Jeden powód, dla którego mam dość bycia „singielką”

11 czerwca 2015 Blog

Za jeden z życiowych sukcesów uważam uświadomienie sobie, albo zrozumienie tego, że bycie z kimś wcale nie czyni mnie lepszą, bardziej wartościową czy normalniejszą osobą. Szukałam i uczucia, i bliskości, i akceptacji w drugiej osobie tak, jakby od tego miało zależeć całe moje życie. Tak, jakby było ono bezwartościowe w chwili, w której nie mogę powiedzieć, że z kimś jestem (czyli, że jestem czyjaś). Zrozumiałam, że jedyną rzeczą, jaką mam naprawdę, to wpływ na własne życie, które ma taką samą wartość niezależnie od okoliczności mu towarzyszących. Dzisiaj jednak zdarzyło mi się popłakać z powodu mojego życia w systemie solo.

Ten akapit dopisuję już po wymyśleniu kolejnych, żeby zaznaczyć, że jednak trochę się cykam tego, że odbierzecie to za użalanie, jojczenie, marudzenie, rozczulanie się nad sobą. Z drugiej strony, prawie zawsze się cykam, że przegnę z czymś pałę i sobie stąd pójdziecie, ale w sumie, od trzech lat jakoś mi się udaje raczej Was tu zbierać, niż od siebie odstraszać, więc srać lęki i obawy. Powiem, co chcę powiedzieć.

Dzisiaj  po raz pierwszy w życiu tak naprawdę świadomie poczułam się (choć trwało to zaledwie kilkadziesiąt minut) tak ostatecznie zmęczona tym, że jestem jedyną na świecie osobą, która się o mnie troszczy. Nie mówię o takiej wpisanej w genotyp trosce wynikającej z pokrewieństwa, jak to, że wiem, że moja mama troszczy się o mnie, czy że 300 kilometrów dalej jest babcia, która się za mnie codziennie przez godzinę modli. Chodzi mi o fizyczną troskę i prawdziwe, namacalne wsparcie.

Że późno wracam i czeka na mnie kolacja. Że potrzebuję plecaka na rower, żeby wozić ważące kilka kilogramów zapięcie na plecach i ten plecak tak po prostu się nagle pojawia. Że muszę gdzieś wyjechać porannym pociągiem, więc zostaję na ten pociąg podwieziona. Że nie prosząc o to, obok pojawia się kubek z herbatą, szklanka z wodą, pokrojone w plastry, kuźwa, jabłko. Że nie będziesz, panienko, wracać sama po nocy, że nie będziesz się martwić tym, że musisz iść gdzieś sama i że czasy, kiedy szukasz wśród obcych ludzi współlokatorów do hotelu, żeby było raźniej i taniej, dawno się skończyły.

Bo ja sobie świetnie radzę z poruszaniem się po świecie, na czuja wiem jak gdzie trafić, wstaję o 4 i jadę autobusem na autobus na autokar i się nie skarżę. Czasem się wkurwiam, że muszę czekać całe trzydzieści pięć minut w mrozie na przesiadkę w transport do domu, mimo, że dom mam relatywnie niedaleko, ale z beznadziejnym dojazdem. Jestem z siebie dumna, że umiem naprawić coś w domu, pomalować ściany, pójść coś kupić do Praktikera, że umiem spoko gotować i lubię tym gotowaniem robić przyjemność innym osobom. Że sobie skręcę półkę, szafkę, że odetkam rury, że sama pojadę tu, tam, sram i owam, i że bardzo rzadko proszę kogoś o pomoc, a prawie nigdy o wyręczenie. Że jeśli czegoś potrzebuję, czy mam na coś ochotę, to muszę sama wykonać wszystko, żeby to coś zdobyć - jest to oczywiste, naturalne i proste jak drut.

Ale, no kurde, jakże by było cudownie, gdybym czasem nie musiała robić ani jednej z tych rzeczy, bo ktoś pomyślałby o mnie zanim ja zdążyłabym pomyśleć o sobie!

Jak mogłoby być cudownie, gdyby każda przysługa, o którą dziś w 9 na 10 przypadków muszę prosić, byłaby czymś normalnym i płynącym z potrzeby serca naturalnym odruchem.

Że taka praca zespołowa, granie w jednej drużynie, wspieranie się - że to wszystko jest chyba naprawdę fajne, budujące, inspirujące i rozwijające ludzi nawzajem. Że to taki, kurczę, cement, który wiele rzeczy ze sobą wiąże - taka codzienna, niepozorna odpowiedzialność za drugą osobę.

Więc teraz zrobię sobie kawę inkę, bo już naprawdę późno, spakuję się, posprzątam dom, sprawdzę jeszcze raz czy się spakowałam, nastawię budzik, sprawdzę autobusy, zapiszę na kartce, żebym przed wyjazdem kupiła sobie coś na śniadanie, bo do południa umrę z głodu. Zapiszę sobie, żebym nie zapomniała okularów, butów i majtek (zawsze zapominam o majtkach), żebym wzięła ładowarkę, podkład i żeby w torebce nie mieć więcej, niż kilogram, bo potem nienawidzę tachać ciężkiej, jak górski plecak torby przez upalne betonowe miasto. Do muszli wrzucę tabletkę, która czyści rury, zapiszę sobie jeszcze ważne rzeczy na rano i sobie pojadę. A rano już nie będę pamiętać, że mi dzisiaj czegoś brakowało.

Podobne wpisy

  • Pod każdym słowem mogę się podpisać obiema łapkami.

  • K.

    Rozumiem to bo też jestem sama i nie czuję się przez to gorsza…ale czasem faktycznie myślę ,że ktoś mógłby już być…tak po prostu żeby być z kimś i dla kogoś

  • Marta

    Ja tez jestem sama , ale to nie znaczy ze rozkladam ręce i udaje sierote , sama ostatnio gipsowalam ściany ku końcowi szło mi to profesjonalnie juz po szlifowaniu teraz malowanie , drzwi pomalowane juz chyba setna warstwa olejnicy sama opalilam do gołego drewna teraz czas na szlifowanie , pociesza mnie to ze nie jeden facet by sie za to nie zabrał i jaka satysfakcja ze robisz to sama od razu ładuje baterie

  • Dotknęłaś tym wpisem stref we mnie, które staram się najgłębiej ukrywać. Mam tak samo, lubię być sama, ale właśnie są te momenty, gdy bycie samym staje się samotnością, która doskwiera. Od tak z błahego powodu.

  • Nieśmiało zasugeruję http://www.aniamaluje.com/2014/04/jak-zdobyc-o-utrzymac-idealnego.html
    i proszę o usunięcie linka jak zobaczysz, żeby nie spamować niepotrzebnie

  • Monika Jakieła

    Malowanie, gipsowanie, nawet płytkowanie – spoko. Mycie, czyszczenie, odkurzanie – lajtownie. No ale kurdawka, są w życiu rzeczy których sama nie zrobisz. Braki, brakami – ale jakoś się w końcu uzupełnią… prawda?!

  • m0gart

    To działa w obie strony. My – mężczyźni – radzimy sobie z setkami różnych, codziennych obowiązków, niestraszne nam (przynajmniej niektórym) malowanie, gipsowanie, czyszczenie czy naprawianie. Ale mimo tego brakuje troski, czułości, drobnych gestów świadczących o tym, że ktoś o nas myśli, że komuś zależy na naszym szczęściu.

    A przy tym często zdarza się, że już mając tę drugą osobę nie doceniamy tego, co nam daje. I mówię tu zarówno o facetach, jak i kobietach. Ciekaw jestem, ile osób czytających te słowa, a obecnie stanu wolnego, rzeczywiście dbałoby, starało się i troszczyło. Po krótszej lub dłuższej euforii często ludzie wychodzą z założenia, że wystarczy tego dbania, czas zająć się innymi sprawami. A gdy coś się sypie, to nie zastanawiają się nad przyczynami, tylko po prostu przyzwyczajają się do codziennych utarczek.

    • Mądre słowa. Tak naprawdę to idzie w dwie strony. Powinno się dawać tyle, ile się otrzymuje, ale w związkach już tak jakoś jest, że po czasie wkrada się rutyna i już nie ma tego ognia, zachwytu i troski, co na początku…

  • Marta

    Pierwszy akapit bardzo tak bardzo mnie opisuje. Do końca jeszcze nie jestem wyleczona z tego myślenia o którym tam piszesz, ale mam nadzieję, że terapia na którą chodzę mi w tym pomoże. Też potrafię wszystko koło siebie zrobić, jestem Zosią Samosią, a nauczyłam się tego od mamy, bo mimo, że facet „był” w domu to nigdy nie było czasu, żeby coś w tym domu zrobić.

  • Jak napisałam kiedyś taki wpis, to mi zarzucili, że nie brakuje mi Jego, tylko sprzątaczki. Trudno widać zrozumieć, że opłacona troska jest dużo mniej warta niż taka, która płynie ze środka.

  • no marta

    rzadko mi się zdarza znaleźć taki wpis, pod którym mogę z pełną odpowiedzialnością napisać „mam tak samo”, ale dziś, tu muszę. mam tak samo.
    i zawsze zapominam ręcznika, zawsze.

  • emka

    ja też sama potrafię wiele rzeczy, których przeciętna kobieta nie robi i mimo tej samodzielności cholernie źle mi samej… i dokładnie myślę tak, jak Ty już przestałaś… uważam się za gorszą, bezwartościową, wybrakowaną, jestem niczyja a tak bardzo chciałabym być czyjaś…. jak to się stało, że teraz myślisz inaczej?

  • Elektrokardiografia Blog

    Dobrze ubrane w słowa. Szczególnie bardzo trafia do mnie stwierdzenie „Że to taki, kurczę, cement, który wiele rzeczy ze sobą wiąże – taka codzienna, niepozorna odpowiedzialność za drugą osobę.”

    Czasami patrząc na moich znajomych (nie singli) „zazdroszczę im” ( oczywiście nie z zawiścią i myślą „oby wam nie wyszło”) że maja siebie i są własnie takim zespołem. Graja w jedej drużynie i wspieraja się nawet jak coś nie pójdzie dobrze, cieszą się gdy wszystko idzie po ich myśli, mają dwie głowy do wymyślania rozwiązań i do pamiętania za siebie wzajemnie.

  • jadzia

    Absolutnie pały nie przeginasz :) Ja Ci nadal życzę księcia na białym koniu.. btw znowu tekst, który jest odbiciem lustrzanym moich mysli, jak Ty to robisz?!
    Zapraszamy częściej do Rzeszowa!

  • pozytywnieszurnieta

    Dobrze to ujęłaś. Sama nie potrafiłabym tego wyrazić słowami, chociaż zawsze gdzieś tam kręciły się podobne stwierdzenia. Warto jest być z kimś, sama świadomość tego, że ktoś się o ciebie troszczy i myśli jest cudowna. Wydaje mi się, że w miłości (szeroko pojmowanej) ważne są takie zwykłe, proste momenty codziennego życia a nie obsypywanie kwiatami i prezentami na każdym kroku (chociaż jakiś podarunek od czasu do czasu też jest miły :) ).
    Ważne dla mnie jest też żeby być szczęśliwą sama ze sobą. „Człowiek istota społeczna”- jasne, kontakt z innymi też jest bardzo ważny. Czasem zatanawia mnie postępowanie innych osób. Zauważyłam, że niektórzy moi znajomi nie potafią być przez dłuższy czas sami. Gdy są „singlami” stają się bardzo przygnębieni i zrezygnowani (nie wszyscy, ale jest kilka takich osób).Gdy kogoś spotykają i są w związku „dostają skrzdeł”. I tu nasuwa mi się pytanie: Gdybym była w takiej sytuacji, czemu miałabym uzależniać swoje szczęście od kogoś innego? Chciałabym się takim szczęściem dzielić, ale to nie znaczy, że bez kogoś powinnam czuć się „wybrakowana”. Nie chodzi mi o „pojazd” po takich osobach, ale zastanawaim się nad tym z takiego punktu widzenia. Rozumiem samotność, ale czasem mam wrażenie, że wmawia się nam (media, społeczeństwo), że jesteśmy „połówkami jabłka” i powinniśmy szukać sobie pary. Są osoby, które przez większość (albo całe) swojego życia są same i są z tego powodu zadowolone/ samotność im nie przeszkadza. I często można zaobserwować takie stwierdzenia, że „pewnie jest sam/sama, bo nikt jej nie chce”, „biedny/a, umrze samotnie”, „nigdy nie będzie miał/miała rodziny” czy podobne… Ciekawe jest, że inni ludzie tak bardzo interesują się tym co z nami się stanie i jak wygląda nasza sytuacja.
    A jeśli chodzi o twoje wpisy. Nie bój się pisać co myślisz. Bardzo lubię szczere osoby a twój blog przypadł mi do gustu. Jestem tu od niedawna, ale i tak gościsz w moich zakładkach i lubię tu często wpadać:)
    No nic. Pozdrowionka :)

    • O, trafiłaś w PUNKT z tymi osobami, które źle się czują w singielstwie. Zauważyłam jednak pewną zależność. Osoby, którym ciężko jest pogodzić się z singielstwem, są w stanie przymknąć oko na więcej wad niż ci, którzy jak to ujęłaś „nie uzależniają swojego szczęścia od innych”.

  • darciucha

    Ojeeeeej a ja mężatka z trzyletnim stażem i dzieckiem pod sercem wlaśnie sobie uświadomiłam że to ja robię te wszystkie rzeczy o ktorych piszesz dla mojego męża i rzadko zdarza się że to on pomyśli o mnie pierwszy. I nie wiem czy się rozwodzić już teraz czy jeszcze poczekać? ;)

    Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma ;)

    • uświadomić, że też byś chciała poczuć się kochana, chociaż od czasu do czasu ;)

  • Jakie to jest, kuźwa, prawdziwe.

  • Kuba

    Może jesteś zbyt dobra w byciu singlem – to autoodpowiedź na zadane Ci pytanie.
    Po co komu kucharz albo restauracja za winklem skoro gotuje wyśmienicie. Amen

  • Krystian Fiedoruk

    będziesz kiedyś zajebistą mamą! Zaradna, samodzielna, aktywna, ambitna. Życzę Tobie jedynie faceta, który nie będzie Cię blokował. Będzie rozpieszczał i wyręczał, ale będzie też wiedział, kiedy przestać! Ja dopiero niedawno to zrozumiałem w swoim związku i z bardzo samodzielnej i ambitnej kobiety, powoli zamieniałem ją w bezradną i zagubioną dziewczynkę. Na szczęście szybko się ogarnąłem. Porozmawialiśmy trochę (polecam) i teraz, dla przykładu, częściej angażuję ją w prowadzenie samochodu w trudniejszych warunkach (co czasami dość mocno przeżywam, ale jest to jedyna droga, aby była bezpieczna i wiedziała jak się zachować, jak mnie nie będzie akurat przy niej).

    krystian z jakprowadziclepszezycie.pl

    • krotkiporadnik

      No, to są dopiero mądre życzenia, dziękuję Ci bardzo. Ostatnio tak sobie myślałam, że *wydaje mi się*, że najlepiej by mi było z kimś, kto rzuca mi intelektualne wyzwanie – to mnie chyba jakoś zawsze najbardziej w związku pociągało (w sensie było paliwem, na którym jechała cała miła reszta złożona z bliskości, uczucia i lubienia się).

      I gratuluję odpowiedzialnego związku :)

  • Anka

    zawsze mnie to zastanawia. że w różnych momentach mojego życia, podczas najróżniejszych rozkmin jakimi katuję mój mózg. zawsze trefię na coś W PUNKT, że wpisuje się idealnie w mój obecny stan rzeczy. oczywiście zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że nieświadomie dopasowuje to do sytuacji i w „normalnych” okolicznościach nie zwróciłabym na to uwagi. no ale. ten tekst jest tak bardzo ! tak bardzo na miejscu!
    i mimo, ze wczoraj czytałam artykuł, że najpierw należy pokochać siebie i nie ładować się na siłę z związku w związek, że taki pozwiązkowy stan czyni nas bardziej świadomymi samych siebie….jednak! ten wpis też jest mi jakoś tak… bliski? dziękuję

    aha. i fajnie było tu trafić – zajrzę tu jeszcze !

    /anka :)

  • Dlatego czasem, zamiast myśleć, jak
    wiele Ci daje życie bez związku, pomyśl, jak wiele Ci ono zabiera.
    Jasne, że wszystko możesz robić sam, nie wyłączając z tego orgazmów. Ale
    nie przytulisz się sam ani przed, ani po. Ani również w trakcie.

    Joanna Pachla

    • krotkiporadnik

      /świetne czas reakcji/

      To prawda. W związkach zdarzało mi się potwornie nudzić, a nuda zabijała wszystko. Poza tym, kiedy zdarzało mi się również spotykać z kimś, z kim naprawdę czułam, że nic z tego nie będzie, miałam koszmary, że stoję już na ołtarzu i nie mogę się wycofać.

      No, ale. Pamiętam też wspaniałe czasy związkowe, aczkolwiek wydaje mi się, że to, do czego najbardziej tęsknię, zaobserwowałam u innych, bliskich mi znajomych.

  • migi

    Mniej więcej właśnie tak

  • Maja

    też mnie ostatnio prześladuje myślenie o tym, że nie ma tej drugiej osoby. chyba jedną z najbardziej dołujących myśli jakie mnie nachodzą, to wizja powrotów z pracy do pustego, cichego mieszkania.zamiast jakiegoś przyjemnego szmeru świadczącego o czyjeś obecności, wita mnie cisza… bez żadnej duszyczki , która by te puste wnętrza ogrzała (już nie wspomne o grzaniu łóżka) ;))

  • little suggestion

    Szkoda tylko, że większość związków opiera się tak naprawdę tylko dzięki staraniom jednej osoby. Tylko ta jedna osoba stara się o siebie i o tą drugą osobę, zazwyczaj jest to kobieta. Mnie pasuje bycie singlem, nie raz byłam już w takim związku, że to ja byłam tą osobą, która się starała, facet miał to w nosie nawet zapomniał o moich urodzinach. Nigdy też nie dostałam niczego w zamian czy z nawiązką, ale podobno chodzi o to, żeby dawać i nie oczekiwać niczego w zamian- gówno prawda związek opiera się na symbiozie. P.S. ja także szukam takiej osoby jak napisałaś wyżej, trzymam za nas kciuki.

  • Ech, no jakbym o sobie przeczytała. Zarąbiście sobie radzę w pojedynkę, ale kuźwa, czasem byłoby fajnie jednak z kimś być, kto by się zatroszczył o mnie i o kogo ja bym mogła się troszczyć :)

  • nadrabiam dziś sobie Twoje wpisy, i normalnie po tym to chciałabym Ci przesłać tony miłości!! <3

    • krotkiporadnik

      <3
      już za tydzień możemy się uścisnąć w realu :)

  • Ale ładnie to ujęłaś. Dokładnie tak samo się czuję. Bo niby wszystkim ciągle powtarzam jaka to jestem niezależna i nie potrzebuję faceta, bo sama sobie radzę, z resztą nie mam na to czasu. A z drugiej strony tęsknię za kimś kogo nie ma w moim życiu i jeszcze nie było. Czy to normalne?

    • mortalsin

      Normalne, normalne. Na pewno nie potrzebujesz faceta do bycia zaradnym za Ciebie. Człowiek spełniony i szczęśliwy to taki, który funkcjonuje sam ze sobą i jest samowystarczalny. Wtedy inni ludzie są dla nas przyjemnością, której nie możemy (bo tak to działa i już ;)) dać sami sobie. Normalnym jest tęsknić za kimś, kto pogłaszcze czy przytuli. Gorzej gdy odczuwamy brak kogoś kto zarobi, wyręczy, usprawiedliwi nasze życie, lub nada mu sens. Nawet będąc w związku trzeba wiedzieć, że się sobie samemu poradzi i nic to strasznego. To daje ogromną radość z bycia z kimś we wspólnej przestrzeni, z patrzenia w tym samym kierunku.

  • Virgo Fox

    Jakbys przelała wszystko co mam w głowie w ostatnim czasie na papier,
    Bo brakuje kgoś, kto chociażby przytuli po ciężkim dniu w pracy. Bo wracając w nocy z koncertu nie musiałabym się co chwilę obracać, żeby sprawdzić czy ktoś za mną nie idzie… czy chociażby potrzymania za rękę na spacerze… strasznie tesknie za kimś kto będzie i jednocześnie tracę powoli cierpliwość do szukania/czekania…. Lato… wakację a w sercu cholernie smutno…

  • Rozczarowana

    a ja tęsknię do bycia singielką. Jedyne czego nie żałuję to tego, że mam dziecko… W moim małżeństwie wszystko było idealnie a potem urodziło się dziecko, przestałam pracować, przeszłam na utrzymanie męża. czar prysnął. Mąż mnie docenia tego co dla niego robię, pozwala sobie na coraz bardziej przykre zachowania i generalnie daje mi do zrozumienia, że jestem od niego zależna. jakbym się nie starała to i tak jest źle. Wszystko mi opadło. Książę zamienił się w żabę. Moje wysokie poczucie własnej wartości zaczęło maleć z każdym dniem. Uważam, że jako singielka miałam mniej smutków niż teraz. jedynie dziecko mi wszystko wynagradza i nadaje sens mojemu życiu. nie spieszcie się dziewczyny z tym zamążpójściem. nie miała baba problemów to wyszła za mąż.

    • xki

      nie wiem jak duze jest wasze dziecko i czy nadal jestes na zwolnieniu, czy moze podjeliscie decyzje o tym ze zostaniesz w domu. ale moze skoro maz jest taki nieprzyjemny to warto podzielic sie obowiazkami i opieka a samej pojsc chociaz na pol etatu, na wolontariat na godzine tygodniowo? gdziekolwiek gdzie mozna uslyszec mile slowo podziekowania za to co robisz, i ewentualnie zarobic chociaz „na waciki”, ale tak zeby sie nie musiec prosic meza o kazdy grosz?
      juz samo bycie zamknietym w domu z jedyna istota z ktora raczej nie porozmawiasz o zyciu nie sprzyja poczuciu wlasnej wartosci, nie wspomne o nieprzyjemnosciach zwiazanych z byciem na czyims utrzymaniu..

  • prawie się popłakałam przez ten wpis, ale to tylko dlatego, że mam tak bardzo tak samo i czasami zdarzają się te momenty, kiedy bycie singlem uwiera, że brakuje tego kogoś, kto jest dla mnie, a ja mogę być dla niego. Pomimo całej tej samodzielności i dumy z tego, trafia się ten moment i ta myśl, że chciałoby się to oddać razem z sobą w ręce tej drugiej osoby…

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress