Horror, który przeżyłam

30 czerwca 2014 Blog

Kiedy dziś rano robiłam poniedziałkową prasówkę do kawy, trafiłam na tekst o „Janie”. Wylądował w którejś z kolei zakładce, czekając na swoją kolej. Wtem napisała do mnie przyjaciółka, ponaglając mnie do lektury tego tekstu. Napisała tylko kilka słów, które wystarczyły, bym w sekundę miała nogi jak z waty: „Kurwa, Justyna, TO JEST TO”.

Pobieżnie przejrzałam tekst i po kilku hasłach-kluczach, wiedziałam, że znam „Jana”.

W tej chwili żałuję jednej, jedynej rzeczy. Że tego tekstu, który za chwilę przeczytacie, nie opublikowałam w październiku zeszłego roku, czyli wtedy, gdy go napisałam. Zwyczajnie przestraszyłam się tego, co ludzie o mnie pomyślą, mimo, że minęło już pięć lat. Dzisiaj, czytając historię Natalii, wiem, że być może gdybym wtedy miała odwagę powiedzieć o tym, co mi się przydarzyło, Natalia nigdy nie przeżyłaby tego piekła. I miałam rację – ta historia będzie toczyć się dopóki „Jan” będzie wolny, lub dopóki ktoś (albo coś), go nie powstrzyma.

***

Opowiem Wam pewną historię. Historię, która wydarzyła się naprawdę i w którą można albo uwierzyć, albo nie. To jest historia, której bohaterów można łatwo osądzić, zadać pytanie: jakim cudem się nie zorientowali, że coś jest nie tak? Jak trzeba być głupim, by połknąć te wszystkie dręczące znaki zapytania pojawiające się w głowie, albo jak bardzo musi człowiekowi czegoś w życiu brakować, by był w stanie je stłumić bez mrugnięcia okiem.

Szczerze? Nie wiem. Nie mam na to pytanie prostej odpowiedzi.

To nie żaden coming out, ale po latach wiem, że jedyne, co mogę zrobić, to o tym powiedzieć i mam nadzieję, że komuś w trakcie lektury tego wpisu zadzwoni w głowie odpowiedni dzwonek i pomyśli: "o kurczę, to ta sama historia" i pomoże sobie, lub bliskiej osobie, która miała tego pecha i wpadła w labirynt czyichś, perfekcyjnie skrojonych kłamstw, historii i manipulacji.

Historia zaczyna się w lipcowy poranek pięć lat temu. Piszę wówczas osobistego bloga, pełnego moich zdjęć, emocjonalnych historii, wywodów. Nie są to łzawe wypociny i poezja, ale każdy z głową na karku może wywnioskować, że nie jestem szczęśliwa i że wskazówka samopoczucia schyla się ku czerwonej kreseczce. Pod jednym ze wpisów pojawia się komentarz od nieznajomej osoby. Drugi, trzeci, czwarty. Wiem, że to facet, czuję, że się zainteresował nie tylko tym, co piszę, ale też mną, a raczej tym, jak się czuję. A czuję się źle. Kilka miesięcy wcześniej przeżyłam największe rozczarowanie w życiu, które wciąż okupowałam złym samopoczuciem, bardzo niską samooceną, a przede wszystkim uczuciem zmarnowanych lat i poczuciem jakiejś wielkiej niesprawiedliwości. Czułam się bardzo osamotniona i z perspektywy czasu wiem, że psychiatra ten okres nazwałby "epizodem depresyjnym".

Pojawia się ktoś, kto się mną (MNĄ!) interesuje, stara się mi zaimponować, a do tego okazuje się, że sam jest niesamowicie interesującą personą. Jest fotografem, jego zdjęcia można oglądać na różnych specjalistycznych serwisach, projektuje wnętrza, które także można oglądać, kocha muzykę, podobne filmy, lubi pisać, mieszka sam, ma psa i kota, ma grupę świetnych i podobnie interesujących znajomych a do tego, jest przystojny i świetnie wygląda. Jedyny minus: mieszka na drugim końcu Polski, w Grudziądzu.

Po kilku dniach pisania, wyjeżdżam na Mazury, gdzie będę mogła tylko czasami pisać SMSy. Wymieniamy się numerami, przez całą podróż na stojąco w pociągu piszę z nim. O wszystkim - o swoim życiu, o świecie, o plotkach, o jedzeniu. Wiecie, takie pisanie, by siebie poznać. Wysyła mi swoje MMSy: z psem, przed kompem, z gitarą, na zakupach, co jadł na śniadanie. Widzę wszędzie albo jego twarz, albo jego przedramię, które miało bardzo charakterystyczny tatuaż. Miło mi, że dzieli się ze mną swoim życiem, że pamięta o mnie nawet jak wyrzuca śmieci, pisze mi o tym, a ja się orientuję, że kiedy tego nie robi, zaczyna mi tego brakować.

Zaczynamy do siebie dzwonić. Śmieszna sprawa, bo pierwszy telefon ma miejsce w nocy. Wymknęłam się ukradkiem z łódki, żeby nikogo nie budzić, poszłam na pomost i zdecydowałam się zadzwonić. Noc, księżyc, jezioro, świerszcze no i on - w Grudziądzu. Odebrał, a mnie zdziwiło, że mówi szeptem, ale przecież pora tak późna, że pewnie też nie chce budzić nikogo (!? - mieszka sam). Gadamy ponad godzinę i kończymy tylko dlatego, że ludzie z łódek obok zaczęli wstawać i szli do toalet, a widok szczękającej z zimna o 5 nad ranem i gadającej przez telefon dziewczyny, może budzić pewne wątpliwości.

Reszta wakacji na Mazurach mija mi pod znakiem chęci jak najszybszego powrotu do domu i internetu, gdzie będziemy mogli gadać godzinami i wreszcie się zobaczyć. Prosi mnie, bym wysłała mu kartkę. Podaje mi adres, a ja ślę pocztówkę.

Dzień powrotu nadchodzi. Dodaję go od razu na gg, gdzie widzę opis, z którego wiem, że czeka na mnie i że się cieszy, że wracam. Przez kolejne dwa, czy trzy dni, nie mogę się oderwać od komputera. To taki niezwykły człowiek - myślę sobie za każdym razem, gdy opowiada mi kolejne historie. Np. tę, że w loterii Orange wygrał BMW. Oczywiście nie dowierzam - wchodzę na stronę Orange, szukam na ten temat informacji, ale nie mogę znaleźć. Widzę za to zdjęcia zwycięzców. On też tam jest. Jestem bardzo zdziwiona, ale nabieram do niego w tym momencie zaufania, bo skoro aż taka wykręcona historia się potwierdza, nie mam powodów, by mu nie wierzyć i zakładać, że kłamie.

Szybko go poznaję - okazuje się, że w swoim 29 letnim życiu sporo przeżył. Przeżył bardzo rozwód rodziców, aczkolwiek jego ojciec, wolny ptak, w małżeństwie tylko unieszczęśliwiałby matkę, więc uznał, że takie rozwiązanie było najlepsze. Z ojczymem nie miał dobrych kontaktów, ale kiedy jako dziecko miał do ojca żal o to, że wyrzekł się swojej rodziny, przyjął jego nazwisko. Ojczym jednak też postanowił odejść, a on, zraniony i wściekły na niego, zmienił nazwisko, by nie mieć z nim nic wspólnego. Ból złagodził fakt, iż na jego 21 urodziny matka podarowała mu prezent w postaci siostry, o której istnieniu nie wiedział.

Kasia jest rok starsza ode mnie. Poznaję ją dość szybko w tej całej historii, bo odkąd się o sobie dowiedzieli, byli ze sobą blisko. Kasia to taki typ chłopczycy, nieprzebierającej w słowach, ale zabawnej, wesołej i otwartej na ludzi. Widzę, że zależy jej na tym, żebyśmy miały dobry kontakt, chociaż nie zawsze chce mi się z nią gadać. Wolę z Marcinem (bo tak ma na imię mój internetowy chłopak).

Wreszcie się umawiamy, to znaczy znajdujemy dogodny termin na jego przyjazd. Nie znam go, nie wiem kim jest, więc decyduję się na niego tylko pod warunkiem, że będzie on w moim mieście i że odwiedzi mnie w moim rodzinnym domu. On wcale się nie płoszy, za to wybiera się na wielkie zakupy w poszukiwaniu prezentów dla mnie. Zapomniałam dodać - Marcin jest bardzo zamożny.

A ja cieszę się ogromnie. Mówię mamie, opowiadam o nim siostrze, mojej przyjaciółce i znajomym. Wszyscy się cieszą, że poznałam kogoś nowego, ciekawego, a przede wszystkim kogoś, kto poświęca mi czas i uwagę, i naprawdę wydaje się być w to wszystko bardzo zaangażowany. Na pewno bardziej ode mnie, a to dotychczas niespotykane.

Marcin ma bernardyna, z którym musi przyjechać, bo nie miałby się kto nim zająć. Myślę sobie - fajnie, kolejna atrakcja, a poza tym z psem jakoś raźniej. Gdyby to był jakiś pitbull, może miałabym obawy, ale bernardyn? Nie ma innej możliwości - Marcin musi być dobrym człowiekiem.

Sprzątam cały dom, gotuję, kupuję sobie kilka nowych ciuchów, wyrywam nawet chwasty z chodnika przed domem. W końcu nadchodzi dzień, w którym Marcin ma przyjechać. Od rana nie jem, bo zwyczajnie nie potrafię. Dostaję MMSa spakowanych walizek, a kilka godzin później selfie z auta - z tej wygranej w loterii Orange BMW. Mija kolejnych kilka godzin, ale Marcin nie odpisuje na SMSy, ani nie odbiera telefonu. Trochę mnie to niepokoi, ale myślę sobie, że pewnie chce mnie zaskoczyć i jednak zrobić niespodziankę. Po jakimś czasie jednak orientuję się, że nie może mi zrobić żadnej niespodzianki, bo miałam mu podać adres przez telefon, więc choćby chciał, nie ma jak do mnie dojechać. W tym momencie bardzo mnie to dziwi, ale szybko przypominam sobie, że nie chciał znać dokładnego adresu, by nie sprawdzać nic na mapach Googli i mieć niespodziankę na miejscu. Z tego samego powodu dotychczas przez telefon mówił do mnie szeptem, żeby zachować coś dla mnie na pierwsze spotkanie.

Robi się późno, a Marcina, ani wieści od niego ani widu, ani słychu. Około 22:00 godzę się z myślą, że on już nie przyjedzie. Jestem zła, rozczarowana i smutna. Dzwonię do niego i, o dziwo, podnosi słuchawkę. Słyszę samochód, jakieś głosy, radio, muzykę, ale przede wszystkim, słyszę kobiecy śmiech.

Ok, już wiem. Oszukał mnie.

W nocy źle śpię, sprawdzam telefon. Około 4:00 dostaję nawał SMSów. Same przeprosiny, kajanie się, a do tego historia o tym, jak jego bernardyn podczas podróży dostał jakiegoś ataku paniki, zaczął wymiotować, a on musiał znaleźć mu szybko weterynarza. Po tylu latach nie pamiętam już dokładnie jak tłumaczył tę historię, ale była bardzo przekonująca. Głosu dziewczyny w aucie nie był w stanie wytłumaczyć, ale to chyba bardziej ja nie chciałam już wnikać. Ustaliliśmy kolejny przyjazd, było dobrze.

Jako, że się nie zobaczyliśmy, on postanowił, że musimy to sobie jakoś zrekompensować, więc umówiliśmy się na nockę na telefonie. Mieliśmy być sami i mieliśmy opowiedzieć sobie o wszystkim, co chcielibyśmy o sobie wiedzieć. Ja zaczynam.

Opowiadam mu więc o wszystkim. O przyjaźniach z podstawówki, o koleżankach z gimnazjum, o miłości z liceum, o tym jak się skończyła, o chorobie ojca, o jego śmierci, o tym jak potem żyłam, o wszystkich swoich sukcesach, ale przede wszystkim o wszystkich swoich problemach, porażkach, błędach i rzeczach, których się wstydzę, ale o których chcę komuś powiedzieć. Przez przypadek mówię też o powierzonej mi tajemnicy. On reaguje wspaniale. Pociesza mnie, mówi, że to ok, jest empatyczny, czuły, wyrozumiały. On opowiada mi o swoim życiu, głównie o związkach, które go mocno poszarpały. Pokazuje mi swoje byłe dziewczyny i prosi, żebym się z nimi nigdy nie kontaktowała w jego sprawie, bo on tego nie przeżyje. Odciął się od tego i nie chce już nigdy do tego wracać. Dziwi mnie to trochę, bo po co miałabym się z nimi kontaktować, ale jestem w stanie zrozumieć, że coś przeżył i zwyczajnie wyraził taką prośbę. Kiedy rano wiemy o sobie wszystko, kładę się spać z myślą, że znalazłam pokrewną duszę i nareszcie mam kogoś, kto mnie rozumie i wie o mnie wszystko. Kogoś przed kim nie muszę niczego udawać.

Wakacje się kończą, ja wracam do Krakowa, w którym mieszkam przez jakiś czas kompletnie sama, jednak nie czuję tego w ogóle, bo Marcin jest cały czas ze mną. Pracuję zdalnie, więc mogę z nim ciągle rozmawiać, a rozmawiamy ze sobą przez 8-10 godzin dziennie. Przez telefon. Wieczorami oglądamy razem filmy (wisimy wtedy na telefonie), gramy w literaki, piszemy ze sobą, on pomaga mi w pracy, ja robię mu jakieś rzeczy do projektów - sielanka. Jedyny minus - ciągle wszystko dzieje się w internecie.

Pewnego wieczoru przyjaciółka zaprasza mnie do siebie na noc. Ma nowe mieszkanie, zaręczyła się. Mówię Marcinowi, że wychodzę do niej, on się cieszy, a w związku z tym, że ja mam wieczór zajęty, on też postanawia wyjść ze znajomymi.

Jadę tramwajem na koniec Krakowa i wpada mi do głowy myśl, o tym, że to taki typ człowieka, który ciągle jest ze znajomymi - foty z wyjazdów, świetnie nakręcone filmiki z Londynu, znad morza, z różnych imprez, masa kreatywnych pomysłów też udokumentowana fotami i filmikami. Mija wrzesień, a to pierwszy raz, kiedy on spotyka się ze znajomymi. Wierci mnie ta myśl, ale szybko sobie ją racjonalizuję. Musiał się po prostu we mnie naprawdę zakochać.

U przyjaciółki jest świetnie. Wino, zaręczyny, jedzenie. Do pewnego momentu sprawdzam telefon, ale w skrzynce pusto. Wysyłam mu jakiegoś miłego SMSa, telefon wrzucam do torby i wracam do gości, a wieczór mnie pochłania. Kiedy docieram do domu, mam kilkadziesiąt nieodebranych połączeń i tyle samo SMSów.

Zaczynają się łagodnie, potem zdradzają podenerwowanie, a potem dostaję po twarzy stekiem rynsztokowych słów. To jedynie mnie szokuje, bo boli mnie to, co pisze między nimi. A pisze mniej więcej:

Jednak myliłem się co do ciebie, jesteś właśnie taka, jak mi opowiadałaś podczas wieczoru szczerości - jesteś nikim.

A potem mnie straszy, że wszyscy dowiedzą się o mojej tajemnicy (wówczas spadłam rok niżej na studiach, a co gorsza, musiałam czekać rok na wznowienie) i o całej reszcie moich osobistych rzeczy.

Jeśli w realnym życiu można byłoby mieć ścieżkę dźwiękową, w tamtym momencie usłyszałabym huk trzaskających drzwi, które właśnie się za mną zamknęły. Nie ma ucieczki.

Rano budzę się i przypominam sobie poprzedni wieczór. Czuję jak sufit spada mi na głowę. Około 10:00 Marcin dzwoni. O dziwo jest spokojny, chce się dogadać. Mówi, że go poniosło, ale, że wściekł się, że nie odbieram i nie odpisuję. Mówi, że spanikował, że go zdradzam, bo przecież jestem taka piękna i mądra, i wyjątkowa. Że przeprasza za to, co pisał, ale upił się w tej rozpaczy i że to alkohol podyktował mu te słowa. A ja przez tę noc zdążyłam wpędzić się w poczucie winy, że przecież mogłam zerknąć na telefon, że faktycznie, co ze mnie za dziewczyna, która po kilku lampkach wina zapomina o tym, że ktoś na mnie czeka i się o mnie martwi. Bo przecież jestem jego dziewczyną. (!?) Bo on mnie kocha. (!?)

Dalsza część dnia mija spokojnie i miło, ale już nie jest tak, jak było. Zaczynam się go bać, a raczej boję się tego, ile on o mnie wie i co z tą wiedzą może zrobić. Nabieram przekonania, że jest wszechmocny i wiem już, że ma nade mną całkowitą kontrolę.

Kilka dni później oglądamy jego ulubione filmy: Fight Club i Hard Candy. Oba mają ciężki klimat, nie potrafię ich ze spokojem obejrzeć. W końcu wyrzucam z siebie to, że czuję się jakby mną manipulował. Że się nie widzieliśmy, że zwraca się do mnie jak do psa, chociaż wątpię, by tak mówił do psa, którego kocha, że nie jest mi dobrze i że chcę, żebyśmy się wreszcie zobaczyli.

Jego reakcja - płacz.

Że mu nie ufam, że on się tak stara, że poświęca dla mnie cały swój czas, że olał znajomych, że oszczędza kasę i... że właśnie finalizuje sprzedaż swojego mieszkania i przeprowadza się dla mnie do Krakowa. Że skoro mnie tak zawiódł ze spotkaniem, postanowił zrobić to z pompą i na całego.

Moja myśl - jestem potwornie niesprawiedliwa.

Przekładamy więc termin ustalonego spotkania na bliżej nieokreślony termin, a on się poprawia. Pewnego dnia kłócę się z moją mamą po raz kolejny i opowiadam mu o tej kłótni. Jego reakcja mnie przeraża, a kiedy mu o tym mówię, wyżywa się na mnie. Jest to już kolejny raz, kiedy równa mnie z błotem, szantażuje, a potem uśmierza ból, przekonuje o swoim uczuciu i koi. Co ważne, zaczyna mi pokazywać, że ma szczere intencje wobec mnie, a to moi bliscy i najbliżsi warunkują swoją miłość do mnie. Mama wymaga studiów, przyjaciółka spotkań, siostra ma faceta i ma mnie w dupie, a dziadkowie chcą, żebym się inaczej ubierała i schudła. A on nie chce ode mnie niczego, poza tym, żebym była sobą.

Zaczynam więcej czasu rozmawiać z jego siostrą. Dzielę się z nią coraz większymi wątpliwościami co do Marcina. Kaśka okazuje się być bardzo spoko. Mówi mi, że wie o tym, ze Marcin ma problemy z nerwami, że jest cholerykiem i że bywa impulsywny, ale że to bardzo wrażliwy i dobry chłopak, który kilka razy w życiu został mocno zraniony i stąd te reakcje. Stała za tym kobieta z dzieckiem, do którego on bardzo się przywiązał, a ona odeszła zostawiając go samego jak palec, w obcym mieście. Kasia mówi mi, że Marcin chciał adoptować to dziecko.

Znowu - Marcin musi być dobrym człowiekiem.

Jakoś dzieje się tak, że załatwiam Kaśce pracę w mojej firmie. Ona przedstawiając się, opowiada wszystkim, że jestem jej szwagierką, że jestem dziewczyną jej brata i że się świetnie rozumiemy. Pomagam jej w pierwszych dniach pracy, bierzemy za siebie zastępstwa, pomagamy sobie. Marcinowi coraz częściej odpieprza, a ja zaczynam traktować to jak chleb powszedni. Staję się tak obojętna, że liczy się tylko dla mnie to, żebym mogła tak rozplanować nasze rozmowy, by móc pójść do sklepu w tym samym czasie, kiedy on będzie zajęty i nie będzie się awanturował.

Pewnego dnia rozmawiamy o religii, a on dowiedziawszy się, że wierzę w Boga dosłownie zniszczył mnie i zrównał z ziemią. Zaczął wysyłać mi jakieś filmy, łącznie z Zeitgeistem, pokazywał mi absurdy w Biblii, a na sam koniec pokazał mi, że na Wikipedii Jezus Chrystus nie istnieje jako postać historyczna. Śmiej się czytelniku, ale wtedy naprawdę runął mi świat.

Wymagająca "zła" matka, odcięta ode mnie (jego nożem) rodzina, zajęta swoim życiem (w moim mniemaniu) przyjaciółka i nieistniejący Bóg, w którego wierzyłam odkąd pamiętam - oto zgliszcza mojej rzeczywistości. Jedyna postać, która przy mnie jest, to Marcin. Mój święty obrońca, na którego jestem skazana.

Niepostrzeżenie nastał grudzień. Od tygodni nie wychodzę z domu, nie widuję się ze znajomymi, którzy coraz częściej pytają: "Ej, co z tym twoim facetem jest nie tak?", a nie tak było wszystko.

Zespamowany chamskimi komentarzami mój profil na Facebooku. Podobnie zresztą blog. Faceci, z którymi coś mnie kiedyś łączyło musieli być usunięci ze znajomych, pod groźbą wiadomo czego - wyjawienia wszystkiego, co on o mnie wie i co na mnie ma. Tego kroku nie byłam w stanie zrobić, więc po prostu zawiesiłam konto na FB i założyłam nowe. Tak mogłam wytłumaczyć niedodanie kogoś do znajomych. Usuwanie bliskich mi osób z tego grona nie byłoby do wytłumaczenia.

Zdałam sobie sprawę, że wszystko, co było moje, już moje nie jest, że oplatają mnie macki człowieka, którego się boję, a bez którego nie potrafię funkcjonować, bo to w nim leży całe moje poczucie wartości. Z resztą - o jakich wartościach ja mówię, skoro wszystkie zdążył zrujnować, a ja się czuję jak na pobojowisku. Jestem zrozpaczona.

Tak się dzieje, że oglądam dokument o Karli Homolce, która, by zadowolić swojego męża, zwabiała młode dziewczyny po to, by ten mógł je gwałcić, a potem zabijać. Ostatnią ofiarą jest siostra Homolki, którą także poświęciła dla swojego męża potwora. Mimo, że znałam tę historię, jestem wstrząśnięta. To przecież mogę być ja za kilka lat. Przecież ja i tak już robię to, co on mi każe. Widzę w morderczyni siebie i wiem już jedno - chcę i muszę to skończyć.

Wiem też, że żeby mi się to udało, muszę mieć jakieś argumenty. Wiem, czuję, że mnie oszukuje, nie wierzę mu w żadne słowo, ale nie mam na to dowodów. Postanawiam je znaleźć.

Zaczynam go googlać, a z racji tego, ze pracuję w portalu, w którym zawodowo zajmuję się odpowiadaniem na pytania, jestem biegła w szperaniu i przekopywaniu się przez wyszukiwarkę. Na hasło "Marcin Jastrzębski" wyskakuje kilka tysięcy wyników i orientuję się, że mimo, że to popularne połączenie, żaden z Marcinów nie jest tym, którego szukam. Sprawdzam jego pracę - jedną, drugą, trzecią. Jeszcze raz wyszukuję, tym razem dokładnie, na stronie loterii Orange.

Zostaje mi ostatni trop - więzienie, do którego mi się po jakimś czasie przyznał. Tak, łyknęłam i to, ale z odpowiednią podkładką w postaci byłej dziewczyny, która wówczas z nim była i mocno go wspierała, a wszystko co z tym związane, publikowała na blogu i jego kochanej siostry, która opowiedziała mi o tym, jak głupi Marcin nie kupował biletów i nie płacił mandatów i jak zły pan policjant zabrał go na kilkadziesiąt dni do więzienia. Zaczęłam szukać tego więzienia, w którym siedział i... nie potrafiłam go znaleźć. W Grudziądzu jest tylko jedno więzienie, ale dla kobiet. Więc i tu mnie okłamał.

OK - myślę sobie - jestem dobra w szukaniu, ale ty znowu jesteś lepszy w ukrywaniu się. I tak dobiliśmy do stycznia, w którym na moje nieszczęście zerwałam torebkę stawową i wylądowałam na kilka tygodni w gipsie. Mróz, śnieg po kolana, a ja z nogą w gipsie, uwięziona na czwartym piętrze bloku bez windy.

Czuję się jak w więzieniu dosłownie i w przenośni. On oczywiście wyczuwa moją dziwną od kilku tygodni, obojętną postawę i chce coś zmienić. We mnie nagle coś pęka i po raz pierwszy mówię mu "nie".

A dokładnie mówię: I'm done. Nie chcę już tego, wypisuję się z tego układu.

Reakcja? Do przewidzenia. Histeria, rozpacz, agresja, potem znów rozpacz, po próbę samobójczą. Oczywiście przez telefon. Zdobywam się na śmiałość i mówię mu, że mu nie wierzę, ale jeśli faktycznie właśnie łyka tabletki, to dzwonię na pogotowie, bo on chyba nie pamięta, ale znam jego adres (w końcu wysłałam na niego kartkę z wakacji, a on ją dostał). W sekundzie on przytomnieje, a ostatnie słowa jakie do niego mówię to: "wiedziałam".

Przez kolejne dni mam wyłączony telefon, on nie pisze, a ja doskonale wiem czemu. Pisze za to do mnie jego siostra, wysłanniczka pokoju, która w mailach przeprasza mnie za niego i prosi mnie, żebym z nim pogadała, bo Marcin taki załamany. Widzę wtedy, że ma identyczny styl pisania, stosuje te same, a charakterystyczne dla niego znaki interpunkcyjne i emotikony. Kolejne wiadomości kasuję bez czytania.

Temat z czasem przycicha. Ja rezygnuję z pracy, w której codziennie współpracuję z jego siostrą, zaczynam inną pracę, zapominam o tej historii na ponad rok. W ciągu tego czasu poznaję wspaniałe dziewczyny, z którymi wynajmuję mieszkanie i idę na psychologię, bo chcę wraz z policjantami tropić psychopatów.

Pierwszą sesję zdaję i jadę do domu odpocząć. Poranki spędzam na jedzeniu śniadania w akompaniamencie porannej ramówki. Pewnego ranka serce mi zamiera. Na ekranie telewizora widzę Marcina.

Właśnie wygrał jakiś konkurs na najlepszą męską stylizację, czy coś podobnie bzdurnego. Zanim moje myśli zdążyły pobiec w jakimkolwiek kierunku, zatrzymały się na pasku z imieniem i nazwiskiem. Bynajmniej nie tym, które znałam. Pobiegłam do laptopa i zaczęłam googlać imię i nazwisko, które przed chwilą zobaczyłam.

Jest. Jedna praca. Druga praca. Profil na Facebooku z imienia i nazwiska. Kilkuset znajomych. Tony znanych mi zdjęć. Własna firma. KRS, adres, telefon o innym numerze, inne miasto. Jest i auto wygrane w loterii Orange.

Z kim ja, do kurwy nędzy, pisałam przez pół roku?!

Żeby się tego dowiedzieć, piszę najpierw do człowieka, którego kilka minut wcześniej zobaczyłam we własnym telewizorze. Potem piszę do jednej z jego byłych dziewczyn.

Pierwsza odpisuje ona. Trzydziestoparoletnia kobieta, na dość wysokim stanowisku, po kilku kierunkach na dobrych uczelniach. Pytam czy możemy porozmawiać o Marcinie, ona z uśmiechem odpisuje: czekałam kiedy ta chwila nastąpi.

Rozmowa z nią, która trwała kilka godzin, mija mi w mgnieniu oka. Okazuje się, że dziewczyna, z którą mówił mi, że mieszkał kilka lat, nigdy, podobnie jak ja, nie widziała go na oczy. Ona to samo myślała o mnie. Znała wersję, że Marcin utrzymuje nas w Krakowie, gdzie razem mieszkamy. Powiedziała mi, że jest "nas" więcej i że Marcin ma repertuar postaci, którymi operuje w swoich ściemach. Wszystkich łączy jedna cecha wspólna - długie zadbane dready.

Jest mi niedobrze, trzęsę się z zimna, mimo, że jest ciepło, bo zaczyna się wiosna. Siedzę jak na szpilkach i czekam, aż odpisze mi ten chłopak, któremu Marcin ukradł tożsamość, znajomych, życiorys i twarz.

Odpisuje jednym zdaniem: O nieeeee, znowu? :/

Za chwilę mój wewnętrzny soundtrack znów odegra odgłos dramatycznego huku, kiedy dowiem się, że Marcinem jest "taka laska z Grudziądza".

Kaśka.

W sekundzie wszystkie znaki zapytania zmieniają się w kropki i absolutnie wszystko staje się jasną, klarowną całością. Dlaczego się nigdy nie widzieliśmy, dlaczego siedział wiecznie w domu, dlaczego Kaśka zawsze łagodziła konflikty, dlaczego lubili te same rzeczy, dlaczego mieli te same, specyficzne żarty, wszystko, każdy jeden puzelek znalazł swoje miejsce. Wreszcie rozumiem po co "Marcin" rozmawiał ze mną szeptem przez telefon. Taki drobiazg - chciał ukryć, że jest kobietą.

Ostatnim puzelkiem jest jedyna prawdziwa rzecz jaką o sobie powiedział - więzienie. W Grudziądzu, jak już wspomniałam, jest jedno więzienie. Dla kobiet.

Nie mdleję i nie rzygam, ale jest blisko. Konfrontuję się z Kaśką i z Marcinem. W ciągu dwóch minut oboje blokują mnie na fejsie.

Myślę czy reszta dziewczyn o tym wie, czy są świadome, bo przecież trzeba coś z tym zrobić! Wiedziałam, że pewnie każda z "nas" wie o sobie nawzajem, a że skoro ja prowadzę bloga, to one na pewno o tym wiedzą. Piszę więc krótki wpis czymś w rodzaju niewidzialnego atramentu, nieczytelnym dla innych, ale widzialnym dla wtajemniczonych.

Zaskoczyło. Odzywa się do mnie ofiara numer jeden, którą udało mu się perfidnie oszukiwać i gnieść przez kilka długich lat. Z szacunku do niej, nie zdradzę żadnych szczegółów, ale począwszy od inteligencji, przez pracę, edukację, na poziomie życia kończąc, to osoba reprezentująca bardzo wysoki poziom.

Zdzwaniamy się, a ja mówię jej, co odkryłam i czego się dowiedziałam. Zdruzgotało to ją, ale obie ustaliłyśmy, że to ogromne szczęście znać wreszcie prawdę.

Chcę coś z tym zrobić, uznajemy, że będzie trudno, bo to ryzykowne - w końcu on/ona wciąż ma w posiadaniu kawał naszych historii i życia.

A potem okazuje się, że nie mamy czego zrobić, bo zwyczajnie nie ma na to paragrafu. Kasia nie podszywała się pod nikogo konkretnego - nie udawała tamtego faceta, lecz stworzyła sobie sztuczną postać, której nadała tylko jego twarz. A nawet, gdyby ukradła jego tożsamość w stu procentach, to i tak z punktu widzenia prawa, nie zrobiła nic złego, bo nie osiągała z tego tytułu żadnych korzyści finansowych. Według prawa ona nie robi nic złego, a ja i reszta dziewczyn jesteśmy, delikatnie mówiąc, głupie.

I tak się też czujemy, choć mogę mówić tylko za siebie. To takie swoiste: "mogłaś nie wkładać tak krótkiej spódniczki, więc się nie dziw, że ktoś cię zgwałcił". Kiedy decydowałam się opowiedzieć tę historię znajomym, widziałam na ich twarzach bardzo duże zdziwienie i zwątpienie w moją normalność, bo przecież od początku coś śmierdziało, przecież on był daleko, przecież miliard różnych argumentów. Dlatego potem jeśli ją opowiadałam, to tylko po alkoholu, w ramach pokręconej anegdotki, na wesoło, bo przecież to nic takiego.

I byłabym w stanie ten temat olać (mimo, że czuję ogromny dyskomfort z tego powodu, że nic, dosłownie nic, nie można z tym zrobić), gdyby nie fakt, że ta historia WCIĄŻ się toczy. W tym roku odezwały się do mnie najpierw dwie dziewczyny, które "Marcin" ściemniał dwa razy dłużej ode mnie, a ostatnio kolejna, która szok przeżyła na tyle mocno, że przyznam szczerze, że się o nią martwię, bo zniknęła z sieci kompletnie. Perfidia polega na tym, że posłużył się znów tym samym wizerunkiem, co w moim przypadku.

Mam bardzo mieszane uczucia czy dobrze robię publikując ten wpis, bo wiem, że moja postawa może być kompletnie niezrozumiała dla innych. Że to wcale nie stalking, ani prześladowanie, bo dobrowolnie dałam się w to wciągnąć i tkwiłam w tym wirtualnym bagnie. Problem polega na tym, że nie ma znaczenia, czy odchodzisz od znęcającego się nad tobą partnera i musisz do tego spakować walizki, czy robisz to na odległość. W kilkuset zdaniach nie da się zawrzeć tego całego mechanizmu, którym ta (co trzeba jej przyznać) niezwykle inteligentna osoba, potrafiła operować aż tak wiele razy i przez niejednokrotnie bardzo długi czas, paraliżując swoją kolejną ofiarę. Nigdy nie pomyliła się w swoich kłamstwach, ale żadnego nie można jej było udowodnić (no, chyba, że się miało takie szczęście jak ja i przez przypadek trafiło się na taką bombę). Wtedy kłamstwem okazuje się być wszystko.

Jestem absolutnie pewna co do tego, że Kaśka nadal robi to co robi, nikt jednak nie ma pojęcia komu tym razem funduje to piekło. Na pewno nie jest to osoba asertywna i pewna siebie - na pewno nie w tej chwili. Na pewno jest to uczennica, albo studentka w wieku od 17 do 25 lat. Jest to ładna dziewczyna z dobrego domu, związana z rodzicami, ale samotna i neurotyczna. Najprawdopodobniej ma duże oczy i możliwe, że ma piercing lub tatuaże. Na pewno jest bardzo wrażliwa i w tym momencie życiowo zagubiona.

Prawdopodobieństwo, że ten wpis dotrze do tej osoby, albo do kogoś z jej znajomych, który w dodatku pokojarzy fakty, jest znikome, ale z drugiej strony, jakie było prawdopodobieństwo, że odkryję tożsamość "Marcina Jastrzębskiego" wstając pewnego dnia pół godziny wcześniej i włączając śniadaniówkę na TVNie...?

***

Schemat "Marcina" / "Jana"   powtarzający się u wszystkich "z nas", a jest nas co najmniej dziesiątka: 29-32 lata, mieszka w Grudziądzu / Gdańsku / Wrocławiu. Ma psa (obecnie labradora) i kota, może mieć dready. Jest fotografem, posiada konie, z których żyje, jeepa lub BMW, projektuje wnętrza i meble. Uwielbia Fisza, Placebo, Fight ClubHard Candy, jest ateistą po akcie apostazji. Lubi tatuaże i piercing. Kocha ketchup Włocławek. Ma specyficzną manierę nadużywania wielokropka, który zapisuje w postaci dwóch kropek. Mówi szeptem, trochę sepleni. Twierdzi, ze gra na gitarze, możliwe, że podsyła swoje covery - sztandarowe to "Tainted love".

Ma siostrę, Kasię.

large[Grafika: seanmundy] *** EPILOG

Podobne wpisy

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress