfy, jeansowe kurteczki, cichobiegi z Diverse'a lub Superstary, a zimą sportowe kurtki i buty z Alpinusa, albo glany, martensy lub welury. Do tego długa torba na ramieniu, albo sportowy plecak z Campusa lub Alpinusa. Niedbale spięte włosy, bransoletka z muliny i już. Taka stylówa z ogólniaka: ani to seksowne, ani chłopięce. Taki styl równej dziewczyny, kumpeli. To była bardzo bezpieczna stylówa.

Wtedy jakoś zaczęło się takie upominanie o moją kobiecość. Szczególnie ze strony babci, żebym czasem wkładała coś subtelnego, żebym miała grację i powab w ubiorze, że chłopcy lubią delikatne dziewczyny. Wiem, co miała na myśli i wiem, że zawsze chciała (i nadal chce) dla mnie jak najlepiej, ale pamiętam, jak zaczęłam myśleć o sobie, że jestem fajna, ale. Mimo, że raczej miałam duże powodzenie u chłopaków, przez lata zakodowałam w głowie, że mam jakąś skazę, nad którą inni się po prostu litują.

O. - wzór kobiety

Jak w każdym średnim mieście jest tak, że towarzystwa z różnych szkół się ze sobą mieszają. W Zabrzu było to bardzo proste z wielu względów, a jednym z nich była lokalizacja dwóch najlepszych w mieście. Dzielił je dystans jednego przystanku, łączyła wspólna parafia, park do picia w plenerze, a także okoliczne modne knajpy.

W tym sąsiednim liceum była dziewczyna, za którą uganiały się tłumy chłopaków. Przysięgam. Większość dziewczyn z mojego rocznika i starszych potwierdzi, że O. była legendą. Tak się złożyło, że chodziła kiedyś z chłopakiem, w którym ja byłam na zabój zakochana i z którym przez kilka miesięcy się spotykałam. Prędko się połapałam, że on chyba się z niej nie wyleczył i jako szesnastolatka byłam zalewana opowieściami o starszej o dwa lata O., która według niego była perfekcyjna w każdym calu. Kupowała alkohol, bo mogła, rodzice zostawiali jej wolną chatę, była wysportowana (co przy moim permanetnym zwolnieniu z wf-u było mocno dyskredytujące), piękna, miała długie gęste ciemne włosy. Była wysoka i szczupła. Z płaskim brzuchem.

Zaczęłam się gorączkowo porównywać: niższa, bardziej okrągła, blondynka. Nic nie pasowało. Nie pomagały argumenty osób, które miały na nią fazy, że nie do końca jest z nią o czym pogadać, że co mnie obchodzi jakaś O., skoro jestem świetna i to chore się porównywać. Że sama mam powodzenie i nie powinnam mieć ani jednego kompleksu. No, ale ziarno chujowości zostało zasiane i kiełkowało w najlepsze.

Wstyd mi za ciebie przed chłopakami

O. miała na mnie jeden dobry wpływ. Zignorowałam zakaz lekarzy i zaczęlam się ruszać. Jeździlam wszędzie rowerem, pływałam, zimy spędzałam na nartach. Dobrze to na mnie wpływało, bo szybko efekty było widać w sylwetce. Miałam bardzo wysportowane nogi, naprawdę jędrną skórę i (co teraz w cenie), fajny tyłek. Brzuch jednak wciąż był jakiś niepłaski. Uświadomił mnie o tym mój nowy chłopak - starszy, piękny, wysportowany i bardzo szczupły. Szczupłość cenił u dziewczyn chyba najbardziej, do tego stopnia, że gdy jakoś tak niezależnie ode mnie (witaj, biologio!) zaczęła się kolejna faza wzrostu dla mojego biustu, nie do końca był z tego zadowolony. 

Chłopak bardzo zachęcał mnie do ruchu. Więc się ruszałam. Potem zachecił mnie do diety, więc ważąc 53 kilogramy, po raz pierwszy zrobiłam sobie dietę kopenhaską i zrzuciłam wagę do 48 kilogramów. O sukcesie powiedziałam mu na basenie. Przytulił mnie, powiedział, że fajnie, po czym chwycił mój brzuch w palce i powiedział, że jeszcze teraz "tylko pozbądź się tego i będzie ok".

O tym, że to dla niego problem zorientowałam się, gdy coraz mniej czasu spędzaliśmy wspólnie w ciągu dnia, na basenie. Miałam zwyczaj spędzać z nim lato na kąpielisku, gdzie pracował dorywczo jako ratownik. Kiedy spytałam, o co chodzi, powiedział, że mu wstyd przed chłopakami, że nie ma tak szczupłej dziewczyny, jak oni i że bardzo mnie prosi o popracowanie nad brzuchem.

Organizm zaczął sabotaż

Mimo, że w głowie byłam skoncentrowana tylko i wyłącznie na tym, by schudnąć, mój organizm zaczął się domagać jedzenia bardziej, niż zwykle. Z perspektywy czasu domyślam się, że po prostu zaczął odreagowywać i rekompensować sobie inne dotkliwe braki. Najlepiej czułam się w domu, swoim domu, gdzie byli kochający mnie rodzice, którzy między innymi dbali o to, żebym regularnie jadła. To jedzenie szybko stało się dla mnie czymś, do czego uciekałam, jak tylko zżerał mnie (nomen omen) stres lub jakiś problem. Jedzenie zaczęło kojarzyć mi się z bezpieczeństwem, miłością, ukojeniem, akceptacją.

Ta praca nad brzuchem była pracą syzyfową. Miałam go rzeźbić i zmniejszać, jednocześnie zapełniając go jedzeniem przynoszącym mi ukojenie. Bilans przez długi czas wychodził na zero, więc dostałam ultimatum: albo chudnę, albo się rozstajemy. Starałam się do tego stopnia, że trafiłam do gipsu, bo dietą nie byłam w stanie już więcej się odchudzić, dlatego zaczęłam rano biegać. I tak w listopadowy poranek, nierozgrzana zerwałam po raz pierwszy torebkę stawową. Po miesiącach cudowania z chudnięciem, zostałam bez chłopaka, za to z nowym przekonaniem.

Mój wygląd jest nie do zaakceptowania

Wy, moi czytelnicy oraz kilkuletni znajomi znacie mnie już jako osobę z nadwagą, więc być może nie rozumiecie, w jakim stanie musiała być moja samoocena i rzeczowe spojrzenie na sprawę. Za osobę obrzydzającą swoim grubym ciałem innych uważałam się wyglądając tak:

grubix

Od tamtych czasów zmieniło się wiele, a jednocześnie nie zmieniło się nic. Zdążyłam popaść w jeszcze większe kompleksy, które jeszcze bardziej chciałam zagłuszyć. Do tego przypałętała się depresja nie sprzyjająca zdrowemu trybowi życia. Zdarzało się, że przeczuwając podświadomie, że mam z jedzeniem większy problem, niż brak silnej woli, modliłam się o to, by to "chociaż" była bulimia, bo skoro mam napady jedzenia, to dlaczego akurat ja nie mogę tego wszystkiego co pożarłam szybko zwrócić?

Przeszłam całą podróż przez diety, a nawet leki, by w końcu zrozumieć, że to chyba uzależnienie.

To głowa, nie ciało

Terapia, na którą poszłam, bardzo pomogła mi w poznaniu i zrozumieniu siebie. Pisząc "pomogła", czuję się trochę nie fair, bo terapia po prostu uratowała mi życie. 

Ostatnio próbowałam sobie spisać konkretne problemy, z którymi poradziłam sobie dzięki terapii. Nie miałam pojęcia, że wyjdzie ich tak wiele. Odbudowałam siebie po ośmioletniej demolce i dotarło do mnie, że moje życie nie jest skończone. Z takim przekonaniem przyszłam na terapię. Wybaczyłam sobie wiele błędów, pogodziłam się też z wieloma stratami i sytuacjami z przeszłości. Zbudowałam granice, które pozwalają mi na asertywność i dzięki którym wiem, kogo bronią. Wiem, że granice stawiam sama i wreszcie nauczyłam się żyć własnym życiem i podejmować własne decyzje bez panicznego lęku, że komuś się one nie spodobają. Odcięłam pępowinę i naprawiłyśmy dość trudne relacje z moją Mamą. Dziś aż trudno mi uwierzyć, że kiedyś mogłyśmy żyć inaczej.

Od czasów ze zdjęcia zdążyłam znacznie przytyć i mimo, że jestem skrajnie niezadowolona z tego faktu, czuję się o niebo lepiej ze sobą teraz, niż wtedy, gdy ważyłam mniej. Waga nie jest żadnym wyznacznikiem tego, kim jesteśmy. Wszystko dzieje się w głowie. 

Waga o mnie nie świadczy, ale świadczy o tym, że coś jest nie tak

Czy pisałabym lepiej, gdybym była szczupła? Czy byłabym wydajniejsza w pracy? Czy byłabym bardziej interesującą rozmówczynią? Czy zwiększyłabym swoją inteligencję lub błyskotliwość? Czy nagle stałabym się "lepsza" od grubej wersji mnie? Czy ludzie lubiliby mnie bardziej, bo byłabym szczuplejsza? Nie.

Zrozumienie tej prostej rzeczy diametralnie zmieniło moje życie na lepsze i dlatego teraz ze sobą czuję się lepiej.

Zaczęłam jednak naprawdę czuć się źle z powodu braku kontroli nad jedzeniem. O ile potrafię nie katować się poczuciem winy z powodu częstego obżerania się, tak bardzo wykańcza mnie obsesyjne myślenie o jedzeniu. Cytując mój dawny tekst, obsesyjne myślenie o jedzeniu wygląda tak:

Zaczniesz odczuwać olbrzymi dyskomfort, kiedy wracając z pracy do domu będziesz miał absolutną autostradę myśli skoncentrowanych TYLKO wokół tego, za ile minut i pieniędzy będziesz w stanie zjeść olbrzymi posiłek. Układasz menu. Makaron, coś do makaronu, ale ważne, żeby było tłuste. Cola zero, bo tą z cukrem się zasłodzę, a wolę słony smak. Jak zgłodnieję, a stanie się to prędko, zje, dokładkę makaronu, albo chrupki. A chrupki są suche, więc popiję je zupką chińską. Ale chrupki nie pasują do zupki, więc może zupka i tosty? Ok, na drugie zupka i tosty. Chrupki na deser. Przed snem wciągnę najwyżej to, co zostanie. Rano będzie cię boleć głowa i kręgosłup. Będziesz spuchnięty na twarzy, bo sól zatrzyma całą wodę z coli, którą wczoraj w siebie wlałeś. Brzuch będzie wyglądał, jak w 5-6 miesiącu ciąży (i nie, nie jest to przekłamanie), więc znowu się zestresujesz tym, że będziesz źle wyglądać. Że wszyscy ludzie będą wiedzieć, co wczoraj zrobiłeś, że zjadłeś zapasy na kilka dni osoby z normalnym apetytem. Z podziwem i zazdrością będziesz patrzeć na znajomych, którzy jedzą śniadanie, obiad i kolację, w dodatku składającą się z umiarkowanych porcji, owoców, warzyw, ziaren, dobrych wędlin, mięs, ryb… Zaczniesz jeść sałatki, które pokochasz, bo są wybitnie dobre. Proste? Byłoby proste, gdybyś nie jadł porcji dla sześciu osób, a w nocy nie budził się spocony z głodu i powstrzymując się od pójścia do lodówki, przez dwie godziny bił się z myślami.

Możecie teraz mi doradzić, że wystarczy mniej jeść, zastępować produkty kaloryczne tymi mało kalorycznymi. Ruszać się i czerpać przyjemność z ruchu. Znaleźć sobie jakieś hobby i nie myśleć o jedzeniu. Zgodzę się z Wami w każdym punkcie. Co więcej, powiem Wam, że już to robię. To jednak wcale nie rozwiązuje problemu.

Nadwaga to nie problem - to skutek problemu

Moje życie nie koncentruje się wokół pracy, mojego hobby, czy bliskich mi osób. Czy to znaczy, że olewam te najważniejsze sfery mojego życia? Nie, jestem na nich bardzo skupiona i oddana im bezgranicznie. Problem polega na tym, że zdecydowana większość moich myśli skoncentrowana jest na jedzeniu.

Co zjem, kiedy zjem, czy będę mieć co jeść, że brakuje mi jedzenia, co mogę zjeść, by odczuć radość lub spokój, jak połączyć jakąś inną aktywnosć towarzyską z jedzeniem, czy ktoś zauważy ile już zjadłam, czy ktoś mi zwróci uwagę, że zniknęło pół lodówki i jak zniosę to, że po sycącym obiedzie za chwilę będę chciała zjeść drugi? Kto to w ogóle zrozumie?

Na co dzień zachowuję zimną krew - rzadko zdarza mi się panikować i wyolbrzymiać problem, dość szybko znajduję rozwiązania, ufam sobie w kwestii zaradności życiowej i mogę na sobie polegać i pozwalać bliskim polegać na mnie. Daje mi to dużo satysfakcji i bardzo buduje poczucie własnej wartości. Ma to jednak, moim zdaniem, swoją cenę.

Myślę, że te dziesięć lat temu doskonale nauczyłam się radzić sobie z najtrudniejszymi momentami kojąc się jedzeniem. Pamiętam, że w najbardziej burzliwych momentach mojej studenckiej tułaczki, spokój odnajdowałam w kuchni, w której ktoś mi, albo ja komuś przygotowywałam jedzenie. Stres w pracy rozładowywałam potężnymi kolacjami. Brak bliskiej osoby i samotne wieczory wypełniałam wielogodzinnym przeżuwaniem szmuglowanych do pokoju przekąsek. Na jaką nagrodę najlepiej zareaguję? Na pyszną kolację. Jak lubię celebrować ważne momenty? Gromadząc się wokół stołu. Jak najchętniej spędzałabym wieczory? W domu, jedząc.

Coś kiedyś poszło nie tak i jedzenie stało się dla mnie smoczkiem, którego nie chcę wyrzucić. Połączyłam je z poczuciem bezpieczeństwa i rozładowywaniem emocji tak bardzo, że zamiast przyjemności, jest dla mnie przekleństwem. Życie w tej zależności mnie zdeformowało i stale deformuje.

Zmieniłaś się

Ostatnio pobiłam swój kolejny rekord wagowy. Nie pierwszy raz zresztą, ale tym razem to coś więcej, niż cyferki na wadze. To bardzo złe samopoczucie fizyczne, to mnóstwo ciuchów, w które się nie mieszczę, to margines skóry wokół twarzy i permanentny drugi podbródek. To ten słynny brzuch, który stał się już fizycznie przeszkadzającą fałdą skóry. To problem z kupnem sukienki w sieciówce.

Przekroczenie pewnej bariery spowodowało u mnie absolutnie przełomową decyzję, czyli zapisanie się na treningi. Największym dla mnie zaskoczeniem był fakt, że naprawdę się przełamałam i poszłam na pierwsze zajęcia, na których mimo wielu niepowodzeń i być może nieco żenujących sytuacji, wykonywałam wszystkie ćwiczenia prawidłowo i do końca. Czerpię z treningów przyjemność, o którą nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewała.

Zmiana już się dzieje, wiem, że treningi zostaną ze mną na stałe, lada dzień wdrożę do nich dietę. Jestem szczęśliwa, że bez ściemy mogę powiedzieć, że uprawiam sport regularnie, że moje buty do biegania są w użyciu, jestem dumna piorąc trzy razy w tygodniu mój sportowy stanik i ciuchy. Wiem też, że mój problem cały czas ze mną jest i nie drgnął z miejsca.

Nierozwiązany problem nie zniknie

Skoro tak świetnie znam swój problem, skoro mam wreszcie wewnętrzną motywację do tego, by się fizycznie naprawić, powinnam uderzyć weń kompleksowo. Dieta, ćwiczenia i regularne badania pomogą mi pewnie zdobyć upragnioną sylwetkę, ale raczej nie zmienią mojego myślenia o jedzeniu. Być może po prostu zamiast kabanosów, będę obsesyjnie myśleć o awokado i jarmużu. A ja nie chcę obsesyjnie myśleć o niczym.

Przez ostatni tydzień nieśmiało wpisywałam w Google różne hasła. Zaburzenia odżywiania, objadanie się, napady obżarstwa, kompulsywne jedzenie. Czułam się rozczarowana sobą. Bo przecież pomyślnie ukończona długoletnia terapia, dziesiątki ułozonych spraw i rozwiązanych problemów, a ten jeden, wciąż ma się świetnie i ogranicza mnie w coraz większym stopniu. To jak to w końcu jest - sukces, czy nie?

Bez wątpienia sukces. Mam przecież jednak świadomość, że życie to proces, a więc nie ma tu jednej mety do przekroczenia. Po zakończeniu mojej terapii, zaczęłam dużo czytać na temat psychoterapii, by zrozumieć, co zaszło w moim życiu i żeby odpowiedzieć też na wiele Waszych pytań, usystematyzować wiedzę o różnych metodach, a także pomóc Wam wybrać odpowiednią dla siebie. Pamiętam też, że o swojej metodzie przeczytałam same dobre rzeczy, że jest skuteczna, bardzo dogłębna, ale przeczytałam też, że nie nadaje się leczenia uzależnień.

Pamiętam, że czytając to zaśmiałam się w głos, bo wyobraziłam sobie faktycznie uzależnioną osobę, która podejmuje się terapii psychodynamicznej i wychodzi po sesji ściorana, przeorana i wywrócona na drugą stronę. Nie uciekniesz po takiej dawce emocji w bezpieczne dla siebie miejsce? Ja uciekałam, choć, gdy zdałam sobie sprawę z problemu, starałam się to kontrolować.

Na terapii poradziłam sobie ze sobą, ale została ta jedna jedyna rzecz - nałóg, który mnie spala. Naprawdę chcę się go pozbyć i świadoma swojej słabości i bezradności, idę po pomoc.

Czy to porażka?

Od razu tak sobie pomyślałam. Bo kto "normalny" zapisuje się na terapię niedługo po ukończeniu poprzedniej? Tyle, że na poprzedniej nie zajmowałam się tym konkretnym problemem i schorzeniem. Zajmowałam się całym wachlarzem mechanizmów, odszukiwaniem siebie, budowaniem swojego poczucia wartości, rozumieniem swoich potrzeb, odróżnianiem tego, co moje, a co pochodzi od innych, uświadamianiem sobie swoich problemów i słabości, oraz radzeniem sobie z nimi. Terapia uratowała mi życie i pomogła mi odzyskać siebie, więc idę po sprawdzone rozwiązanie. 

Pisząc ten wpis, bardzo się stresuję tym, jak odbierzecie jego przekaz. Przez ostatnie lata pokazywałam Wam, jak wygląda walka o siebie i że można sobie poradzić z własnymi demonami. Zakończyłam z powodzeniem proces ogarniania siebie i wielu z Was dałam nie tylko nadzieję, ale dowód na to, że życie można zmienić, że siebie można zmienić. Nie chcę, byście pomyśleli teraz, że ten sukces został odtrąbiony za wcześnie, lub że znów gorzej się czuję, albo że nie mogę żyć bez terapii.

Czuję się bardzo dobrze i pewnie właśnie dlatego mam tak olbrzymią chęć i siłę, by rozwiązać ten przykry dla mnie problem raz na zawsze. Mam kochającą rodzinę, wspaniałego i wyrozumiałego partnera, który mnie akceptuje taką, jaką jestem. A nie chcę być tyjącą w oczach, jedzącą kulką. 

Osiągnęłam stan, w którym pragnienie zmiany nie wynika ze strachu przed utratą, nie jest warunkiem postawionym przez kogoś, ani szantażem. Osiągnęłam ten stan i spokój, w którym ja - Justyna - chcę iść dalej i jestem gotowa na kolejne starcie z samą sobą.

Teraz działam holistycznie i w zgodzie ze swoim zdrowiem: dbam o to, co jem, dbam o to, by się ruszać i dbam o to, by głowa potrafiła to sobie wszystko dobrze poukładać raz, a dobrze i nie niszczyła po raz kolejny efektów ciężkiej pracy. Myślę, że będzie to niezwykłe przeżycie, bo startuję z dużo lepszej pozycji. 

Trzymajcie kciuki za tę drogę.

Podobne wpisy

  • Trzymam mocno za Ciebie kciuki i wierzę, że Ci się uda!
    a od siebie napiszę, że to jest tekst, jaki bym pisała jeszcze rok temu. Rok temu tkwiłam w tak beznadziejnej sytuacji, że nawet nie wiem jak to napisać, ale skutki było dokładnie takie jak u Ciebie. Plus jest taki, że z tego wyszłam. :) Życie wróciło na dobre tory i zaczęło mieć dobry smak, a z wagi zleciało bardzo, bardzo dużo. ps. polecam interwały i budowanie mięśni, działa wspaniale na samopoczucie i przyspiesza metabolizm jak rakieta. :) Trzymaj się i powodzenia.

    • Kinga, bardzo Ci dziękuję za ten komentarz! Chyba właśnie robię, to, o czym mówisz. Mam trening siłowy, reanimujemy moje zastane mięśnie i chociaż chodzę potem jak kulawa kaczka, mam potem mnóstwo energii :)

      • super! :) zobaczysz, z czasem wszystko wejdzie na to miejsce, na jakim powinno być. :-) a kulawe kaczki są super, ja osobiście bardzo lubię jak czuję mięśnie, to taki ewidentny znak dobrej roboty.
        ja Tobie dziękuję za ten tekst, bo przez bardzo długi czas myślałam, że tylko ja mam takie odjazdy. a o tym chyba jednak trzeba mówić, bo jest nas więcej i mówiąc o tym, można sobie pomóc. podziwiam też za odwagę w publikacji czegoś tak osobistego. ja nawet i o swojej drodze bym chciała napisać, ale jeszcze do tego momentu nie dojrzałam. ;-) może w grudniu na podsumowanie roku się odważę. :)

  • Marta

    Bardzo, bardzo Cię podziwiam i nieśmiało bym nawet napisała,że jestem dumna z Ciebie (choć nie wiem czy to tak mi wolno , bo nie jestem nikim „lepszym” ;)). Na tym właśnie polega świadome życie, tak je sobie właśnie wyobrażam. Nie na instagramowym otoczeniu i pompach tęczy a na procesie zmian i doświadczania. Dla mnie jesteś wzorem bez dwóch zdań. Tak ogólnie. Ślę moc dobrej energii, bo Ty mnie w nią właśnie wyposazylas :)

  • Magda

    Zaczynalam podobnie. Kopenhaską pamietam jako przełom. Przerabiałam wiele diet, ale ta była zdecydowanie najgorsza. Kompulsywne objadanie się też nie było mi obce. Tym bardziej podziwiam za wpis, bo sama nie umiałam się do tego przyznać. Silna z Ciebie babka! Dasz radę Justyna! Trzymam kciuki.

    • Bardzo dziękuję! Czy to znaczy, że problem masz już za sobą?

      • Magda

        Nie dopada mnie on z taką wzmożoną siłą jak kiedyś, ale to był koszmar… szczerze współczuje wszytskim, którzy przez to przeszli/ przechodzą.

  • Trzymam kciuki. Zrozumieć siebie i starać się zmienić to co nas psuje, to najważniejsze.

  • Po tym jak pomyślałam, że w końcu ktoś opisał moje zaburzone relacje z jedzeniem, pomyślałam, że chciałabym z tobą coś zjeść :D
    Mocno trzymam kciuki za terapię i jestem ciekawa kolejnych wpisów na ten temat.

    • Haha! Jestem ciekawa, czy „po” (jeśli „po” uda się osiągnąć), będę zdrowo potrafiła myśleć o jedzeniu ze znajomymi :) Swoją drogą, gdybym nie zaczęła treningów, to idąc za Twoim przykładem, zaczęłabym post Dr. Dąbrowskiej :)

  • Monika

    powiem Ci szczerze, lubię Cię i regularnie czytam Twojego bloga, ale zastanawia mnie od jakiego czasu trwa ta Twoja ćwiczeniowo/jedzeniowa przemiana, żeby ogłaszać to wszem i wobec na blogu. obawiam się, że jeśli kolejny raz odniesiesz porażkę, tym bardziej będziesz się katować myślą, że coś, co oznajmiłaś publicznie prysło jak bańka mydlana przez Twoją niekonsekwencję. naprawdę jest Ci to potrzebne w tym momencie? napisałaś to dla siebie czy żeby komuś coś udowodnić?

    mam nadzieję, że nie odbierzesz mnie złośliwie, kibicuję Ci, ale ja po prostu jestem zwolenniczką kontrolowanej euforii co do długoterminowych planów.

    • Hej, to bardzo dobry komentarz. Pozwolę sobie odpowiedzieć na niego od końca. Nie napisałam tego tekstu po to, by komuś coś udowadniać, tym bardziej, że nie udowadniam w nim nic. Między innymi napisałam go z takiego samego powodu, z jakiego piszę wszystkie teksty, czyli dlatego, że chciałam o czymś powiedzieć. Głównie jednak dlatego, że czuję się odpowiedzialna za to, co piszę i robię tu na blogu. Nie chciałabym, żeby któregoś dnia ktoś dowiedział się (a świat jest baaardzo mały), że Justyna Mazur, która pisała o sukcesie zakończonej terapii, chodzi do psychoterapeuty w Warszawie. Gdyby ten blog nie był o walce ze sobą i o siebie, pewnie nie poruszałabym tego tematu ani na tym etapie, ani pewnie wcale.

      Ten tekst nie jest o tym, że odnalazłam sposób na siebie, bo od dwóch tygodni jem sałatę. To jest tekst mówiący o tym, że jeśli coś nam nie pasuje w życiu, to niezależnie od tego co mogą pomyśleć inni, możemy wprowadzać zmiany. Krótki poradnik zawsze był zapisem mojej drogi do tego, by uporządkować ważne dla siebie sprawy, a porażki i niepowodzenia też są w tą drogę wpisane.

      W swoim życiu przeszłam dwuletnią intensywną i rygorystyczną terapię i byłam w niej bardzo konsekwentna, więc nie boję się porażki na tym tle. Ale nawet jeśli założymy najczarniejszy scenariusz, to czy to nie będzie lekcja dla wszystkich?

  • Oliwia

    Absolutnie nie ma potrzeby zamartwiać się, że wskakujesz z jednej terapii w drugą – moim zdaniem nic w tym nienormalnego. Na pierwszej załatwiłaś dużą część swoich problemów, druga dotyczy już zupełnie innego. To tak, jakbyś najpierw leczyła się do kardiologa, a teraz musiała zadbać o inną część swojego ciała i zapisać się do dermatologa czy okulisty. :) Może właśnie tak musiałaś to zrobić – nie wszystko na raz, tylko po kolei – żeby móc poświęcić się każdemu etapowi na 100%. Czasami trzeba zająć się najpierw pilniejszą sprawą i odłożyć rozwiązywanie innego problemu na później, żeby być w stanie rzeczywiście go rozwiązać, a nie tylko próbować załatwić wszystko na raz. Ja w mojej drodze do zdrowia – psychicznego i fizycznego – też już wyznaję taką zasadę (po latach błądzenia i wybierania złych metod, przez które było ze mną tylko co raz gorzej i gorzej). I chociaż jeszcze długa droga przede mną, to nie czułam się tak dobrze od lat. :)
    Powodzenia, trzymam za Ciebie kciuki!

    • Doskonałe porównanie, aż mi go teraz w tekście brakuje :) Wyróżniam Twój komentarz, by dopowiedział tekst!

      Wydaje mi się, że ludzie często traktują terapię, jako rozwiązanie wszystkich problemów świata, a to właśnie nie tak działa. Gdybym nie odnalazła swojej drogi, zapewne rozwiązywanie problemu jedzeniowego byłoby duuużo trudniejsze, o ile nie niemożliwe. W odwrotną stronę widzę zdecydowanie większe szanse, a właściwie nie widzę przeszkód, które miałyby stanąć na mojej drodze.

      • Oliwia

        Bardzo mi miło. :)
        Też tak uważam, terapia ma pomóc się odnaleźć i pomóc załatwić sprawy, które samemu trudno jest ruszyć. Dlatego jeśli człowiek nie chce, to nie da się zrobić nic za niego, trzeba się ostro napracować. W końcu terapia to nie magiczne zaklęcie, które zadziała mimo wszystko; nie można usiąść na fotelu i powiedzieć „no, to jak stąd wyjdę, mam być naprawiona.”
        I zdecydowanie ta kolejność wydaje się najlepsza, najpierw dogłębnie się zrozumieć, znaleźć przyczynę takich problemów, jak te z jedzeniem i wtedy się nimi zająć, bo tak jak napisałaś – to skutek wcześniejszych problemów, sposób na odreagowanie. Gdyby podejść do tego ze złej strony i próbować tylko zaleczyć, po jakimś czasie wszystko by wracało. Trzeba odciąć źródło. ;)

  • Justyna, bardzo Ci kibicuję. I uwierz mi, choć pewnie będzie to trudne, zwłaszcza, że się nie znamy, że Twoje sukcesy cieszą mnie tak, jakbyśmy się się właśnie znały. Zasługujesz na same fantastyczne rzeczy w życiu i to niezwykłe, że właśnie zaczynają się dziać.
    Trzymam mocno kciuki za Ciebie na tej drodze, o której odważyłaś się nnapisać i wiem, że wszystko skończy się świetnie!

  • Tekstualna

    Trzymam mocno kciuki!!! <3

  • Asia

    <3

  • Anna

    dobrze, że znowu więcej piszesz, jesteś potrzebna.

  • Kilda Winguk

    Przejrzałam Twoje zdjęcia i powiem Ci – jesteś piękna. Masz prześliczne rysy twarzy, zazdroszczę.
    Wiem, że ciężko walczyć z takimi, złymi, sposobami rozładowywania stresu, więc mocno trzymam kciuki :)

    • Bardzo dziękuję za te miłe słowa, to kwestia dobrych genów po rodzicach :) Mam nadzieję, że się ogarnę z tymi rozładowywaczami!

  • Rozumiem Cię. Może nie przeżywam tego w takim stopniu jak Ty, ale dostrzegam, że jest to jedna z najtrudniejszych form uzależnienia do pokonania. Alkohol, narkotyki, seks, Internet można odstawić, jedzenia nie.

    Dla mnie to forma ucieczki w sytuacji, kiedy czuję, że brakuje bezpieczeństwa, a inne rzeczy nie układają się tak, jak nie mają. Albo jak myślę, że z jakimś problemem zostałem sam. Normalnie raczej o tym nie myślę. Pozwolę sobie podzielić moim tekstem, który kiedyś o tym napisałem: http://bit.ly/2ejDRwp

    Wiesz, Justyno, odważna jesteś, że o tym mówisz i że potrafisz. Dziękuję.

    • Ja także gratuluję Ci odwagi, Rafał. Cieszę się, że tu zaglądasz.

  • Ewa

    Super jestes mega mądra i rozsądna dziewczyna:) warto walczyć ze swoimi słabościami, a pójście na terapie nie jest porażka tylko oznaka dojrzałości i chęcią zwiększenie jakości zycia:) w naszym kraju pokutuje jeszcze przeświadczenie ze psycholog, terapeuta sa dla ludzi mocno zaburzonych a nie ” normalnych” pozornie radzących sobie…trzeba mieć dużo odwagi i samoświadomości, zeby szukać pomocy w gabinetach:) pisze to troche z perspektywy psychologa, a troche z mojej własnej, osobistej;) sama marze o terapii, zeby pożegnać stare demony i żyć pełna piersią:)tylko poki co finanse mnie blokują;) trzymaj sie Justyna i walcz! Wolny umysł to największa nagroda za włożony wysiłek:) pozdrawiam Ewa:)

    • Ewciu, czy Ty przypadkiem kiedyś do mnie nie pisałaś maila? :) Całuję mocno i trzymam kciuki za Twoje marzenie!

  • Aga

    Hej, czy to będzie terapia poznawczo-behawioralna? Sama jestem po psychodynamicznej, w Twoim tekście odnajduję cień własnej historii i bardzo poważnie myślę właśnie o takiej kontynuacji, z tym że tym razem poprzez wdrażanie konkretnych metod radzenia sobie z nałogowym myśleniem. Tym razem mniej grzebania, a więcej działania, cholera. Trzymam kciuki i czekam na update! :)

    • Hej Aga! Dokładnie tak. Przy czym jestem absolutnie pewna tego, że poprzednia terapia i metoda była dobrana prawidłowo. Nie wyobrażam sobie, żebym poznawczo-behawioralną metodą doszła do punktu, w którym byłam, gdy kończyłam terapię psychodynamiczną. To grzebanie było mi bardzo potrzebne, choć bywało męczące. Teraz dokładnie tak jak to napisałaś: chcę działać, a w takim oduczaniu się pewnych nawyków nie ma lepszej terpaii od poznawczo-behawioralnej :)

  • Milena

    Trzymam za Ciebie kciuki. Uważam Twoją decyzję o pójściu na drugą terapię za bardzo mądrą i odważną.;-) To bardzo dobrze, że masz tak dobrą w moim odczuciu samoświadomość :-)

    • Bardzo dziękuję! To chyba najlepszy efekt poprzednich zmian – samoświadomość to niesamowite narzędzie, które jeśli się zyska, wątpię, by można je było stracić.

  • <3

  • Rafał Jackowski

    Trzeba pracować nad swoją silną wolą, to podstawa:)

  • Małgorzata

    Dziękuję Ci za ten wpis. Jestem w podobnej sytuacji. Trafiłam tutaj i poczułam zrozumienie. Szukam wsparcia, ale nie wiem do końca gdzie mogłabym je znaleźć. Mam 22 lata, od 3 leczę się na depresję, jestem po półrocznej terapii na oddziale otwartym. Teraz chodzę na terapię indywidualną raz na dwa tygodnie. Kiedyś ważyłam 67kg, potem w chorobie schudłam do 45kg, gdy czułam się lepiej waga wahała się między 48 a 50kg. Przestałam się objadać, nadal miałam obsesyjne myśli związane z jedzeniem, ale nie było już kompulsji. Jednak od kilku miesięcy wszystko wróciło, co prawda nie ma to takiego nasilenia, jak dawniej, ale przytyłam 6kg. Wiem, że mój problem z jedzeniem był zawsze przy mnie, na jakiś czas udało mi się go zagłuszyć, ale wrócił. Teraz chcę się z nim pożegnać na dobre. Czuję, że tym razem może mi się udać, bo mam większą samoświadomość i bardziej lubię siebie. Moja terapeutka sugeruje, że moje napady mogą być też związane z tarczycą…Nie wiem, co o tym myśleć, tarczyca czy psychika a może jedno i drugie. W najbliższych dniach zrobię badania i się okaże, choć już teraz wiem, że z jedzeniem nie jest w porządku, skoro tyle o nim myślę. Od dziecka posiłek był dla mnie doświadczeniem emocjonalnym, często jadałam razem z tatą, były to jedne z niewielu momentów, kiedy czułam jego bliskość. Tata zmarł w 2012 roku a mój stosunek do jedzenia nie uległ zmianie. Wiem, że razem łatwiej dlatego czekam na kontakt od osób z podobnymi doświadczeniami i nie tylko. Pozdrawiam, Gosia (malgosia18@opoczta.pl)

  • Kinga

    Hej. Troszkę się identyfikuję z twoim postem, a troszkę nie. Przede wszystkim absolutnie rozumiem stan, który opisałaś jako obsesyjne myślenie o jedzeniu, choć może ja nie tak bym go określiła. Taki stan łączyłam w swoim przypadku z burzą hormonalną wieku ok. 16 lat oraz silnymi przejawami depresji młodzieńczej. Jako dziecko nie byłam ani otyła, ani nie byłam niejadkiem, i taka też byłam jako nastolatka, aż nagle nie zaczęłam swojego czasu wolnego wypełniać jedzeniem. Nie mam chyba co opisywać, bo widzę, że doskonale wiesz, co to znaczy. Ale nie myślałam o nim obsesyjnie, nie planowałam nic. Najpierw dojrzewanie samo w sobie, a potem dość długi epizod depresyjny sprawiły, że jedzenie zaczęłam traktować jako ucieczkę – najprawdopodobniej uzależniłam się od uczucia „szczęścia”, którego nie umiałam sobie zapewnić w inny sposób. Po prostu jadłam, szłam do lodówki, wyciągałam, co w niej było, i jadłam, głównie w nocy. Urosłam w oczach, chyba z 8 czy 10 kg w pół roku, więc i do wszelkich zmartwień doszły jeszcze te związane z poczuciem winy i niechęcią do własnego ciała. Jak do niczego nie mogłam się zmotywować, tak i również do nałożenia sobie ograniczeń, do zmiany diety.
    Pierwszą prawdziwie owocną dietę odchudzającą utożsamiam z momentem wyjścia z depresji. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że myśli depresyjne zastępowałam po prostu obsesyjnym myśleniem o diecie, o kaloriach, ćwiczeniach i postępach. Chudłam zdrowo i bez głodówek, pierwszy raz w życiu nabrałam formy od biegania codziennie (bieganie miało dla mnie efekt terapeutyczny w stosunku do rozchwiania emocjonalnego, przez które przeszłam). I tak też schudłam 10kg i na studniówce wyglądałam jak królewna. Poczułam się znów wolna od depresji, zadowolona z siebie. Poczułam moc, jaką daje akceptacja swojego wyglądu. Dostrzegałam, jak ludzie widzą tą moc emanującą ze mnie. Wiedziałam, jak ona wpływa na mój charakter i samopoczucie. Dietę trzymałam kolejne pół roku, już trochę mniej restrykcyjnie, ale efekt jojo nie nastąpił. Byłam nową sobą i w kwestii charakteru taka jestem do dziś.
    Efekt jojo pojawił się dopiero rok po rozpoczęciu diety, gdy poszłam na studia. Przez kolejny rok odchudzałam się i ćwiczyłam 2 lub 3 miesiące, aby przez następny miesiąc zatapiać się w rozpuście w domu rodzinnym i pozwalać sobie na wszystko, bo to tylko miesiąc ferii (studiuję za granicą i ciężki przeskok na emigrację wiązał się również z oddaleniem od dobroci polskiej kuchni). I tak sobie tyłam 5-6 kg, aby za chwilę znów to zrzucić. I tak 2-3 razy. Jak się można domyślić, mój metabolizm zwariował zupełnie, ale kompletną sieczkę zrobiłam z niego w wakacje po pierwszym roku. Wpadłam w taki ciąg alkoholowy, że alkohol zastępował mi jedzenie, a ciągłe imprezy odciągały umysł od pustego żołądka. Mój organizm zaczął traktować puste kalorie z wódki, piwa i słodkich napojów jak pożywienie i gdy wreszcie pozwoliłam sobie na tydzień grzesznego jedzenia (jeden tydzień!) zamieniałam się w kulkę.
    Wtedy się zaczęło. Po powrocie na studia usilne starania, aby te nagle przybrane kilogramy zrzucić. Ale mój organizm odkładał każdą kalorię na zapas w postaci tłuszczu – chyba bał się, że znowu zrobię mu to, co w wakacje. Zaczęło się od niewinnych uczt z przyjaciółką. Cały tydzień biegałam i jadłam ledwie po kilkaset kalorii, a w weekend napadał mnie zły humor, szłam wieczorem do sklepu i kupowałam pełną torbę słodyczy, a do tego zamawiałyśmy obleśnie tłustą pizzę, i jadłyśmy to wszystko. Albo stawałam przy lodówce lub szafkach i wyjadałam garściami lub łyżeczką wszystko, co tam znalazłam. Potem siebie za to nienawidziłam. I tak co tydzień. Po kilku miesiącach uświadomiłam sobie, że najprawdopodobniej moje odchudzanie zamieniło się w zaburzenie odżywiania – w regularne napady głodu, po których następowały dni głodówki i ćwiczeń. Tyłam. Czułam, że w moim życiu wszystko się układa, a jednak tak pozornie nieistotny jego aspekt jak jedzenie nie daje mi spać po nocach. Czułam się winna i bezradna.
    Nie chcę ci dawać rad, co konkretnie miałabyś robić, ale opiszę szybko moment, do którego doszłam po kilku miesiącach walki z zaburzeniem. Mam 21 lat i jem normalnie. Kilka posiłków dziennie, nigdy wieczorem. Odmawianie wieczorem nie kosztuje mnie dużo wysiłku, jest to kwestia praktyki. Podobnie jak wbudowanie sobie w głowie mechanizmu obronnego przed jedzeniem niezdrowym i pustym w wartości odżywcze, jak i również przed ograniczaniem przyjmowanych kalorii poniżej przeciętnego zapotrzebowania. Nauczyłam swój organizm, że poczucie winy i tycie po jedzenie jest znacznie gorsze niż niezjedzenie niczego. I dziwne zapotrzebowania o dziwnych porach zniknęły. Zaprzyjaźniłam się ze swoim metabolizmem. Objadam się czasem w dzień rzeczami, które mają wartości – kuchnie świata, włoska, grecka, arabska, warzywa, owoce, oliwa zawsze zamiast zwykłego oleju. Regularnie jem słodycze (to od wyrobienia w sobie tego nawyku zaczęłam walkę z zaburzeniem) – po śniadaniu lub obiedzie kupuję batonika jako przekąskę, lub czekoladę, którą dzielę się z chłopakiem lub przyjaciółką, i wliczam je do swojego dziennego „bilansu”. Zawsze pamiętam, co dziś jadłam (nie w jakiej ilości, tylko co, bo zawartość jest ważniejsza niż ilość). Staram się ćwiczyć jak najczęściej, głównie ze względu na zachowanie zdrowego i ładnego wyglądu skóry. Jedząc w ten sposób schudłam ok. 7kg w ciągu roku i jestem zadowolona jak diabli – że jedzenie przestało mieć nade mną kontrolę.
    Wiem, że taki komentarz jest raczej niczym w porównaniu do twoich wieloletnich zmagań. Osobiście uważam się za osobę o silnym charakterze i jest to dla mnie zrozumiałe, iż nie jest to cecha każdego człowieka. Poza tym, że rozumiem to, o czym napisałaś, to nie identyfikuję się z twoim brakiem motywacji do podjęcia jakichkolwiek działań przez tak wiele lat, choć w tym momencie zupełnie cię za to nie krytykuję. Jak widać z powyższego, wiem, co to znaczy stracić kontrolę, a że łatwiej (nie łatwo!) niż tobie było mi ją odzyskać, to w sumie indywidualna cecha mojej osobowości. Cieszę się, że wreszcie podjęłaś decyzję o próbie walki z tym stanem i wierzę, że ci się powiedzie i również będziesz mogła zrozumieć, jak to jest być kimś, kto wygrał z zaburzeniem odżywiania.
    Pozdrawiam.

  • Sylwia S

    Wow. Trafilam tu pierwszy raz i Twoj post mnie uderzyl. Tak pozytywnie. Zmagam sie z niektorymi problemami z tego posta. Jestes dziarska kobieta, szczery tekst i uderzajaca z niego odwaga bardzo do mnie trafiaja. Masz odwage podziekowac za to co sie udalo ale i przyznac ze czegos dalej Ci brak. Powodzenia. Dla mnie jestes MISTRZ:*

  • Klaudia Duda Augustowska

    Popłakałam się. Normalnie się popłakałam. Nawet nie umiem stwierdzić czy przez to, że tak trafnie nazwałaś i opisałaś targające mną jedzeniowe emocje czy dlatego, że po raz pierwszy odkryłam, że nie jestem sama z tym problemem. A rozumiem go doskonale, bo wiecznie się odchudzam, wiecznie dopada mnie jo-jo (bo przecież jak już schudnę, to już mogę jeść, nie?) i tak w kółko. I kręćka od tego można dostać, a i samoocenę z podłogi zbierać, bo z każdym kilogramem jest coraz gorzej. No nic. Wyżaliłam się – a Tobie dziękuję za ten post i obiecuję odwiedzać Cię częściej :)

  • Eklatekla

    Trochę czuję się jakbym czytała o sobie. Przynajmniej na początku. Ten sam wzrost, ten sam pułap wagi „startowej”. Ten sam nigdy-płaski brzuch. Nie spotkałam na swojej drodze na szczęście nikogo, kto wymagałby od mnie zrzucenia wypukłego brzucha (jest wypukły zawsze z racji wąskich bioder… a gdzieś wnętrzności muszę mieć). Nikt nigdy nie powiedział mi, że jestem gruba. Przeciwnie – caaałe dzieciństwo ciągle słyszałam, że mam więcej jeść, bo faktycznie byłam chodzącym kościotrupkiem. Dziecięca przemiana materii+niejadkowość, cóż. Ale zawsze byłam zdrowa, energiczna i niechorowita. W okresie dojrzewania ciało zaczęło się zmieniać diametralnie – rosło to i owo wszerz, ale nic wzwyż, a tymczasem koleżanki rosły wzwyż i nie wszerz, chłopcy za nimi latali, a ja zaczęłam czuć się źle. Przyszło głodzenie się. I gwałtowne chudnięcie. I euforia, podczas gdy rodzina rwała włosy z głowy i gryzła paznokcie, bo nie wiedziała jak mi pomóc, gdy ja pomocy nie chciałam i uważałam, że nie potrzebuję. Było ciężko, dla wszystkich. Po pewnym czasie udało się wmówić mojej głowie, że jeść trzeba, bo tak jak napisał kolega niżej – różne używki można odstawić całkowicie, a jedzenia nie. Zaczęłam gotować, dbać o moje żywienie, pojechałam na studia, utrzymywałam zdrową dietę i bezpieczną wagę, razem z satysfakcjonującym mnie wizerunkiem.
    Zrobiło się źle jakieś półtora roku później, gdy zdecydowałam się na antykoncepcję hormonalną.
    Rozpoczęły się napady całych wielotygodniowych okresów obsesyjnego myślenia o jedzeniu i to do tego stopnia, że w najgorszym momencie nie potrafiłam skupić się na nauce, wysiedzieć na krześle w sali wykładowej, a nawet rozmawiać z kimkolwiek. Słowa rozmówców w (jednostronnych tak naprawdę) konwersacjach odbijały się ode mnie, bo przed oczami miałam tylko jedzenie. Zasypiając myślałam o tym, co zjem rano i co do jedzenia kupię w drodze na uczelnię. Wykreślałam w głowie mapkę od cukierni do cukierni, ze spożywczakiem i budką z owocami po drodze. Ponieważ żaden z epizodów nie doprowadził mnie nigdy do stanu, w którym ktokolwiek uznałby mnie za grubą, jeśli komuś mówiłam, że mam problem, słyszałam tylko „przesadzasz, przecież nie jesteś gruba”. A ja w środku spadałam jak skalna lawina.
    Antykoncepcję odstawiłam samodzielnie. Rypnęłam tym do kosza i poczułam ulgę.
    Później razu pewnego w 3 miesiące przytyłam 14 kg z powodu rozregulowania trybu dnia w wymagającej gotowości 24h pracy, co rozwaliło mi cykl spania i uniemożliwiło planowanie posiłków. Przeskoczyłam z granicy normal/niedowaga do początku nadwagi. Ludzie tym razem coś zauważyli (to zaskakujące jak wiele musi się człowiek zmienić, by ktoś to dostrzegł. Wychodzi na to, że nikt nie zwraca uwagi na te nasze kilka cm w pasie więcej, które nam samym spędzają sen z powiek). Zauważyli, ale stwierdzili, że „nawet do twarzy mi”. Nie, nie było mi dobrze. Po odejściu z pracy, niezwykle ciężką pracą nad sobą, w rok zrzuciłam to, czego wcześniej tak prędko nabrałam. Mózg przeszedł w tryb „realizacja planu” i wszystko się udało (niestety skóra została).
    To wszystko działo się na przestrzeni dziewięciu lat (licząc problem na poziomie mentalnym, za którym nie szły jeszcze znaczące działania, to jakieś trzynaście lat). Niestety obsesyjne myśli o jedzeniu i napady żarłaczności przychodzą i dziś. Cyklicznie – przed okresem, albo całkiem „od czapy”. W ogólnym bilansie – trzymam to w ryzach. Chociaż czasem nie trzymam się w konkretnych momentach.
    Zawsze gorąco trzymam kciuki za wszystkie i wszystkich borykających się z takimi problemami. To nie jest byle co. Jedzenie nie jest łatwe. Trzymajcie się!

  • Trzymam kciuki. I naprawdę Cię podziwiam. Mam nadzieję, że masz przy sobie kogoś, kto będzie cię wspierać. Bo jedzenie i tak cię opuści i to nieładną drogą ;) A człowieka nie zjesz. Raczej. Chociaż słyszę różne głosy, że gdy ktoś narzeka na to, jak co i kiedy jem, to jego też mam zjeść ;)

  • AgaGS

    Przeczytawszy Twój wpis, zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak bardzo coś, co usłyszeliśmy iks lat temu (szczególnie w wieku nastoletnim) może odbić się na naszej przyszłości. Zwłaszcza, że na zdjęciach, które zamieściłaś, wyglądasz na śliczną i zupełnie normalnych rozmiarów dziewczynę! Ja nigdy nie miałam powodzenia wśród chłopaków, jakieś 2-3 razy w życiu usłyszałam, że jestem brzydka. Mój świat runął. Przyglądałam się jak moje koleżanki wpadają z jednego związku w drugi, podczas gdy ze mną się tylko rozmawiało, no bo jak inaczej. Doszły do tego wahania z wagą, samoocena niższa niż temperatura na Antarktydzie, późniejsze problemy z wiarą w swoje możliwości, bezustanne porównywanie się z innymi (i wychodzenie na tym negatywnie. Zawsze). Gdy poznałam mojego obecnego męża (który był też moim pierwszym poważnym chłopakiem), to najpierw pomyślałam sobie, że coś musi być z nim nie tak, że zwrócił na mnie uwagę. I mimo że jestem szczęśliwa, bo akceptuje mnie taką, jaką jestem, to i tak wiem, że moja samoocena nie jest w dobrym stanie.
    Trzymam kciuki za Twoją podróż i dziękuję za Twoje posty :)

  • amintia

    Dla mnie super wpis. Napisałaś to, co ja odczuwam w wielu tematach. Też mam coraz częściej wrażenie, że mam problem z jedzeniem. Tym bardziej, że też od około roku noszę balonowy brzuch i drugi podbródek. Walka z nawykami i przyczynami dopiero przede mną, ale czeka mnie już zaraz. Czekam właśnie na przeprowadzkę na własne mieszkanie, gdzie będę mogła bliżej przyjrzeć się temu tematowi i skupić na sobie. Bardzo chcę powrócić do tego, jak wyglądałam jeszcze niedawno. Mam nadzieję, że to jest możliwe, bo nie czuję się dobrze z sobą w wersji otyłej. Dzięki za ten wpis, bo jego szczerość jest naprawdę wartościowa i nie jesteś sama. :* Będę tu zaglądać, czytać i wspierać. Pozdrawiam

  • Gustavo Woltmann

    Naprawdę wspaniały wpis. Myślę, że może pomóc większej liczbie osób, niż sama to podejrzewasz. Właśnie taki głos jest ważny. Pozdrawiam

  • Jedzenie ma odżywiać ciało. Nie może być substytutem dobrej emocji, nie zastąpi głodu innego rodzaju. Sama nie jestem wolna od tego problemu, po części ma go chyba każda z nas , panowie też, bo to nie jest tak, że tylko panie.. Świat się zrobił taki, że co drugi teraz chodzi sfrustrowany, zestresowany, samotny i smutny. Trzymam kciuki, abyć Ty trzymała się jasnej strony mocy :) Każdy przechodzi swoją podróż, swoją transformację i każdy mimo ludzi wokół, musi dokonać jej sam.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress