Idź na terapię. Nie odwalę tej roboty za Ciebie

18 lipca 2017 Głowa

Jest w życiu kilka rzeczy, z których jestem dumna i ten blog jest jedną z nich. Rozwinął się tak, jakbym sobie tego nie mogła nawet wyśnić i stał się miejscem odstającym od innych, a więc nie zniknął w tłumie. Ma to swoje plusy i minusy, a ja ze swoją pesymistyczną autocenzurą widzę oczywiście więcej minusów. Jest jednak coś, co obiektywnie uznaję za swój sukces: zdobycie Waszego zaufania. 

Dostaję od Was tygodniowo po kilkanaście lub kilkadziesiat maili, wiadomości, directów na Instagramie, w których dzielicie się ze mną swoimi problemami, pytacie o poradę, o to, jaką terapię wybrać, co robić, do kogo się udać. Nie pytacie swojej matki, siostry, męża, żony, brata - pytacie mnie, obcą Wam zupełnie osobę, bo wierzycie, że jestem w stanie Wam pomóc. I staram się tę pomoc Wam nieść. Wspierając na tyle, na ile można wspierać kogoś zza biurka i klawiatury. 

Pamiętam jak jakiś czas temu Włodek Markowicz, a potem niezależnie od niego Karol Paciorek, po wrzuceniu jakiegoś trudniejszego tematu, byli pod ogromnym wrażeniem, jak wiele osób ma problemy z depresją, emocjami, lękami. Któryś z nich nawet mówił o przytłoczeniu i o olbrzymiej odpowiedzialności, jaką odczuwa po otrzymaniu każdej takiej wiadomości. Nie chcę się licytować, bo moje zasięgi w porównaniu z ich, są po prostu śmieszne, ale wydaje mi się, że tych wiadomości dostaję więcej. Codziennie rano po nocy czytam o Waszych lękach, niespokojnych czasach, niepewności jaka Was męczy. O beznadziei, pustce i nieraz o śmierci, która wydaje się dla Was rozwiązaniem.

Kocham Was jak można kochać obcych ludzi o podobnej konstrukcji. Współczuję Wam tego bagna które czasem Was wsysa za mocno, rodziców, którzy ignorują Wasze problemy, ubolewam nad Waszą samotnością, zapalam z Wami znicze na grobach, żegnam związki, które już są przeszłością, chociaż miało być inaczej. Chcę to nadal robić i będę. Ale nie będę robić kilku rzeczy, do których coraz częściej bywam zobowiązywana.

Nie pomogę Ci użalać się nad sobą

Wiem, jak jest Ci źle. BYŁAM TAM. Nie wstawałam z łóżka, nie potrafiłam zasnąć z utrapienia, a potem ze zmęczenia i niechęci do życia nie chciałam w ogóle wychodzić spod kołdry. Straciłam pracę, niektórych znajomych, kontakty z rodziną były tragiczne. Patologicznie kłamałam, by usprawiedliwić to, że moje życie z powodu tej bezsilności się wali i straciłam rachubę, co komu powiedziałam, a także przestałam się orientować, co było prawdą, a co kłamstwem. Wiem, jak to jest woleć nie istnieć, wiem jak chujowo jest być samotnym. Ale dosyć tego.

Kiedy piszesz mi o tym, jak źle się czujesz, żebym lepiej zrozumiała, jak bardzo jest z Tobą źle, to jeden raz wystarczy. Nie mów mi, że z tym się nie da nic zrobić, że psycholog Ci nic mądrego nie powie, że terapia nic nie da i że leki niczego nie zmienią. Skoro tak świetnie to wiesz, to po co do mnie piszesz? Szukasz pomocy, czy wymówki i pieczęci w paszporcie, że masz jednostronną wizę do Deprelandii i nie możesz już wrócić? Myślisz, że normalne zasady akurat Ciebie nie obowiązują?

Nie jestem księgą skarg i zażaleń

Fatalny szef, masakryczny ojciec, beznadziejna dziewczyna, zarobki poniżające, mieszkanie brzydkie. Gdy zaproponuję rozważenie zmiany pracy, odsunięcie się na jakiś czas od toksycznego rodzica, rozmowę z partnerem, ponownie zmianę pracy, oraz kupienie kilku dodatków do mieszkania, by było chociaż trochę milej i usłyszę tylko, że się nie da, nie da, nie można, nie da rady i że to nic nie zmieni, to powiedz mi - po co piszesz?

Mam Ci - zgodnie z tym, co uważasz na temat swojego życia - napisać: Masz przejebane. Współczuję. Nikt nie ma gorzej. Nawet ludzie z rakiem, schizofrenią i bez dochodów mają lepiej i łatwiej. Bo Ty jesteś wyjątkowy w tym, co przeżywasz. Do tej pory w tym kraju nie było takiego przypadku, ani tak patowej sytuacji, jaka Cię właśnie spotkała. Pozostaje mi złożyć Ci kondolencje i pożegnać ostatni raz. Gdy to zrobię poczujesz się lepiej ze swoim dramatem? 

Nie zaskoczę Cię i zawsze spytam, czy byłaś u specjalisty

Gdybyś napisała do Ewy Chodakowskiej, że masz nadwagę i chcesz być szczupła, odpisałaby Ci, że powinnaś zacząć dietę redukcyjną i zacząć się ruszać. Jeśli już bardzo Ci się nie chce ruszać, to żebyś chociaż dietę zaczęła. Nie ma innej opcji by schudnąć. Trzeba zdrowo i dobrze jeść, więcej spalać, niż przyjmować. To żadna filozofia, o ile nie ma chorobowych uwarunkowań. Oczywiście, łatwo się mówi, bo doskonale wiem, jak trudno jest sobie odmówić pizzy i piwa wieczorem i jak boli ograniczanie swoich przyjemności do minimum. Ale zadanie jest proste. Zadajesz sobie pytanie, czy chcesz być szczupła, czy nie i konsekwentnie trzymasz się tej decyzji. Bo nie ma innej opcji. No, po prostu nie ma.

Jeśli piszesz, że fatalnie się czujesz, że nie masz na nic siły, że płaczesz, że nic Cię nie cieszy, że bliscy Cię nie poznają i nie mogą z Tobą wytrzymać, dlaczego się dziwisz, że pytam, czy byłaś u specjalisty? Dlaczego Cię to rozczarowuje, bo myślałaś, że coś zrobię, że Tobie zrobi się lepiej? Gdybyś napisała na forum, że krwawi Ci noga i że nie potrafisz chodzić i że zawalasz przez to swoje obowiązki, wszyscy napisaliby Ci, że musisz iść do lekarza, albo wezwać pogotowie. Przy zaburzeniach emocjonalnych, lękowych i chorobach psychicznych jest dokładnie tak samo.

Dlaczego Ci się wydaje, że jest jakiś sposób, by poczuć się lepiej "tak po prostu", jeśli niczego nie chce Ci się zmieniać? Dlaczego Ci się wydaje, że mam jakąś moc sprawczą i powiem magiczne zaklęcie, od którego w Twoim życiu nagle zrobi się czysto i jasno? Tak po prostu na chwilę przystań i zadaj sobie to pytanie. Jak sobie to wyobrażasz? Co by się musiało stać? Przecież to czysta fantastyka, a my stoimy na ziemi.

Twoje samopoczucie, życie i zdrowie zależy tylko i wyłącznie od Ciebie

Oczywiście, bliscy mogą udzielić Ci nieocenionego wsparcia. Ale mogą też wciąż ciągnąć Cię w dół. Skup się na jednym celu, który musi być Twoim najważniejszym celem: POMÓC SOBIE - bo naprawdę, jak banalnie by to nie brzmiało - nikt nie zrobi tego za Ciebie. Nie ma takiej szansy.

Przeżywasz ciężkie roztanie, którego nie chciałeś i cierpisz. Wiesz, że doszło do niego po części z powodu Twojego stanu. Ale Ty ten fakt ignorujesz, obwiniasz się tylko, skupiasz na tym, co straciłeś i że musisz za wszelką cenę to odzyskać. Tutaj nie ma nic prostszego, niż hasło o Salomonie, który nawet z pustego nie jest w stanie nalać. Skąd chcesz wziąć siłę do odzyskania miłości? W jaki sposób chcesz zaoferować swojej byłej partnerce nowego siebie, podczas, gdy nie zrobiłeś ze sobą nic, prócz postanowienia, że nigdy nie podniesiesz na nią głosu. Przez miesiąc będziesz chodził na paluszkach, by nie zrobić błędu, będziesz spięty i zestresowany, że zaraz coś się złego stanie, a ja Ci mówię, że na pewno tak będzie. 

Nieprzerobione problemy, nieprzetrawione emocje nie znikają. Siedzą, czekają, żyją. Wybuchają.

Jeśli odzyskanie ukochanej osoby ma być dla Ciebie jakąkolwiek motywacją (choć uważam, że to nie do końca dobre) i ma Cię to wepchnąć do gabinetu terapeuty, to kieruj się tą myślą, że nie ma szans stworzyć dobrej relacji, jeśli ma się w głowie ten sam chaos i burdel. Nie możesz Wam nic innego zaoferować oprócz niepewności, dramatów, awantur, bólu i cierpienia. Samochody same się nie naprawiają, ludzka psychika też.

Nie chcę słuchać wiecznych "ALE"

Piszesz elaborat. Ja go czytam, przeżywam, myślę o Tobie. Zastanawiam się nad odpowiedzią. Szukam rozwiązań. W końcu je spisuję, staram się być miła, empatyczna. Ale na każdą moją sugestię i poradę masz trzy wytłumaczenia, dlaczego to nie wchodzi w grę. Bo to kosztuje. Bo już kiedyś byłaś u psychologa i Ci nie pomógł. Bo Tobie się po prostu nie chce żyć w pojedynkę i musisz kogoś znaleźć. Bo ja nie wiem, jak to jest, kiedy nikt w rodzinie nie rozumie, czym jest depresja.

Mam wrażenie, że to Ty nie rozumiesz czym jest ta choroba, albo po prostu młodzieńczy weltschmerz mylisz z ciężką chorobą, by brzmiało poważniej. 

Mam dość haseł: będę szczęśliwa, jak tylko...

...przestanę być sama, wyprowadzę się z domu, matka przestanie mnie gnoić, pogodzę się z chłopakiem, zacznę więcej zarabiać, mąż przestanie wyjeżdżać w delegacje.

Będziesz szczęśliwa, tylko wtedy, gdy będziesz tego chciała. A nad szczęściem się po prostu pracuje. Leczy się choroby, odchodzi się od toksycznych partnerów, zmienia się pracę, terapeutów, leki, wyprowadza się z domu, albo psychicznie odcina od trudnych bliskich, rozmawia się z mężem o jego wyjazdach i dochodzi się do porozumienia. Jeśli nie, trzeba problem rozwiązać inaczej. Jak? Nie wiem. To Ty najlepiej znasz siebie, swojego męża, Wasz budżet i sytuację życiową. 

Nigdy nie będiesz szczęśliwa czekając, aż coś lub ktoś się zmieni. Każdą jedną relację w życiu, z którą miałam problem poprawiłam tylko i wyłącznie poprzez zmianę podejścia do tej relacji. Czasem trzeba wejść w nią głębiej, zrozumieć, przewartościować, czasem zacieśnić, a czasem urwać. Relacje międzyludzkie to ciągły proces, gar gotującej się zupy, w której jeden mały dodatek jest w stanie zupełnie zmienić jej smak. I do tego Cię zawszę będę zachęcać.

Czy to znaczy, że nie chcę dostawać od Was maili, w których mówicie mi o swoich problemach, szukacie wsparcia i otuchy? Nie; wręcz przeciwnie. Chcę tylko, by osoby, które które przychodzą po radę, pomocną dłoń, przyjaźń miały zawsze okazję do mnie trafić, a nie znikały w gąszczu dziesiątek wiadomości pisanych przez osoby, które szukają we mnie potwierdzenia słuszności i usprawiedliwienia swoich zachowań. Jeśli masz problem z agresją i dlatego rzuciła Cię dziewczyna, musisz najpierw zająć się problemem agresji, a potem ewentualnie ją odzyskiwać, a nie odwrotnie. Jeśli rozmawiamy o tym w trzecim lub szóstym mailu, a Ty dalej uważasz, że jak ona wróci, to przestaniesz być agresywny, to do czego ja Ci jestem potrzebna?

Chcę tym tekstem sprawić by każda kolejna osoba, która będzie chciala do mnie napisać wiedziała, że nie nie zgadzam się na marnowanie czasu. 

A więc nie marnuj swojego czasu na pisanie swojego życiorysu tylko po to, by komuś o tym powiedzieć, jeśli nie jesteś w żaden sposób gotowa lub gotów na zmianę i pracę. Jeśli doskonale wiesz, że nie ma opcji, by coś się zmieniło, to po co mam o tym wiedzieć? Jeśli więc jednak z jakiegoś względu chcesz mi coś powiedzieć, to może właśnie dlatego, że jakiś fragmencik Twojego mózgu zachował resztki przytomności i walczy o siebie. I do tego fragmencika apeluję: jest szansa. Można zmienić naprawdę każdą, nawet najcięższą sytuację, ale tylko wtedy, kiedy weźmiesz za nią odpowiedzialność i zrozumiesz, że to wszystko, co Ciebie dotyczy, zależy tylko od Ciebie.

Nikt za Ciebie tego nie zrobi. Ja też.

 

 

Tekst dedykuję dzielnej Oli, która zawróciła znad krawędzi, mimo, że nie widziała dla siebie szans. Napisała do mnie, dużo rozmawiałyśmy i Ola nie zrobiła ani jednej z powyższych rzeczy. Podjęła za to bardzo trudną decyzję i zgłosiła się do szpitala.
Olu, jesteś przykładem i motorem napędowym dla mnie. Dużo zdrowia i szybkiego powrotu do siebie! 

Podobne wpisy

  • Lwinka

    Dla mnie jesteś fighterką walczącą o tych, co niekoniecznie chcą walczyć sami. Wygodnie jest się użalać w trybie zrzucania na innych odpowiedzialności. Każdy jest właścicielem swojego życia i ma dwa wyjścia – walczyć, wstawać, przeć do przodu albo wygodnie odpuścić. Nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia. NIGDY. Dużo siły do walki o siebie życzę, powodzenia!

    • Wyobraziłam sobie komiks z superbohaterką PsychoWoman ;)

  • Natalia

    Dziękuję Ci za ten tekst. Od dłuższego czasu się zastanawiam nad pójściem do specjalisty. Nie wiem jak się do tego zabrać, więc odwlekam to i tłumaczę sobie, że tak naprawdę tego nie potrzebuję… Do dzisiaj czytałam tylko kilka Twoich wpisów i akurat dziś trafiłam tutaj i przeczytałam ich dużo więcej. I w poszukiwaniu kolejnych, właśnie w katalogu GŁOWA, odświeżyłam stronę i zobaczyłam nowy wpis. Tytuł dał mi do myślenia (dziś jakoś wyjątkowo do mnie trafia) i wierzę, że to nie przypadek, że właśnie dziś zatrzymałam się tutaj na dłużej. Pozdrawiam Cię serdecznie :)

    • A akurat ja dzisiaj czułam tak olbrzymią potrzebę napisania czegoś. Nie wierzę w takie przypadki.

  • M&M

    Bardzo ładny wpis, który dużo daje do myślenia. Wydaje mi się, że niekiedy człowiek chce się po prostu wygadać. I dzięki napisaniu takiej wiadomości uporządkować sobie głowę. Może na tę chwilę nadal wszystko co zaproponujesz tej drugiej osobie dla niej będzie na nie. Ale uświadomienie sobie wielu rzeczy, uporządkowanie ich w formie pisemnej, a później przeczytanie opcji rozwiązania problemów może w przyszłości zaplusowac. Nie jestem żadnym specjalistą, nie mam zamiaru w tej chwili brzmieć jakbym Ciebie pouczała. Ale tak jest często w moim przypadku. Jestem raczej osobą, która o drobnych rzeczach opowiada bliskim, ale te trudniejsze, rzeczywiście ciążące na psychice tłumię w sobie. I niekiedy zdarza się taki moment, że teoretycznie obcej osobie mówię o czymś ciążącym mi na sercu. To ze w końcu wyrzuciłam to z siebie, że uczucia uformowały się w słowa, pomaga mi w późniejszym okresie, mimo że w chwili mówienia tego wszystkiego naprawdę jedyne czego potrzebuję to poklepania po ramieniu i powiedzenia „tak. Masz beznadziejnie”. Nawet jeśli wiem, że moje problemy są zazwyczaj niczym w porównaniu z „prawdziwymi” problemami. Nie szukam rozwiązania problemu. Szukam tylko osoby która potrafi słuchać. I chociaż jest to odrobinę samolubne, bo obarczamy swoimi problemami inne osoby i wykorzystujemy ich czas, to jednak w danej chwili nie szukam rozwiązania swoich problemów.

    • Madziu, dziękuję za ten komentarz. Wiem, że są tacy ludzie jak Ty, którzy rozmawiają z obcymi, bo z bliskimi jest im trudno.

      Mi chodzi o postawę, w której za opłakiwaniem swojego losu nic dalej nie idzie i nie ma zamiaru pójść. Sama na terapię zbierałam się długo, ale nie odrzucałam myśli o niej za każdym razem, gdy padał taki pomysł.

      Wydaje mi się, że jest wyraźna granica pomiędzy empatią i współczuciem, a użalaniem się i ja o tej granicy dzisiaj piszę.

      • M&M

        No tak. Masz rację :) Trochę inaczej reagowalam „na gorąco” (tuż po przeczytaniu wpisu). Teraz jeszcze czytając Twój komentarz – naprawdę nie można się nie zgodzić;)
        Tak czy owak – bardzo lubię Twoje wpisy na blogu i zawsze dodają mi pozytywnej energii, także dziękuję Ci za to i do następnego przeczytania :)

  • k.

    A ja po prostu nie wierzę żeby kolejna próba terapii i kolejne leki cokolwiek dały.

    • Próba terapii, czy terapia? Bo to różnica.

      • k

        Terapia. I leki.

        • Trudno mi oceniać sytuację nie znając żadnych szczegółów, ale przechodziłam przez okres, w którym tkwiłam na złej terapii, miałam fatalnie dobrane leki, potem zmieniłam i jedno i drugie i nadal nie było lepiej. Cztery lata zajęło mi znalezienie odpowiedniej osoby i podejścia do siebie, żeby zaczęło działać. Wierzę w cierpliwość :(

          • k.

            U mnie z przerwami 5lat. Tak po prostu, już nie wierzę. Chce się rozplynąć i zniknąć.

  • Mags

    Wyjatkowo nie zgadzam się z tym wpisem. Może już masz za soba depresję, może już zapomnialaś jak to jest ją mieć ale czlowiek który czuje się beznadziejnie, najbardziej potrzebuje wlaśnie tego zwyklego poklepania po plecach. W depresji bowiem najtrudniej, o zrozumienie, akceptację i wysłuchanie bez wystawiania ocen. Myślę że tego właśnie tak bardzo szukają u ciebie piszący.
    Odczytywanie i angażowanie się w tak wiele trudnych historii jest z pewnościa ogromnie wyczerpujące i zasługujesz na wiele pochwał, za to że słuchasz, że starsz się pomagać, wspierać i rozumieć, choć przecież nie musisz. Jednak myslę że zle to wszystko podsumowałaś i oceniłaś.
    Nigdy do ciebie nie pisałam ale myśle o tych ktorzy to zrobili i naprawdę sądzę, że każdy musi poczuć ten odpowiedni moment i znaleść w sobie odpowiednią siłę i wiarę by móc udać się po pomoc, nic nie zmienią rady w postaci wysyłania do specjalisty czy nawołuące do zapominania o kims kto odszedł, propozycje zmiany pracy itd. Najwidoczniej w danej chwili ci ludzie nie sa w stanie żadnej z tych rzeczy zrobić.
    Weż też proszę pod uwagę, że czasami naprawdę można trafiać na kiepskich specjalistów i ‚pomoc’ która w niczym nie pomaga. Czasem bywa i tak że nawet dobra terapia zwyczajnie nie pomaga i tyle. Nikt nie jest taki sam.
    Ty odbyłaś terapie i poczulaś sie lepiej ale też nie możesz wiedzieć do końca, czy na lepsze samopoczucie nie zlożyły sie inne wydarzenia które zaczeły sie w tym czasie dziać. Wybuch popularności twojego bloga, lepsza praca, nowe znajomości, popularność, poczucie sukcesu. Nie wiesz jakbyś się czuła wciąż będąc na terapii podczas gdy twoje życie nie zmieniło by się ani odrobinki mimo twoich starań i wysiłków.
    Człowiek który nie daje rady z codziennościa, po kilku takich porażkach nie wierzy już w nic i sądzi ze nie da sie mu pomóc. Tak, pewnie desperacko chce by było jakies wyjscie ale go nie widzi, i z tej desperacji pisze do Ciebie. Liczy pewnie na to że ty, mając takie stany za sobą zrozumiesz i nie ocenisz, powiesz cos kojącego, choćby tyle ze doceniasz jak im cieżko i że rozumiesz przez co przechodzą.
    Myśle że wychodzisz z błędnego założenia myślac ze ludzie pisząc oczekują od ciebie gotowych rozwiązań. Oni chcą tylko zrozumienia, tego w depresji naprawdę praktycznie się nie dostaje a najbardziej brakuje.
    To wspaniałe że wysłuchujesz obcych ludzi ale naprawde zle to wszystko oceniłas.

    • Nie zrozumiałaś tego, co chciałam przekazać. Jest różnica pomiędzy empatią, a użalaniem się nad sobą. To nie jest tak, że jak ktoś pisze do mnie maila, a ja widzę jak opisuje swoje życie, to mam wrażenie, że jest płaczką i że się użala. Nie wiesz ile i jakie maile przychodzą i nie wiesz ile razy muszę potem rakiem się wycofywać z konwersacji, które po prostu naciągają rzeczywistość i marnują energię i czas.

      Po tylu latach potrafię ocenić czy ktoś chce pomocy, wsparcia, wysłuchania, a kiedy chce potwierdzenia tego, że powinien odzyskiwać dziewczynę, która go nie chce, ale on przecież bez niej nie może żyć i uprzykrza jej życie, bo jemu zrobi się lepiej. Takich przypadków jest mnóstwo i żebym się mogła skupiać na wspieraniu ludzi, którzy chcą wysłuchania, wsparcia, pomocy, przyjaznej duszy, to nie mogę tyle samo uwagi poświęcać osobom upartym, zdecydowanym nie robić ze sobą nic, tylko oczekującym, że ja zrobię coś, że się zmieni.

      • Swoją drogą, wzrost popularności bloga i krótkotrwały boom na niego dwa lata temu, okupiłam nerwicą lękową i zaostrzeniem zaburzeń odżywiania. Nic nie jest na zawsze, nawet poprawa, jeśli się nad sobą nie pracuje, więc nie mówię tego wszystkiego jako ta, której się udało, ale ta, która wciąż próbuje i ma jakieś efekty mimo setek porażek po drodze.
        A wyrwa po szumie, który nagle ustaje jest bardzo bolesna.

        • Mags

          Rozumiem, gdybałam tylko i podawałam jako potencjalny przykład który mogł się przyczynić do polepszenia samopoczucia. Mogę się bardzo mylić.

      • Mags

        W takim razie dość niefortunnie napisane, bo gdybym kiedykolwiek zwierzyła ci się ze swoich problemów, sądziłabym że piszesz także do mnie. Wpis ten odebrałam jakby dedykowany był wszystkim, którzy do ciebie piszą zamiast ‚coś’ ze sobą w tym czasie robić.
        Ja z jednej strony rozumiem – każdy mógłby być zmęczony i przytłczony taką ilością cudzych problemów i zwierzeń, tyle że ta ocena ludzi jakoś tak uderzyła.

        • Postaram się dodać sensowny disclaimer, żeby to było jasne.

  • Renata Więckowska

    Super tekst. Wiem jak to jest walczyć z depresją i zgadzam się z każdym słowem. Trzeba iść do specjalisty, od czegoś zacząć. Mogą minąć lata zanim coś się zmieni, zanim my będziemy gotowi na zmiany ale trzeba próbować i dać sobie pomóc. Po prostu.

    • To prawda. Bez antybiotyku nie wyleczymy zapalenia płuc… i tak dalej i tak dalej.

  • Renata Więckowska

    I jeszcze jedno. Jeśli komuś jest naprawdę źle to w końcu się zbierze do lekarza po proszki a potem na terapię. Chyba nawet szybciej jeśli nie będzie klepania po plecach.

  • Aga

    Uwielbiam takie teksty. Napisany prosto z serca bez owijania w bawełne. Nie można się z Tobą nie zgodzić. Wszystko co napisałaś jest szczerą prawdą. Ja również muszę przestać mówić ALE. Uczę się tego. Ileż szans zmarnowałam przez to słowo. Już nie chcę!!! Dziękuję za ten post.

    • Można się nie zgodzić, to akurat zawsze można zrobić! :)

  • Agnieszka Kulawczyk

    Pierwszy wpis, który przeczytałam na tym blogu, wspaniale napisany!
    Nie rozumiem. Możliwe, że miałam szczęście: zadbany dom rodzinny, dobre szkoły, fantastyczni nauczyciele i mam szczęście: dobry, pełen przyjaźni związek, przyjemna i ciekawa praca, poczucie przynależności „gdzieś”. Życie jest cholernie krótkie i może się skończyć w każdej chwili. Nie zrozumiem jak można nie chcieć z niego korzystać. Nie cieszyć się słońcem, chmurami, wiatrem, możliwością chodzenia, jeżdżenia na rowerze, patrzenia, słyszenia, czucia. Mogłabym napisać elaborat o chorobach ciała i duszy, nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że nie szanujemy własnego życia, przykre.

  • ten-teges.blog.pl

    Bezpośrednie i wspaniale. Mam za sobą epizod depresyjny więc doskonale odnajduje się po stronie osób piszących do siebie. Podobnie jak Ty twierdze, że tylko profesjonalna pomoc odnosi czasem skutek i warto zgłosić się do specjalisty.

  • A.

    Ten wpis również do mnie dotarł w trudnym momencie. Spędzam godziny w internecie i książkach zastanawiając się co jest ze mną nie tak, że jest mi źle, że nie chcę wychodzić do ludzi itd. W gruncie rzeczy czekam chyba tylko aż już zupełnie wszystko runie i zostanę postawiona pod ścianą i sytuacja zmusi mnie do podjęcia terapii. Czytam ten wpis już któryś raz od tych dwóch dni odkąd go wrzuciłaś, co obrazuje moje utonięcie w internecie i ucieczkę od swoich problemów. Po przeczytaniu stwierdzam, że kluczowe jest to zdanie: „Będziesz szczęśliwa, tylko wtedy, gdy będziesz tego chciała.” Uświadomienie sobie, że chce się być szczęśliwym to jest naprawdę bardzo dużo. Problem tkwi w tym, że jak jestem w trudnej sytuacji to jestem tak uwikłana w swoje nieszczęścia, że po 1. Nie wiem co to znaczy być szczęśliwym 2. W związku z tym nie jestem w stanie uświadomić sobie że naprawdę tego chce 3. Do nieszczęść prowadzą szeroko pojęte zachowania autoagresywne z sabotowaniem swojego szczęścia również, z których ludzie nie zdają sobie sprawy, co tym bardziej sprawia, że pojęcie szczęścia dla osoby w kryzysie jest wypaczone.
    Dlatego z jednej strony uważam to zdanie za kluczowe, w takim sensie, że żeby coś zmienić no to samemu musisz chcieć, ale z drugiej częściej do rozpoczęcia procesu zmiany wcale nie jest to konieczne, bo można tego zupełnie nie rozumieć a nawet tak do końca nie chcieć. Może wystarczy uświadomienie sobie tego, że po prostu nie chce się już dłużej być w tym stanie szeroko pojętego kryzysu i nieszczęścia.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress