Inni mają dzieci, a ja mam kota

16 lipca 2015 Blog

ccl ab

Pamiętam moją pierwszą wizytę u Pani K., mojej obecnej terapeutki. Spytała, co mnie do niej sprowadza. Oprócz kilkuset zdań, które zdążyłam wypowiedzieć w trakcie wizyty, pamiętam, że powiedziałam, że czuję się tak, jakbym przejeżdżała przez piękne miasta autobusem i nie mogła wysiąść. Niby wszystko widzę, nawet słyszę rozmowy i gwar z ulicy, ale nie jestem jego częścią. Że nie należę do tego świata.

I tak, mniej więcej, wyglądała moja egzystencja, albo i podejście do świata. Nie zazdrościłam, nie zakładałam, że jestem gorsza, albo że nie należę do świata prawdziwych ludzi. Ja to po prostu czułam. Było tak: mam w końcu dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem lat, nie jestem ani żoną, ani mamą, ani narzeczoną, ani właścicielką mieszkania, lokaty oszczędnościowej. Jestem bardzo samotną, wyjałowioną osobą, która poniosła w życiu szereg sromotnych porażek. Od rzucenia studiów, utraty figury i pewności siebie, pogubienia się w sprawach uczuciowych, po stratę znajomych z czasów liceum, pogorszenie relacji rodzinnych, życie w internecie i podejmowanie bardzo złych decyzji życiowych.

Nie chcę teraz z siebie robić wariatki i się nad sobą użalać, ale chcę zobrazować (albo przynajmniej spróbować przybliżyć wam) mój ówczesny stan. W tym stanie, byłam święcie przekonana, że pod każdym możliwym względem, jestem gorsza od innych. A inni to moi znajomi, moje koleżanki, ludzie, z którymi pracowałam, pasażerowie autobusu, którym jeździłam do pracy.

Lubię się bawić i śmiać, a moi znajomi z różnych kręgów, są w stanie potwierdzić, że jestem osobą o dużym poczuciu humoru i raczej jest ze mną śmiesznie. Dlatego lubię imprezy, z drugiej strony szczerze ich nienawidząc. No bo przecież każda impreza to ewidentny dowód na to, jak bardzo nie jestem taka, jaka uważam, że powinnam/chciałabym być. Tutaj oczywiście miejsce na przymiotniki: atrakcyjna, z klasą, dobrze ubrana, powabna i  tym podobne. Miałam kilka beznadziejnych czarnych ciuchów, których zadaniem było maskowanie niedoskonałości w okolicach brzucha. Zawsze.

Kiedyś, pamiętam, zrezygnowałam z pójścia na imprezę, na którą naprawdę chciałam pójść, bo widziałam, jak moje koleżanki się na nią szykowały. Różne kolory, kombinowanie ze strojami, fryzurą, makijażem. Zawsze mnie bardzo namawiały, żebym z nimi szła, próbowały wymyślać stroje dla mnie, ale rzadko kiedy cokolwiek pasowało, a jeśli nawet pasowało, to się czułam jak przebieraniec.

Mimo tego, że dziewczyny mówiły mi, że fajnie wyglądam, że naprawdę jest super, to spośród dziesiątek korzystnych dla mnie opinii, słuchałam tylko tej jednej, wyprodukowanej przez mój Mózgowy Ośrodek Chujozy: Przecież i tak będę przy nich wyglądać jak ciotka ze wsi, albo ich źle ubrana matka. No, bo w końcu byłam aż rok starsza.

Kiedy moje koleżanki przeżywały życie, korzystały z uroków mieszkania w Krakowie, ja leżałam z kołdrą naciągniętą pod nos, w bezpiecznym zapierdziałym miejscu i oglądałam ważne rzeczy, jak na przykład dokumenty o seryjnych mordercach, seriale, seriale i jeszcze raz seriale. Gadałam na fejsie ze znajomymi,  z którymi się nigdy nie spotykałam. I patrzyłam, jak inni świetnie zarządzają swoim życiem. Prawie tak sprawnie, jak ja zarządzam dłonią, wyciągając z paczki cheetosy.

Nic dziwnego, że zaczęłam zbaczać z kursu, a moja tratwa ze słonych paluszków, którymi się obżerałam, płynęła coraz dalej od brzegu. Nawet, gdybym chyba chciała do niego przybić, to nawet nie miałabym jak zacumować, bo już nic, nigdzie mnie nie trzymało.

Wszędzie czułam się jak piąte koło u wozu. Na wakacjach z siostrą - bo jestem sześć lat starszą, nudną babą. Z moimi koleżankami - bo jestem nieatrakcyjna, odstaję towarzysko i zawsze szukam wymówek. Ze sparowanymi znajomymi - bo jedyna siedzę sama i nie mam osoby towarzyszącej. Na studiach - bo wieczna spadochroniara. W domu - bo przecież już tu nie mieszkam i jakoś się oddaliłam.

I wtedy przyszła pora na kota. Bardzo egoistyczna myśl, która zmaterializowała się w zdaniu: Chcę, żeby ktoś mnie po prostu bezwarunkowo kochał. Nawet dziś brzmi to strasznie.

I tak pojawił się Kiciuś. Śpiący zawsze zwinięty w kuleczkę za moim karkiem. Mruczący, spokojny, czekający na mnie, cieszący się na mój widok.

Było to tak cholernie pocieszające leżeć w łóżku, nałogowo oglądając wypełniacze czasu, który miałam poświęcić na rzeczywiste spotkania z ludźmi i nie czuć się już tak straszliwie samotna. Bo był Kiciuś. A Kiciuś się bawił, biegał, mruczał, dał się głaskać i się na mnie ciągle patrzył.

Pewnego dnia ciągiem oglądałam Simpsonów i trochę mnie zmroziło.

ccl a

Crazy Cat Lady - czy to już ja? Mam co prawda tylko jednego kota, ale jestem sama, robię wszystko, żeby taką pozostać w absolutnie każdym tego słowa znaczeniu i jestem coraz bardziej nieszczęśliwa, choć wmawiam sobie, że tak właśnie jest dobrze, bezpiecznie i w porządku.

Stwierdziłam, że nie warto panikować, że przesadzam i uspokoiwszy się, żyłam sobie cheetosowo-serialowym życiem przeplatanym wymianą kuwety i dosypywaniu kotkowi karmy. Ale niesmak pozostał.

Moi byli zaczęli się żenić, ich żony zaczęły rodzić dzieci. Moi znajomi zaczęli podejmować poważne życiowe decyzje, a związki, które tworzyli, nie wyglądały jak huragan Katrina.

Cóż - myślałam sobie - ktoś musi robić statystki samotnych, bezdzietnych i nieszczęśliwych ludzi. Oni mają dzieci, ja mam kota. Może nie będzie tak strasznie? Zawsze przecież mogę z tego zrobić życiową filozofię. Być socjofobem, nie lubić ludzi, trzymać się na uboczu. Wyśmiewać ludzi życiowo poukładanych: narzeczeństwo, małżeństwo, mieszkanie, dzidziuś, wspólne wakacje nad morzem, wycieczka w góry, świętowanie rocznic i walentynek. Być towarzyskim wrzodem na dupie, siedzącym z założonymi rękami, kręcącym nosem na wszystko i upijającym się w kącie na zrzędliwego malkontenta.

Tylko, że ta ścieżka kariery średnio mi odpowiadała. Pewnego dnia napisałam więc maila, w którym wzbiłam się na wyżyny formalnego języka, oficjalnego chłodu, psychologicznej niby-wiedzy pozyskanej na pierwszym roku psychologii. Mail brzmiał tak:

Dzień dobry.

Jestem 27-latką. Z samoobserwacji, której dokonałam na przestrzeni ostatnich miesięcy wydaje mi się, że potrzebuję konsultacji psychologicznej oraz prawdopodobnie - rozpoczęcia terapii metodą psychodynamiczną. Odpowiadają mi popołudnia po 17:15. Będę wdzięczna za informację, czy mogę rozpocząć terapię w Państwa ośrodku.

Z wyrazami szacunku, Justyna Mazur

W głowie zaś, brzmiał tak:

Dzień dobry,

mam dość i nie mogę siebie znieść, proszę o pomoc ASAP.

Justyna

Pan dyrektor ośrodka, do którego napisałam, odpowiedział mi po kilkunastu godzinach równie suchym i oficjalnym mailem. Co najważniejsze - konkretnym. Że w ośrodku jest Pani K., która prowadzi terapię tą metodą, a sesje ma popołudniami. Proszę zadzwonić, pozdrawiam serdecznie, pan dyrektor.

Jako, że życie składa się z setek zrywów i słomianych zapałów, postanowiłam od razu, niezwłocznie do Pani K. zadzwonić. Zwięźle, ale podle opowiedziałam w skrócie o co chodzi, po czym w słuchawce usłyszałam: Wtorek, 19:30. Zapraszam.

Podobno z mojego zwięzłego opisu sytuacji, Pani K. wywnioskowała, że przyjdzie do niej osoba o szerokości trzech krzeseł w poczekalni. Przyszłam siedemdziesięcio-ileś kilogramowa ja, nienależąca do żadnego miejsca na ziemi, niewiedząca kim jest, zbierająca certyfikaty na fajność u innych ludzi. Wiecie: Moje życie nie jest moje - i tego typu hasła.

Ale oprócz mówienia o tym, jak bardzo jest mi źle, postawiłam na absolutną szczerość. Taką, która sprawia, że siedzisz 1/8 półdupka na krześle, bo czujesz się tak niekomfortowo. Czasem leciały mi śpiki z nosa, a czasem kurwy z ust. Czasem mi się nie chciało przychodzić, czasem byłam wkurzona i zirytowana brakiem spektakularnych efektów. Czasem pięćdziesiąt minut mijało w ułamku sekundy, czasem przy dwudziestej minucie czułam się zmęczona jak po godzinie na basenie.

Dzisiaj mniej więcej wypada dziewiętnasta miesięcznica mojej terapii. Teraz z ciekawości zrobiłam sobie takie liczbo-graficzne podsumowanie tego czasu.

  • Półtora roku terapii to mniej więcej 3120 (trzy tysiące sto dwadzieścia) minut spędzonych na rozpracowywaniu siebie.
  • Półtora roku bycia pacjentką to mniej więcej czterdzieści kilka razy, kiedy układałam plany pod wizytę u Pani K.
  • Półtora roku na terapii to mniej więcej siedemnaście par moich wymarzonych czerwonych kaloszy Hunter.
  • Albo bilet tam i z powrotem do USA. Albo nowy MacBook. Albo używany, nie najgorszy miejski samochód.

Nie wygląda to jakoś przesadnie imponująco, nie? Ale kiedy spojrzę na to z innej strony...

  • Koszt jednej wycieczki do USA sprawił, że nie snuję się obżarta w dresach po domu miesiąc w miesiąc. Czasem się zdarza, ale nie częściej, niż przeciętnej osobie.
  • 3120 minut poświęconych na rozpracowywanie siebie, sprawiło, że jestem raczej asertywną osobą (wcześniej o asertywności czytałam w słownikach i czasopismach kobiecych).
  • Siedemnaście niezakupionych par czerwonych kaloszy Hunter, przełożyło się na to, że z moimi koleżankami, przyjaciółmi i znajomymi, spotykam się z przyjemnością i nie porównuję się do nich w każdym najdrobniejszym calu (np. że koleżanka Agata pije piwo przez słomkę, a ja żłopię ze szklanki - cóż za brak klasy).
  • Czterdzieści kilka przełożonych spotkań, skróconych wyjazdów, godzin spędzonych na dojazdach zaowocowały tym, że kilka razy zdążyłam pomyśleć o sobie i o konsekwencjach jakichś decyzji PRZED ich podjęciem.

Wszystkie te minuty, dni, tygodnie i miesiące, sprawiły zmianę postrzegania mnie samej przeze mnie samą tak, jak na poniższym obrazku.

Untitled-1

Oczywiście, nie byłam święcie przekonana o tym, że mam kształt porostu na pniu drzewa, ale nie miałam żadnego poczucia początku i końca. A co za tym idzie - granic. Nie wiedziałam, co jest moje, a co nie, co mi szkodzi, a co sprawia, że jest ze mną lepiej. Nie byłam w stanie zrobić żadnego planu, wytyczyć sobie celu, bo tak kierowałam swoim życiem, że oddawałam kierownicę przypadkowemu pasażerowi, a sama przesiadałam się do tyłu. A z tyłu, jak wiadomo, nie ma pedału hamulca.

Teraz, mimo, że wciąż sporo drogi przede mną, wiem, w jakiej okolicy się znajduję i nie czuję na razie przymusu zakorzeniania się dla zasady. Wiem już mniej więcej, gdzie mam granice i że mogę je stawiać zawsze i wszędzie. Jedni będą je szanować, inni będą mieć je w dupie, a ja wówczas będę mogła powiedzieć, że to nie dla mnie. Co więcej, mogę mieć oczekiwania i nawet jakieś tam mam. Niewygórowane, ale konkretne.

Piszę to dlatego, że ostatnio często zdarza mi się słyszeć od różnych osób, że czują, że powinni iść na terapię, ale wciąż coś. A to za mało czasu, a to nie da szybkich efektów, a to, że żaden psycholog swoją gadką nie zaczaruje ich życia. Być może zburzę te wszystkie wymówki wcześniejszymi wyliczeniami i opisem sukcesów oraz stwierdzeniem, że na przykład taka moja Pani K. nie mówi wiele i na pewno nie bawi się w Mateusza Grzesiaka i innych czarodziejów.

Rozumiem, że potrzebujący terapii, mogą się czuć tak bardzo odporni na tego typu świadectwa, tak, jak ja jestem odporna na kojący i zachęcający mnie do ćwiczeń głos Ewy Chodakowskiej, która gwarantuje mi i poprawę samopoczucia, i efekty, i osiągnięcie upragnionego celu. No, ale cholera, uwierzcie, że to działa. I że zmiany są na zawsze! Bonus jest taki, że w przeciwieństwie do godziny z Ewą, godzina terapii nie powoduje buraka na twarzy i ociekania potem.

Słowem zakończenia, powiem, że (przy sprzyjających homeostazie warunkach) czuję, że jeszcze mnóstwo fajnych rzeczy przede mną. Inni mają już dzieci, a ja na razie mam tylko kota.

Podobne wpisy

  • Usagi

    Dziś właśnie zapisałam się na terapię. Idealnie trafiłaś z tym tekstem i utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że to dobra decyzja.

    • krotkiporadnik

      Bardzo się cieszę! Trzymam mocno kciuki za wytrwałość i w duchu biję brawo :)

  • Świetne, prawdziwe, przeczytałem z bananem na twarzy…

    • krotkiporadnik

      Dziękuję :)

  • Paulette

    Tez chodzilam na terapie, mimo wylanych lez i rozdrapywania ran bardzo pomaga, potwierdzam. Zrezygnowalam z dnia na dzien, czego teraz zaluje. A i mam takie nieodparte wrazenie jakbym czytala o sobie :) piatka!

    • krotkiporadnik

      Piątka!
      Co do rezygnacji – ja też pewnego dnia zrezygnowałam, ale wróciłam, tyle, że zaczęłam w innym mieście więc tak trafiłam do Pani K. Ten proces, który już przeszłaś można kontynuować, takie plusy długotrwałej terapii – że nic nie ginie i nic nie przepada :)

  • Maja Swiecicka

    Mam wielką ochotę przybić Ci pionę i powiedzieć, że jesteś super i Cię podziwiam za to, że się odważyłaś przed sobą, panią K. i ludzmi z internetu przyznać się do swojej nieszczęśliwości. Dopowiem może jedno. My sobie naprawdę nie zdajemy sprawy na codzień z tego, ile osób ma takie same albo podobne problemy. Czasami jak się przyznajemy do jakiejś takiej kruchości to ku zaskoczeniu nikt nas nie wyśmiewa, ludzie się okazują ludzcy i tworzy się fajna struktura wspierająca. Tylko tej szczerości trzeba, takiej na serio, takiej jak tutaj, w tym wpisie. Piona dziewczyno. Mój pies (który zmusza do wychodzenia z domu i tym samym ratuje psyche) pozdrawia Twojego kota.

    • krotkiporadnik

      To ja przybijam wirtualną :)

      A co do tego, że nie zdajemy sobie sprawy, że nie jesteśmy sami, to wydaje mi się, że ten blog tak powinien się nazywać: „Mam tak samo jak ty”.

      • Aducha

        Moja siostra poleciła mi Twojego bloga z komentarzem, że czyta to tak, jakby czytała w większości o sobie. Po przeczytaniu kilku wpisów (tak naprawdę prawie całego bloga, bo nie mogłam się oderwać), zadzwoniłam do niej z tekstem: „Siostra, jakbym o sobie czytała”. Dziękuję, za „Mam tak samo jak Ty”:) Robisz kawał świetnej roboty.

  • Tomasz Dyrek

    Powodzenia, niech Ci nie braknie chęci :)

    • krotkiporadnik

      Dziękuję :)

  • Marta

    Caly ten tekst przeryczalam, doslownie. Lzy leja mi sie ciurkiem, a ja nawet nie wiem gdzie wsadzilam te cholerne chusteczki. Pierwsza czesc postu jest dokladnym opisem mojej osoby, dodalabym jeszcze co nie co, ale niewiele. Ja tez poszlam na terapie, pomagala mi, nie powiem, ze nie, ale musialam zrezygnowac z racji tego, ze skonczyly sie oszczednosci, a jak na razie pracy brak. Tobie gratuluje, ze udalo Ci sie zmienic podejscie. A ja co dzien trace nadzieje, ze cokolwiek sie zmieni. Juz nawet rodzice maja mnie dosc. Mojego stanu psychicznego. Ojciec to w ogole traktuje mnie jak zyciowa niedorajde. A mama juz nie wie jak ma mi pomoc.

    • krotkiporadnik

      Ciocia dobra rada mode: on.

      Z tego, co wiem, są także terapie refundowane przez NFZ, tylko, że trzeba na nie swoje odczekać. Ale myślę, że warto, bo czas szybko leci i kilka miesięcy „stania w kolejce” będą warte tego, co się uda wypracować w terapii.
      A skoro mama chce pomóc, to może mogłaby Cię wesprzeć w finansowaniu terapii (o ile wchodzi to w grę)?

      • Są, są, sama korzystam, ale od momentu, kiedy zaczęłam ją załatwiać do momentu, kiedy ją faktycznie zaczęłam minęło ponad pół roku. A jeśli chcesz na indywidualną na NFZ to ponoć i ponad rok można czekać. Tu już zależy od motywacji i tego, czy chcesz. Ja czekałam – i nie żałuję ;)

  • Krzysztof

    nie myślałaś o psie?

    • krotkiporadnik

      Umarł półtora roku temu.

  • Solith

    Hej, a mozesz powiedziec gdzie sie u Pani K. terapiujesz? Jestem z Gliwic dlatego pytam bo pewnie gdzies w okolicy :) W sumie to powinnam wrocic do jakiegos psychologa (chodzilam jakis czas temu, ale przerwalam, bo koszty mnie dobijaly…) bo jest nad czym popracowac..

    • krotkiporadnik

      Hej, jasne :) Napisz proszę do mnie na Facebooku prywatną wiadomość i dam Ci namiary :)

  • m0gart

    Terapia to zawsze dobra decyzja. Niestety w naszej polskiej rzeczywistości ludzie, którzy decydują się na spotkania z psychologiem, do niedawna byli postrzegani jako wariaci, a w najlepszym przypadku jako ci, od których trzeba trzymać się z daleka. W zasadzie często nadal są tak odbierani, lecz na szczęście powoli się to zmienia.
    A co do samej terapii: ktoś mądry powiedział kiedyś, że powinni się na nią wybrać nie tylko ludzie, którzy mają ze sobą problemy, ale także ci, którzy *jeszcze* ich nie mają – po to, by uniknąć kłopotów w przyszłości. Na Zachodzie tak już jest, do nas ta świadomość dotrze zapewne za czas jakiś.

    • krotkiporadnik

      Miejmy nadzieję. Z takim stygmatem powoli zaczynam tutaj walczyć :)

  • Eliza

    Ja dziś zaczęłam spotkania z Panią A. :-) Myślałam, że zatopię się we łzach a wyszłam lżejsza i z mniejszą wadą wzroku ;-) I nie mogę doczekać się następnej wizyty! Justyno, ja mam lat 40, nie mam dziecka i dlatego próbuje uleczyć duszę. Już uważam się za piękną KOBIETĘ. Następnym krokiem będzie zakup kota :-) uściski z Warszawy :-*

    • krotkiporadnik

      <3

    • Anna

      mam 40 lat i nie mam kota :) (dzieci, męża i kochanka tez niestety nie) więc pora na terapię, też sie często czuję nieszczęśliwa i samotna

  • Ela

    Ja poszłam na terapię ponieważ miałam wahania nastrojów. To one były bodźcem, a że miałam dosyć tragiczną przeszłość, to zawsze wiedziałam, że „coś” musi być ze mną nie tak. Jednak nie siedziałam w domu obżerając się chipsami, tylko udawałam przed każdym idealną osobę. Co gorsza – idealną właśnie dla niego. W pracy, przed koleżankami, przed partnerami. Zaczęłam interesować się zbyt wielką ilością rzeczy, żeby pokazać jak bardzo się rozwijam. A to zwyczajnie nie sprawiało mi przyjemności i poczułam się wykończona. Dziś, po 5 miesiącach terapii zaczynam mniej więcej wiedzieć, co najbardziej lubię robić, ale czuję się skołowana. Nie wiem kim jestem. Nie wiem czego pragnę. Nie wiem, w którą stronę powinnam iść. Wcześniej mi się wydawało, że to wszystko jest dla mnie jasne, ale żyłam nieswoimi marzeniami. Żyłam bardziej myślą „fajnie by było, gdyby…” bo byłabym fajna i podziwiana. Na dodatek w mojej głowie jest skaner, który każdego określa jako a) lepszego ode mnie – i wtedy uważam, że jestem gorsza i powinnam ustąpić miejsca, przy czym od razu sobie wpijam szpilę. b) lepsza – i wtedy czuję się świetnie i wyjątkowo i oczywiście ten ktoś to tylko jakiś mały robak.
    Przy okazji słynę z umartwiania się, pozwalam sobie myśleć, że wszystko co się dzieje ma na celu mnie ranić, myśląc, że mój facet mógłby mnie zdradzić nie wściekam się oskarżając jego jakim jest dupkiem, tylko jak bardzo ja jestem do dupy, że on to zrobił.
    Usłyszałam od Pani Terapeutki, że mam bardzo wysoką samoświadomość. Jednak nie radzę sobie z tym, co widzę i spostrzegam, nie mam na to rozwiązań.
    Czuję się bezradna, zagubiona i dużo płaczę. Czy to wszystko, do cholery, kiedyś minie?! Czy to jest na takiej terapii normalne?

    • espo.

      jak dobrze Cię rozumiem. trzymaj się <3

    • krotkiporadnik

      Elu, nie znam Cię i nie chcę zabierać głosu jako mędrzec, który powie: „Tak, przeczekaj, przestanie swędzieć”, a Tobie w międzyczasie wda się gangrena. Z tego, co MI SIĘ WYDAJE, to może projektujesz jakieś swoje obawy i lęki na partnera i generujesz tym samym problem, który nie istnieje w życiu, ale istnieje w Twojej głowie – tutaj wtedy rodzi się ogromny dysonans i jeszcze bardziej oddziela Cię od świata.

      To, że masz bardzo wysoką samoświadomość to jakaś tam informacja dla Ciebie, ale ona też generuje mnóstwo problemów związanych z analizowaniem każdej najdrobniejszej rzeczy, a potem analizowaniem analizowanego itd, itd.

      Jeśli czujesz, że masz dobrą terapię (mówię o całościowym jej postrzeganiu), to szczerze porozmawiaj i o tych uczuciach i obawach, że to nie minie. Ja chciałam rezygnować kilka razy, bo nie mogłam znieść regresów. Z perspektywy czasu widzę, że regresy (złe samopoczucie, zwątpienie, smutek, apatia) są bardzo ważnym wskaźnikiem tego, co się z nami dzieje i reakcją na zachodzące zmiany.

      Więc ja uważam, że minie, ale jak jest z Tobą – nie wiem… Ściskam Cię bardzo mocno i odzywaj się. Porozmawiamy.

  • Oby więcej takich tekstów przyszło mi czytać.
    Dziękuje Ci.

    • krotkiporadnik

      Dzięki :)

  • Alice

    jesteś boska!! I love you – (nie pytaj :). Czytam Cię regularnie od 1,5 roku a może i dłużej.. nawet nie wiem jak to policzyć- nawet się nie domyślając, że w tym czasie sie terapiujesz. Uwielbiam cię czytać, bo jesteś taka szczera, autentyczna i taka… taka… normalna, prawdziwa, „bez przepychu”, jak na innych, rozdmuchanych blogach.

    • krotkiporadnik

      Dziękuję Ci bardzo, to dla mnie naprawdę cenne :)

  • Aga

    Gratuluje szczerości w pisaniu, i talentu bo bardzo fajnie sie czyta :) a w wolnej chwili polecam taki filmik znaleziony na youtubie :) https://m.youtube.com/watch?v=uaHDCcUcmc0

  • Jakbym czytała tekst o sobie. Mam 25 lat i czuję, jakbym przelatywała przez życie. Wszyscy znajomi mają swoje życie, albo uważają mnie za dziwadło pełne marzeń. Też chodziłam na terapię, raz, drugi, trzeci. Teraz przerwałam, bo nie mogłam jej dopasować do pracy i wydawało mi się, że jest ok. Od tego czasu minęły cztery miesiące, ponad to znowu muszę szukać nowej pracy, a ten cały stres związany z brakiem stabilizacji zaczyna mnie znów wewnętrznie frustrować, czyli historia zatacza koło – życie.

    Dziękuję za ten tekst.

    M.

    • krotkiporadnik

      Pamiętaj, że nigdy nic nie jest takie samo, a moim zdaniem zataczanie kół to też jakiś ruch :)

  • anka

    Dzieki za ten wpis tak zwyczajnie, normalnie opowiedziany o trudnych sprawach. Jakbym czesciowo czytala tez o sobie + ten ciezki do zniesienia stres, kiedy spotykam sie z ludzmi albo musze podjac jakas decyzje. Zupelnie jak na Twoim rysunku w kwadracie po lewej stronie..Czy znacie moze jakas pania psycholog w Warszawie, ktora moglibyscie polecic, ktora pomoglaby z powrotem poskladac czlowieczka do kupy?

    • krotkiporadnik

      Dowiem się i dam Ci znać!

  • polsko-kubanski

    „Moi byli zaczęli się żenić, ich żony zaczęły rodzić dzieci. Moi znajomi zaczęli podejmować poważne życiowe decyzje” – jak ja dobrze znam to uczucie. ps. też jestem pacjentką ;)

    • krotkiporadnik

      Piątka!

  • Arkadiusz Stanikowski

    Przez ostatnie pół roku rośnie we me awersja do psychologów.
    Przez ostatnie pół roku dowiedziałem się o sobie więcej niż przez 29 lat mojego
    życia, więcej niż na trzech terapiach, z których z ostatnią rozstałem się te
    pół roku temu.

    Nie chcę nikogo zniechęcać do psychoterapii. Mam parę rad, które mogą się przydać
    podczas wybierania terapeuty. Wg. mnie z opieką psychologiczną w Polsce jest
    jak z samą służbą zdrowia, a psycholodzy prywatni też mogą być gorsi i lepsi. Często
    stan w jakim się idzie szukać pomocy, bardzo utrudnia racjonalną ocenę sytuacji.
    Każdy w okularach, fotelu i z notatnikiem może się wtedy wydawać charyzmatyczny
    i super kompetentny. Także tego…

    1. Wybór psychologa to wybór rodzaju terapii.

    Większość szrinków ma swoje upatrzone szkoły terapeutyczne,
    kierujące się jakimiś zasadami, sposobami. Co za tym idzie psycholodzy najczęściej
    prowadzą jeden upatrzony przez siebie rodzaj terapii.

    Nie polecam spotykać się z paroma indywiduami i samemu oceniać co nam pasuje,
    bo niby skąd ja mam aktualnie wiedzieć co jest dla mnie dobre. Przychodzę po
    pomoc bo jestem w dupie przecież. A może jest mi tak źle, że wybiorę coś co mi
    pasuje, bo wydaje się łatwiejsze i szybsze, ale nie koniecznie dobre.

    Polecam pójść do większej palcówki, gdzie ktoś kto ma do tego kompetencje,
    podpowie w jakim iść kierunku.

    Psycholodzy łapiący się różnych rodzajów terapii są do wszystkiego i do
    niczego. Zapewne i tak wierzą w jeden słuszny jej rodzaj a inne mogą prowadzić
    bez przekonania, wg. podręcznika.

    2. Płeć i wiek psychologa mają znaczenie.

    Tak to będzie dyskryminacja (zwłaszcza kobiet), ale też na chłodno skalkulowany
    wybór wielu czynników, od których będzie zależało mniej lub bardziej pośrednio Twoje
    życie. To w zasadzie sama statystyka i prawdopodobieństwo, a te są bezduszne.

    Każdy terapeuta przechodzi swoją terapię i lepiej by Twój miał ją już za sobą.
    Będzie bardziej świadomy siebie, tego jak odbiera innych i czy mu coś
    przeszkadza racjonalnym w widzeniu świata i Ciebie.

    Terapeuta planujący rodzinę może nie być najlepszym wyborem. Niezależnie czy
    jest to kobieta czy mężczyzna, to takie wydarzenie jak narodziny dziecka wpływa
    na każdego. Priorytety się zmieniają, postrzeganie siebie i innych również.
    Kobietom (być może) mogą doskwierać hormony, ale są niepewnym wyborem z innego istotnego powodu. Znikają by urodzić i zająć się dzieckiem. Tak to jest w naszym gatunku że to kobiety noszą ciąże i to matka jest ważniejsza dla dziecka. Jest to szczególny rodzaj więzi. Kobiety częściej chodzą na urlop macierzyński a Ty masz do wyboru: czekać na powrót
    osoby, która nie wiadomo jak znosi macierzyństwo (i czy będzie w stanie Ci
    pomóc tak samo dobrze jak przed zajściem w ciążę), albo zmienić psychologa i
    zaczynać trochę od nowa. Ja trafiłem na dwie ciąże mojej ostatniej terapeutki.
    Czekałem aż wróci. Nie było to łatwe a i tak miałem szczęście, że przerwy nie
    nastąpiły w najcięższych momentach terapii.

    Wiadomo w życiu dzieją się też inne rzeczy (poza ciążą i narodzinami
    dziecka) wpływające na ludzi, ale ze statystycznego punktu widzenia najlepszym
    wyborem na terapeutę jest mężczyzna 40+. Jednak jeżeli czujesz do kogoś
    niechęć, to się nie zmuszaj.

    3. Leki sprawiają, że czujesz się lepiej… na trochę

    Tak farmakologia pomaga, ale najczęściej tylko do momentu aż przestaniesz ją
    stosować. Potem problemy mogą wrócić. Nierozwikłane emocje wciąż będą tam gdzie
    były.

    4. Terapia, która nie uwzględnia grzebania w przeszłości może być mniej
    skuteczna.

    I jest większe ryzyko, że wróci się do tego co było przed
    terapią. Podświadomość może kierować nami cały czas, każdym naszym krokiem a
    przyczyna może mieć 4-te dno. Trochę, to smutne, ale ja musiałem
    dokopać się sam.

    5. Jeśli sam się nie wysilasz, to nie narzekaj, że terapia Ci nie pomaga.

    To mnie nigdy nie dotyczyło. Ja się czasem wysilałem za bardzo, ale łatwo i tak
    nigdy nie będzie.

    6. Jeśli czujesz, że terapia nie pomaga Ci przez długi czas, to uciekaj gdzie
    indziej.

    7. Nie ma co oszczędzać.

    Jeśli masz możliwość, to idź prywatnie. Nawet jeżeli gdzieś jest drożej. Może
    tam jest też lepiej.

    8. Nie szukaj rozwiązań w internecie

    Podejście typu „mam jakiś objaw, to sprawdzę w guglu jaka to może być choroba”
    jest jedną z najgorszych rzeczy jakie możesz zrobić. Trafisz na przypadkowe
    rzeczy (choć mogą wydawać się w 100% zgodne z tym czego szukasz). Często
    trafisz na pseudoznawców, siedzących na przeróżnych forach, karmiących się przyjemnym
    uczuciem pomagania innym. Ale to jest niebezpieczne. Możesz się tylko
    niepotrzebnie zdołować, albo pójść w zupełnie niewłaściwą stronę. Dlatego najpierw
    poddaj pod wątpliwość wszystko to co tu napisałem :)

    • krotkiporadnik

      Arek, dzięki za ten komentarz. Masz słuszność w paru kwestiach, ale z kilkoma się z Tobą nie zgodzę.

      1. O ile wydawało mi się to oczywiste, że szkół psychoterapii jest wiele i każdy psycholog pracuje metodami odpowiednimi dla którejś z nich, to dla osoby, która dopiero szuka pomocy, to faktycznie kluczowy moment. Myślę, że dobrą opcją jest zwykła konsultacja z zaznaczeniem tego, że przyszło się po to, by mniej więcej nakreślić problem, a konsultujący terapeuta powinien skierować klienta/pacjenta w odpowiednie ręce.

      Zgadzam się z tym, że najlepiej sprawdzać w zorganizowanych placówkach, jak ośrodki terapeutyczne itp. Opinie można sobie poczytać w internecie i to też jest dobry trop. Aczkolwiek ważne jest też to, żeby nie kierować się np. tym, że ktoś wydaje nam się „spoko”. Mój pierwszy terapeutyczny wybór był straszny. Wybrałam terapię Gestalt (absolutnie nie diagnozującą i nie leczącą zaburzeń emocjonalnych i osobowości), chodziłam do babki, która słowem nie pisnęła na żadnym z 6 spotkań, aż w końcu sama zrezygnowałam, bo pani nawet nie zadała mi ani jednego pytania, jak choćby o cel i powód terapii. Dopiero potem trafiłam pod opiekę terapeuty psychodynamicznego, kiedy już byłam w stanie depresyjnym i rozpoczęło się od krótkiego „wyciągnięcia chemii mózgu na odpowiedni poziom” i od konkretnej terapii. Wraz ze zmianą miasta, musiałam zmienić terapię, dlatego też płynnie przechodzę do punktu drugiego…

      2. Płeć i wiek mają znaczenie, ale w głównej mierze ze względu na to, że psychoterapeuta jest zazwyczaj lustrem, albo ekranem, na który się coś projektuje. Np. w konfliktach z matką, kobiety często unikają kobiet jako terapeutek, wybierając mężczyzn i to może bardzo terapię opóźniać.

      Nie zgodzę się natomiast z tym, co mówiłeś o psychoterapeutkach, jako o potencjalnych i obecnych matkach. Jeśli terapeuta zostawia Cię w środku terapii samopas, to jest to kardynalny błąd, tym bardziej, że jej przerwa trwała tak długo. Rozumiem, że możesz mieć uraz, ale słyszałam naprawdę wiele historii o terapeutkach i Twoja jest pierwszą, która mówi o – co tu dużo mówić – porzuceniu klienta/pacjenta.

      Płeć i wiek powinien też, moim zdaniem, wskazać konsultant, który wybierze dla nas odpowiedniego terapeutę, choć wiadomo, że to nie sklep z butami, więc czasem te dwa czynniki schodzą na dalszy plan.

      3. Paradoksalnie wcale nie tak dużo terapii wykorzystuje farmakologię, dzieje się to zazwyczaj w sytuacjach koniecznych (zły stan chorego) lub profilaktycznych (żeby stan się nie pogorszył, a można było już zacząć terapię). Lek NIE LECZY schorzenia, on tylko wyrównuje poziom substancji w mózgu i pozwala na rozpoczęcie LECZENIA W TERAPII.

      6. Tutaj trzeba uważać, bo w wielu przypadkach w terapii występuje mnóstwo mechanizmów obronnych, odreagowania, acting-outów, oraz regresu spowodowanego często lękiem przed poruszeniem ważnego problemu. O każdej takiej myśli, która sprawia, że myślimy o rzuceniu terapii, powinniśmy powiedzieć terapeucie, bo to bardzo często moment przełomowy i ważny (stąd chęć ucieczki i blokada). W terapii dałabym sobie stosunkowo długi okres wypowiedzenia, zależny od terapii. Na pewno nie radziłabym podejmować decyzji z wizyty na wizytę.

      Z resztą się zgadzam :)

      • Arkadiusz Stanikowski

        1. Nie kumam z czym się nie zgadzasz z tego punktu. Wygląda jakbyś pisała o tym co ja… :)

        2. Gdy terapeutka zajdzie w ciążę, można czekać albo zacząć z kimś innym. Czekanie i zastępstwo jest do dupy, bo zastępstwo nic o Tobie nie wie. Może ułatwić rozłąkę ale wciąż jest to przerwa. Ja czekałem (bez zastępstwa – nie było takiej możliwości) tylko dla tego, bo przerwy były na 3-4 miesiące. Przechodząc przez trzy początki trzech terapii z różnymi psychologami, nie chciałem kolejnego początku, ale powiedzmy, że jest to jakaś opcja.

        Z przypuszczeniem o opóźnianiu terapii poprzez wybór mężczyzn zamiast kobiet, nie był bym taki pewny. Jeśli pacjentka miałaby się „męczyć” z kobietą przez jakąś traumę czy konflikty i nigdy nie zaufać tej kobiecie, to równie dobrze to mogłoby opóźnić terapię. Wg. mnie gdybać w ten sposób można by na tysiące innych sposobów.

        Ja piszę trochę o sytuacji wyboru idealnego, który nie istnieje, bo jak napisałaś wiek i płeć to też osobiste preferencje pacjenta. Sytuacje życiowe terapeutów mogą być różne, ale statystyka mówi, że z kobietami w pewnym wieku przerwa w terapii jest bardziej prawdopodobna i to nie jest opinia.

        Trochę mi ciężko ocenić w jakim tonie napisałem ten punkt, bo awersja nie wzięła się z powietrza, ale w każdym z punktów wyciągam rzeczy, o których nigdy bym nie pomyślał szukając pomocy, będąc w stanach w jakich byłem. A chciałbym by mi ktoś tak przestawił sytuację. No może jeszcze z Twoimi komentarzami.

        3. O farmakologii piszę, by przestrzec przed drogami na skróty. Taki lek podawany, by doprowadzić pacjenta do stanu, w którym można prowadzić terapię wydaje się magią, do której nic więcej nie potrzeba. Ja nie wiedziałem czy to mi już terapia pomaga, czy to pigułki mają takie super moce. Ale skoro jest już super dobrze, terapia była, gadane było, to po co mi już psycholog (i ówczesny mi przytaknął niestety). Przy farmakologii ciężko ocenić czy problem wciąż jest, czy go nie ma i kiedy odstawić leki.

        9 lat temu polska służba zdrowia zaoferowała mi lek (recepty do momentu aż się poprawi – cokolwiek to znaczy). Do tego chyba 2 konsultacje u psychologa z NFZ, z których nie skorzystałem, bo to była jakaś roczna kolejka i… 2? Serio 2? Nie wiem jakim cudem wtedy nie poddałem się, szukałem konsultacji gdzie indziej. Przez skórę czułem, że same leki to będzie ściema.
        Podejrzewam, że dziś w NFZ jest podobnie, bo wciśnięcie pacjentowi tabletek jest łatwiejsze niż zatrudnienie i opłacanie terapeutów.

        Jeśli płatne konsultacje są poza czyimś zasięgiem, to polecam szukać w stowarzyszeniach, fundacjach, ośrodkach pomocy społecznej. Tam często można rozpocząć terapię za darmo, albo za jakieś symboliczne opłaty.

        Nie nazwał bym niczego w niczyjej głowie schorzeniem, dopóki to nie jest choroba fizyczna, ale to semantyka.

        6. Tak ten punkt napisałem zbyt nonszalancko. Bardzo ciężko ocenić dlaczego się nie polepsza. Punkt pisałem pamiętając, że ktoś miał takiego niefarta do pierwszego psychologa i okazuje się, że to byłaś Ty :/

  • callay

    Czytając tego posta wydawało mi się, że czytam o sobie. Wiecznie jest coś nie tak, żeby mogło być dobrze. To mnie nieco podniosło na duchu, że jest więcej takich osób jak ja. Co prawda mam 19 lat, ale sądzę, że jeśli dalej będę w tym trwała, to będzie tylko gorzej. Z drugiej strony jednak zastanawiam się, że może ja taka po prostu jestem i muszę to zaakceptować a nie zmieniać?
    Jakieś półtora roku temu chodziłam do psychologa i nie bardzo się dogadałyśmy, chociaż wiem, że wina leżała też po mojej stronie- nie umiałam się otworzyć. Od tego czasu stale obserwuję siebie, analizuję swoje uczucia i emocje, ale powoli już przestaję je rozumieć, więc sama się zastanawiam nad jakąś psychoterapią.

  • świetny tekst. Chciałabym w taki sposób móc wyrazić swoje uczucia i emocje. Sama chodziłam na terapię, ale ją rzucałam. Teraz czuję, że znów jej potrzebuję. Tylko te wymówki, o których piszesz, siedzą w mojej głowie. „Mózgowy Ośrodek Chujozy” – dawno nie słyszałam czegoś tak zajebistego ;)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress