Horror, który przeżyłam

30 czerwca 2014 Blog

Kiedy dziś rano robiłam poniedziałkową prasówkę do kawy, trafiłam na tekst o „Janie”. Wylądował w którejś z kolei zakładce, czekając na swoją kolej. Wtem napisała do mnie przyjaciółka, ponaglając mnie do lektury tego tekstu. Napisała tylko kilka słów, które wystarczyły, bym w sekundę miała nogi jak z waty: „Kurwa, Justyna, TO JEST TO”.

Pobieżnie przejrzałam tekst i po kilku hasłach-kluczach, wiedziałam, że znam „Jana”.

W tej chwili żałuję jednej, jedynej rzeczy. Że tego tekstu, który za chwilę przeczytacie, nie opublikowałam w październiku zeszłego roku, czyli wtedy, gdy go napisałam. Zwyczajnie przestraszyłam się tego, co ludzie o mnie pomyślą, mimo, że minęło już pięć lat. Dzisiaj, czytając historię Natalii, wiem, że być może gdybym wtedy miała odwagę powiedzieć o tym, co mi się przydarzyło, Natalia nigdy nie przeżyłaby tego piekła. I miałam rację – ta historia będzie toczyć się dopóki „Jan” będzie wolny, lub dopóki ktoś (albo coś), go nie powstrzyma.

***

Opowiem Wam pewną historię. Historię, która wydarzyła się naprawdę i w którą można albo uwierzyć, albo nie. To jest historia, której bohaterów można łatwo osądzić, zadać pytanie: jakim cudem się nie zorientowali, że coś jest nie tak? Jak trzeba być głupim, by połknąć te wszystkie dręczące znaki zapytania pojawiające się w głowie, albo jak bardzo musi człowiekowi czegoś w życiu brakować, by był w stanie je stłumić bez mrugnięcia okiem.

Szczerze? Nie wiem. Nie mam na to pytanie prostej odpowiedzi.

To nie żaden coming out, ale po latach wiem, że jedyne, co mogę zrobić, to o tym powiedzieć i mam nadzieję, że komuś w trakcie lektury tego wpisu zadzwoni w głowie odpowiedni dzwonek i pomyśli: "o kurczę, to ta sama historia" i pomoże sobie, lub bliskiej osobie, która miała tego pecha i wpadła w labirynt czyichś, perfekcyjnie skrojonych kłamstw, historii i manipulacji.

Historia zaczyna się w lipcowy poranek pięć lat temu. Piszę wówczas osobistego bloga, pełnego moich zdjęć, emocjonalnych historii, wywodów. Nie są to łzawe wypociny i poezja, ale każdy z głową na karku może wywnioskować, że nie jestem szczęśliwa i że wskazówka samopoczucia schyla się ku czerwonej kreseczce. Pod jednym ze wpisów pojawia się komentarz od nieznajomej osoby. Drugi, trzeci, czwarty. Wiem, że to facet, czuję, że się zainteresował nie tylko tym, co piszę, ale też mną, a raczej tym, jak się czuję. A czuję się źle. Kilka miesięcy wcześniej przeżyłam największe rozczarowanie w życiu, które wciąż okupowałam złym samopoczuciem, bardzo niską samooceną, a przede wszystkim uczuciem zmarnowanych lat i poczuciem jakiejś wielkiej niesprawiedliwości. Czułam się bardzo osamotniona i z perspektywy czasu wiem, że psychiatra ten okres nazwałby "epizodem depresyjnym".

Pojawia się ktoś, kto się mną (MNĄ!) interesuje, stara się mi zaimponować, a do tego okazuje się, że sam jest niesamowicie interesującą personą. Jest fotografem, jego zdjęcia można oglądać na różnych specjalistycznych serwisach, projektuje wnętrza, które także można oglądać, kocha muzykę, podobne filmy, lubi pisać, mieszka sam, ma psa i kota, ma grupę świetnych i podobnie interesujących znajomych a do tego, jest przystojny i świetnie wygląda. Jedyny minus: mieszka na drugim końcu Polski, w Grudziądzu.

Po kilku dniach pisania, wyjeżdżam na Mazury, gdzie będę mogła tylko czasami pisać SMSy. Wymieniamy się numerami, przez całą podróż na stojąco w pociągu piszę z nim. O wszystkim - o swoim życiu, o świecie, o plotkach, o jedzeniu. Wiecie, takie pisanie, by siebie poznać. Wysyła mi swoje MMSy: z psem, przed kompem, z gitarą, na zakupach, co jadł na śniadanie. Widzę wszędzie albo jego twarz, albo jego przedramię, które miało bardzo charakterystyczny tatuaż. Miło mi, że dzieli się ze mną swoim życiem, że pamięta o mnie nawet jak wyrzuca śmieci, pisze mi o tym, a ja się orientuję, że kiedy tego nie robi, zaczyna mi tego brakować.

Zaczynamy do siebie dzwonić. Śmieszna sprawa, bo pierwszy telefon ma miejsce w nocy. Wymknęłam się ukradkiem z łódki, żeby nikogo nie budzić, poszłam na pomost i zdecydowałam się zadzwonić. Noc, księżyc, jezioro, świerszcze no i on - w Grudziądzu. Odebrał, a mnie zdziwiło, że mówi szeptem, ale przecież pora tak późna, że pewnie też nie chce budzić nikogo (!? - mieszka sam). Gadamy ponad godzinę i kończymy tylko dlatego, że ludzie z łódek obok zaczęli wstawać i szli do toalet, a widok szczękającej z zimna o 5 nad ranem i gadającej przez telefon dziewczyny, może budzić pewne wątpliwości.

Reszta wakacji na Mazurach mija mi pod znakiem chęci jak najszybszego powrotu do domu i internetu, gdzie będziemy mogli gadać godzinami i wreszcie się zobaczyć. Prosi mnie, bym wysłała mu kartkę. Podaje mi adres, a ja ślę pocztówkę.

Dzień powrotu nadchodzi. Dodaję go od razu na gg, gdzie widzę opis, z którego wiem, że czeka na mnie i że się cieszy, że wracam. Przez kolejne dwa, czy trzy dni, nie mogę się oderwać od komputera. To taki niezwykły człowiek - myślę sobie za każdym razem, gdy opowiada mi kolejne historie. Np. tę, że w loterii Orange wygrał BMW. Oczywiście nie dowierzam - wchodzę na stronę Orange, szukam na ten temat informacji, ale nie mogę znaleźć. Widzę za to zdjęcia zwycięzców. On też tam jest. Jestem bardzo zdziwiona, ale nabieram do niego w tym momencie zaufania, bo skoro aż taka wykręcona historia się potwierdza, nie mam powodów, by mu nie wierzyć i zakładać, że kłamie.

Szybko go poznaję - okazuje się, że w swoim 29 letnim życiu sporo przeżył. Przeżył bardzo rozwód rodziców, aczkolwiek jego ojciec, wolny ptak, w małżeństwie tylko unieszczęśliwiałby matkę, więc uznał, że takie rozwiązanie było najlepsze. Z ojczymem nie miał dobrych kontaktów, ale kiedy jako dziecko miał do ojca żal o to, że wyrzekł się swojej rodziny, przyjął jego nazwisko. Ojczym jednak też postanowił odejść, a on, zraniony i wściekły na niego, zmienił nazwisko, by nie mieć z nim nic wspólnego. Ból złagodził fakt, iż na jego 21 urodziny matka podarowała mu prezent w postaci siostry, o której istnieniu nie wiedział.

Kasia jest rok starsza ode mnie. Poznaję ją dość szybko w tej całej historii, bo odkąd się o sobie dowiedzieli, byli ze sobą blisko. Kasia to taki typ chłopczycy, nieprzebierającej w słowach, ale zabawnej, wesołej i otwartej na ludzi. Widzę, że zależy jej na tym, żebyśmy miały dobry kontakt, chociaż nie zawsze chce mi się z nią gadać. Wolę z Marcinem (bo tak ma na imię mój internetowy chłopak).

Wreszcie się umawiamy, to znaczy znajdujemy dogodny termin na jego przyjazd. Nie znam go, nie wiem kim jest, więc decyduję się na niego tylko pod warunkiem, że będzie on w moim mieście i że odwiedzi mnie w moim rodzinnym domu. On wcale się nie płoszy, za to wybiera się na wielkie zakupy w poszukiwaniu prezentów dla mnie. Zapomniałam dodać - Marcin jest bardzo zamożny.

A ja cieszę się ogromnie. Mówię mamie, opowiadam o nim siostrze, mojej przyjaciółce i znajomym. Wszyscy się cieszą, że poznałam kogoś nowego, ciekawego, a przede wszystkim kogoś, kto poświęca mi czas i uwagę, i naprawdę wydaje się być w to wszystko bardzo zaangażowany. Na pewno bardziej ode mnie, a to dotychczas niespotykane.

Marcin ma bernardyna, z którym musi przyjechać, bo nie miałby się kto nim zająć. Myślę sobie - fajnie, kolejna atrakcja, a poza tym z psem jakoś raźniej. Gdyby to był jakiś pitbull, może miałabym obawy, ale bernardyn? Nie ma innej możliwości - Marcin musi być dobrym człowiekiem.

Sprzątam cały dom, gotuję, kupuję sobie kilka nowych ciuchów, wyrywam nawet chwasty z chodnika przed domem. W końcu nadchodzi dzień, w którym Marcin ma przyjechać. Od rana nie jem, bo zwyczajnie nie potrafię. Dostaję MMSa spakowanych walizek, a kilka godzin później selfie z auta - z tej wygranej w loterii Orange BMW. Mija kolejnych kilka godzin, ale Marcin nie odpisuje na SMSy, ani nie odbiera telefonu. Trochę mnie to niepokoi, ale myślę sobie, że pewnie chce mnie zaskoczyć i jednak zrobić niespodziankę. Po jakimś czasie jednak orientuję się, że nie może mi zrobić żadnej niespodzianki, bo miałam mu podać adres przez telefon, więc choćby chciał, nie ma jak do mnie dojechać. W tym momencie bardzo mnie to dziwi, ale szybko przypominam sobie, że nie chciał znać dokładnego adresu, by nie sprawdzać nic na mapach Googli i mieć niespodziankę na miejscu. Z tego samego powodu dotychczas przez telefon mówił do mnie szeptem, żeby zachować coś dla mnie na pierwsze spotkanie.

Robi się późno, a Marcina, ani wieści od niego ani widu, ani słychu. Około 22:00 godzę się z myślą, że on już nie przyjedzie. Jestem zła, rozczarowana i smutna. Dzwonię do niego i, o dziwo, podnosi słuchawkę. Słyszę samochód, jakieś głosy, radio, muzykę, ale przede wszystkim, słyszę kobiecy śmiech.

Ok, już wiem. Oszukał mnie.

W nocy źle śpię, sprawdzam telefon. Około 4:00 dostaję nawał SMSów. Same przeprosiny, kajanie się, a do tego historia o tym, jak jego bernardyn podczas podróży dostał jakiegoś ataku paniki, zaczął wymiotować, a on musiał znaleźć mu szybko weterynarza. Po tylu latach nie pamiętam już dokładnie jak tłumaczył tę historię, ale była bardzo przekonująca. Głosu dziewczyny w aucie nie był w stanie wytłumaczyć, ale to chyba bardziej ja nie chciałam już wnikać. Ustaliliśmy kolejny przyjazd, było dobrze.

Jako, że się nie zobaczyliśmy, on postanowił, że musimy to sobie jakoś zrekompensować, więc umówiliśmy się na nockę na telefonie. Mieliśmy być sami i mieliśmy opowiedzieć sobie o wszystkim, co chcielibyśmy o sobie wiedzieć. Ja zaczynam.

Opowiadam mu więc o wszystkim. O przyjaźniach z podstawówki, o koleżankach z gimnazjum, o miłości z liceum, o tym jak się skończyła, o chorobie ojca, o jego śmierci, o tym jak potem żyłam, o wszystkich swoich sukcesach, ale przede wszystkim o wszystkich swoich problemach, porażkach, błędach i rzeczach, których się wstydzę, ale o których chcę komuś powiedzieć. Przez przypadek mówię też o powierzonej mi tajemnicy. On reaguje wspaniale. Pociesza mnie, mówi, że to ok, jest empatyczny, czuły, wyrozumiały. On opowiada mi o swoim życiu, głównie o związkach, które go mocno poszarpały. Pokazuje mi swoje byłe dziewczyny i prosi, żebym się z nimi nigdy nie kontaktowała w jego sprawie, bo on tego nie przeżyje. Odciął się od tego i nie chce już nigdy do tego wracać. Dziwi mnie to trochę, bo po co miałabym się z nimi kontaktować, ale jestem w stanie zrozumieć, że coś przeżył i zwyczajnie wyraził taką prośbę. Kiedy rano wiemy o sobie wszystko, kładę się spać z myślą, że znalazłam pokrewną duszę i nareszcie mam kogoś, kto mnie rozumie i wie o mnie wszystko. Kogoś przed kim nie muszę niczego udawać.

Wakacje się kończą, ja wracam do Krakowa, w którym mieszkam przez jakiś czas kompletnie sama, jednak nie czuję tego w ogóle, bo Marcin jest cały czas ze mną. Pracuję zdalnie, więc mogę z nim ciągle rozmawiać, a rozmawiamy ze sobą przez 8-10 godzin dziennie. Przez telefon. Wieczorami oglądamy razem filmy (wisimy wtedy na telefonie), gramy w literaki, piszemy ze sobą, on pomaga mi w pracy, ja robię mu jakieś rzeczy do projektów - sielanka. Jedyny minus - ciągle wszystko dzieje się w internecie.

Pewnego wieczoru przyjaciółka zaprasza mnie do siebie na noc. Ma nowe mieszkanie, zaręczyła się. Mówię Marcinowi, że wychodzę do niej, on się cieszy, a w związku z tym, że ja mam wieczór zajęty, on też postanawia wyjść ze znajomymi.

Jadę tramwajem na koniec Krakowa i wpada mi do głowy myśl, o tym, że to taki typ człowieka, który ciągle jest ze znajomymi - foty z wyjazdów, świetnie nakręcone filmiki z Londynu, znad morza, z różnych imprez, masa kreatywnych pomysłów też udokumentowana fotami i filmikami. Mija wrzesień, a to pierwszy raz, kiedy on spotyka się ze znajomymi. Wierci mnie ta myśl, ale szybko sobie ją racjonalizuję. Musiał się po prostu we mnie naprawdę zakochać.

U przyjaciółki jest świetnie. Wino, zaręczyny, jedzenie. Do pewnego momentu sprawdzam telefon, ale w skrzynce pusto. Wysyłam mu jakiegoś miłego SMSa, telefon wrzucam do torby i wracam do gości, a wieczór mnie pochłania. Kiedy docieram do domu, mam kilkadziesiąt nieodebranych połączeń i tyle samo SMSów.

Zaczynają się łagodnie, potem zdradzają podenerwowanie, a potem dostaję po twarzy stekiem rynsztokowych słów. To jedynie mnie szokuje, bo boli mnie to, co pisze między nimi. A pisze mniej więcej:

Jednak myliłem się co do ciebie, jesteś właśnie taka, jak mi opowiadałaś podczas wieczoru szczerości - jesteś nikim.

A potem mnie straszy, że wszyscy dowiedzą się o mojej tajemnicy (wówczas spadłam rok niżej na studiach, a co gorsza, musiałam czekać rok na wznowienie) i o całej reszcie moich osobistych rzeczy.

Jeśli w realnym życiu można byłoby mieć ścieżkę dźwiękową, w tamtym momencie usłyszałabym huk trzaskających drzwi, które właśnie się za mną zamknęły. Nie ma ucieczki.

Rano budzę się i przypominam sobie poprzedni wieczór. Czuję jak sufit spada mi na głowę. Około 10:00 Marcin dzwoni. O dziwo jest spokojny, chce się dogadać. Mówi, że go poniosło, ale, że wściekł się, że nie odbieram i nie odpisuję. Mówi, że spanikował, że go zdradzam, bo przecież jestem taka piękna i mądra, i wyjątkowa. Że przeprasza za to, co pisał, ale upił się w tej rozpaczy i że to alkohol podyktował mu te słowa. A ja przez tę noc zdążyłam wpędzić się w poczucie winy, że przecież mogłam zerknąć na telefon, że faktycznie, co ze mnie za dziewczyna, która po kilku lampkach wina zapomina o tym, że ktoś na mnie czeka i się o mnie martwi. Bo przecież jestem jego dziewczyną. (!?) Bo on mnie kocha. (!?)

Dalsza część dnia mija spokojnie i miło, ale już nie jest tak, jak było. Zaczynam się go bać, a raczej boję się tego, ile on o mnie wie i co z tą wiedzą może zrobić. Nabieram przekonania, że jest wszechmocny i wiem już, że ma nade mną całkowitą kontrolę.

Kilka dni później oglądamy jego ulubione filmy: Fight Club i Hard Candy. Oba mają ciężki klimat, nie potrafię ich ze spokojem obejrzeć. W końcu wyrzucam z siebie to, że czuję się jakby mną manipulował. Że się nie widzieliśmy, że zwraca się do mnie jak do psa, chociaż wątpię, by tak mówił do psa, którego kocha, że nie jest mi dobrze i że chcę, żebyśmy się wreszcie zobaczyli.

Jego reakcja - płacz.

Że mu nie ufam, że on się tak stara, że poświęca dla mnie cały swój czas, że olał znajomych, że oszczędza kasę i... że właśnie finalizuje sprzedaż swojego mieszkania i przeprowadza się dla mnie do Krakowa. Że skoro mnie tak zawiódł ze spotkaniem, postanowił zrobić to z pompą i na całego.

Moja myśl - jestem potwornie niesprawiedliwa.

Przekładamy więc termin ustalonego spotkania na bliżej nieokreślony termin, a on się poprawia. Pewnego dnia kłócę się z moją mamą po raz kolejny i opowiadam mu o tej kłótni. Jego reakcja mnie przeraża, a kiedy mu o tym mówię, wyżywa się na mnie. Jest to już kolejny raz, kiedy równa mnie z błotem, szantażuje, a potem uśmierza ból, przekonuje o swoim uczuciu i koi. Co ważne, zaczyna mi pokazywać, że ma szczere intencje wobec mnie, a to moi bliscy i najbliżsi warunkują swoją miłość do mnie. Mama wymaga studiów, przyjaciółka spotkań, siostra ma faceta i ma mnie w dupie, a dziadkowie chcą, żebym się inaczej ubierała i schudła. A on nie chce ode mnie niczego, poza tym, żebym była sobą.

Zaczynam więcej czasu rozmawiać z jego siostrą. Dzielę się z nią coraz większymi wątpliwościami co do Marcina. Kaśka okazuje się być bardzo spoko. Mówi mi, że wie o tym, ze Marcin ma problemy z nerwami, że jest cholerykiem i że bywa impulsywny, ale że to bardzo wrażliwy i dobry chłopak, który kilka razy w życiu został mocno zraniony i stąd te reakcje. Stała za tym kobieta z dzieckiem, do którego on bardzo się przywiązał, a ona odeszła zostawiając go samego jak palec, w obcym mieście. Kasia mówi mi, że Marcin chciał adoptować to dziecko.

Znowu - Marcin musi być dobrym człowiekiem.

Jakoś dzieje się tak, że załatwiam Kaśce pracę w mojej firmie. Ona przedstawiając się, opowiada wszystkim, że jestem jej szwagierką, że jestem dziewczyną jej brata i że się świetnie rozumiemy. Pomagam jej w pierwszych dniach pracy, bierzemy za siebie zastępstwa, pomagamy sobie. Marcinowi coraz częściej odpieprza, a ja zaczynam traktować to jak chleb powszedni. Staję się tak obojętna, że liczy się tylko dla mnie to, żebym mogła tak rozplanować nasze rozmowy, by móc pójść do sklepu w tym samym czasie, kiedy on będzie zajęty i nie będzie się awanturował.

Pewnego dnia rozmawiamy o religii, a on dowiedziawszy się, że wierzę w Boga dosłownie zniszczył mnie i zrównał z ziemią. Zaczął wysyłać mi jakieś filmy, łącznie z Zeitgeistem, pokazywał mi absurdy w Biblii, a na sam koniec pokazał mi, że na Wikipedii Jezus Chrystus nie istnieje jako postać historyczna. Śmiej się czytelniku, ale wtedy naprawdę runął mi świat.

Wymagająca "zła" matka, odcięta ode mnie (jego nożem) rodzina, zajęta swoim życiem (w moim mniemaniu) przyjaciółka i nieistniejący Bóg, w którego wierzyłam odkąd pamiętam - oto zgliszcza mojej rzeczywistości. Jedyna postać, która przy mnie jest, to Marcin. Mój święty obrońca, na którego jestem skazana.

Niepostrzeżenie nastał grudzień. Od tygodni nie wychodzę z domu, nie widuję się ze znajomymi, którzy coraz częściej pytają: "Ej, co z tym twoim facetem jest nie tak?", a nie tak było wszystko.

Zespamowany chamskimi komentarzami mój profil na Facebooku. Podobnie zresztą blog. Faceci, z którymi coś mnie kiedyś łączyło musieli być usunięci ze znajomych, pod groźbą wiadomo czego - wyjawienia wszystkiego, co on o mnie wie i co na mnie ma. Tego kroku nie byłam w stanie zrobić, więc po prostu zawiesiłam konto na FB i założyłam nowe. Tak mogłam wytłumaczyć niedodanie kogoś do znajomych. Usuwanie bliskich mi osób z tego grona nie byłoby do wytłumaczenia.

Zdałam sobie sprawę, że wszystko, co było moje, już moje nie jest, że oplatają mnie macki człowieka, którego się boję, a bez którego nie potrafię funkcjonować, bo to w nim leży całe moje poczucie wartości. Z resztą - o jakich wartościach ja mówię, skoro wszystkie zdążył zrujnować, a ja się czuję jak na pobojowisku. Jestem zrozpaczona.

Tak się dzieje, że oglądam dokument o Karli Homolce, która, by zadowolić swojego męża, zwabiała młode dziewczyny po to, by ten mógł je gwałcić, a potem zabijać. Ostatnią ofiarą jest siostra Homolki, którą także poświęciła dla swojego męża potwora. Mimo, że znałam tę historię, jestem wstrząśnięta. To przecież mogę być ja za kilka lat. Przecież ja i tak już robię to, co on mi każe. Widzę w morderczyni siebie i wiem już jedno - chcę i muszę to skończyć.

Wiem też, że żeby mi się to udało, muszę mieć jakieś argumenty. Wiem, czuję, że mnie oszukuje, nie wierzę mu w żadne słowo, ale nie mam na to dowodów. Postanawiam je znaleźć.

Zaczynam go googlać, a z racji tego, ze pracuję w portalu, w którym zawodowo zajmuję się odpowiadaniem na pytania, jestem biegła w szperaniu i przekopywaniu się przez wyszukiwarkę. Na hasło "Marcin Jastrzębski" wyskakuje kilka tysięcy wyników i orientuję się, że mimo, że to popularne połączenie, żaden z Marcinów nie jest tym, którego szukam. Sprawdzam jego pracę - jedną, drugą, trzecią. Jeszcze raz wyszukuję, tym razem dokładnie, na stronie loterii Orange.

Zostaje mi ostatni trop - więzienie, do którego mi się po jakimś czasie przyznał. Tak, łyknęłam i to, ale z odpowiednią podkładką w postaci byłej dziewczyny, która wówczas z nim była i mocno go wspierała, a wszystko co z tym związane, publikowała na blogu i jego kochanej siostry, która opowiedziała mi o tym, jak głupi Marcin nie kupował biletów i nie płacił mandatów i jak zły pan policjant zabrał go na kilkadziesiąt dni do więzienia. Zaczęłam szukać tego więzienia, w którym siedział i... nie potrafiłam go znaleźć. W Grudziądzu jest tylko jedno więzienie, ale dla kobiet. Więc i tu mnie okłamał.

OK - myślę sobie - jestem dobra w szukaniu, ale ty znowu jesteś lepszy w ukrywaniu się. I tak dobiliśmy do stycznia, w którym na moje nieszczęście zerwałam torebkę stawową i wylądowałam na kilka tygodni w gipsie. Mróz, śnieg po kolana, a ja z nogą w gipsie, uwięziona na czwartym piętrze bloku bez windy.

Czuję się jak w więzieniu dosłownie i w przenośni. On oczywiście wyczuwa moją dziwną od kilku tygodni, obojętną postawę i chce coś zmienić. We mnie nagle coś pęka i po raz pierwszy mówię mu "nie".

A dokładnie mówię: I'm done. Nie chcę już tego, wypisuję się z tego układu.

Reakcja? Do przewidzenia. Histeria, rozpacz, agresja, potem znów rozpacz, po próbę samobójczą. Oczywiście przez telefon. Zdobywam się na śmiałość i mówię mu, że mu nie wierzę, ale jeśli faktycznie właśnie łyka tabletki, to dzwonię na pogotowie, bo on chyba nie pamięta, ale znam jego adres (w końcu wysłałam na niego kartkę z wakacji, a on ją dostał). W sekundzie on przytomnieje, a ostatnie słowa jakie do niego mówię to: "wiedziałam".

Przez kolejne dni mam wyłączony telefon, on nie pisze, a ja doskonale wiem czemu. Pisze za to do mnie jego siostra, wysłanniczka pokoju, która w mailach przeprasza mnie za niego i prosi mnie, żebym z nim pogadała, bo Marcin taki załamany. Widzę wtedy, że ma identyczny styl pisania, stosuje te same, a charakterystyczne dla niego znaki interpunkcyjne i emotikony. Kolejne wiadomości kasuję bez czytania.

Temat z czasem przycicha. Ja rezygnuję z pracy, w której codziennie współpracuję z jego siostrą, zaczynam inną pracę, zapominam o tej historii na ponad rok. W ciągu tego czasu poznaję wspaniałe dziewczyny, z którymi wynajmuję mieszkanie i idę na psychologię, bo chcę wraz z policjantami tropić psychopatów.

Pierwszą sesję zdaję i jadę do domu odpocząć. Poranki spędzam na jedzeniu śniadania w akompaniamencie porannej ramówki. Pewnego ranka serce mi zamiera. Na ekranie telewizora widzę Marcina.

Właśnie wygrał jakiś konkurs na najlepszą męską stylizację, czy coś podobnie bzdurnego. Zanim moje myśli zdążyły pobiec w jakimkolwiek kierunku, zatrzymały się na pasku z imieniem i nazwiskiem. Bynajmniej nie tym, które znałam. Pobiegłam do laptopa i zaczęłam googlać imię i nazwisko, które przed chwilą zobaczyłam.

Jest. Jedna praca. Druga praca. Profil na Facebooku z imienia i nazwiska. Kilkuset znajomych. Tony znanych mi zdjęć. Własna firma. KRS, adres, telefon o innym numerze, inne miasto. Jest i auto wygrane w loterii Orange.

Z kim ja, do kurwy nędzy, pisałam przez pół roku?!

Żeby się tego dowiedzieć, piszę najpierw do człowieka, którego kilka minut wcześniej zobaczyłam we własnym telewizorze. Potem piszę do jednej z jego byłych dziewczyn.

Pierwsza odpisuje ona. Trzydziestoparoletnia kobieta, na dość wysokim stanowisku, po kilku kierunkach na dobrych uczelniach. Pytam czy możemy porozmawiać o Marcinie, ona z uśmiechem odpisuje: czekałam kiedy ta chwila nastąpi.

Rozmowa z nią, która trwała kilka godzin, mija mi w mgnieniu oka. Okazuje się, że dziewczyna, z którą mówił mi, że mieszkał kilka lat, nigdy, podobnie jak ja, nie widziała go na oczy. Ona to samo myślała o mnie. Znała wersję, że Marcin utrzymuje nas w Krakowie, gdzie razem mieszkamy. Powiedziała mi, że jest "nas" więcej i że Marcin ma repertuar postaci, którymi operuje w swoich ściemach. Wszystkich łączy jedna cecha wspólna - długie zadbane dready.

Jest mi niedobrze, trzęsę się z zimna, mimo, że jest ciepło, bo zaczyna się wiosna. Siedzę jak na szpilkach i czekam, aż odpisze mi ten chłopak, któremu Marcin ukradł tożsamość, znajomych, życiorys i twarz.

Odpisuje jednym zdaniem: O nieeeee, znowu? :/

Za chwilę mój wewnętrzny soundtrack znów odegra odgłos dramatycznego huku, kiedy dowiem się, że Marcinem jest "taka laska z Grudziądza".

Kaśka.

W sekundzie wszystkie znaki zapytania zmieniają się w kropki i absolutnie wszystko staje się jasną, klarowną całością. Dlaczego się nigdy nie widzieliśmy, dlaczego siedział wiecznie w domu, dlaczego Kaśka zawsze łagodziła konflikty, dlaczego lubili te same rzeczy, dlaczego mieli te same, specyficzne żarty, wszystko, każdy jeden puzelek znalazł swoje miejsce. Wreszcie rozumiem po co "Marcin" rozmawiał ze mną szeptem przez telefon. Taki drobiazg - chciał ukryć, że jest kobietą.

Ostatnim puzelkiem jest jedyna prawdziwa rzecz jaką o sobie powiedział - więzienie. W Grudziądzu, jak już wspomniałam, jest jedno więzienie. Dla kobiet.

Nie mdleję i nie rzygam, ale jest blisko. Konfrontuję się z Kaśką i z Marcinem. W ciągu dwóch minut oboje blokują mnie na fejsie.

Myślę czy reszta dziewczyn o tym wie, czy są świadome, bo przecież trzeba coś z tym zrobić! Wiedziałam, że pewnie każda z "nas" wie o sobie nawzajem, a że skoro ja prowadzę bloga, to one na pewno o tym wiedzą. Piszę więc krótki wpis czymś w rodzaju niewidzialnego atramentu, nieczytelnym dla innych, ale widzialnym dla wtajemniczonych.

Zaskoczyło. Odzywa się do mnie ofiara numer jeden, którą udało mu się perfidnie oszukiwać i gnieść przez kilka długich lat. Z szacunku do niej, nie zdradzę żadnych szczegółów, ale począwszy od inteligencji, przez pracę, edukację, na poziomie życia kończąc, to osoba reprezentująca bardzo wysoki poziom.

Zdzwaniamy się, a ja mówię jej, co odkryłam i czego się dowiedziałam. Zdruzgotało to ją, ale obie ustaliłyśmy, że to ogromne szczęście znać wreszcie prawdę.

Chcę coś z tym zrobić, uznajemy, że będzie trudno, bo to ryzykowne - w końcu on/ona wciąż ma w posiadaniu kawał naszych historii i życia.

A potem okazuje się, że nie mamy czego zrobić, bo zwyczajnie nie ma na to paragrafu. Kasia nie podszywała się pod nikogo konkretnego - nie udawała tamtego faceta, lecz stworzyła sobie sztuczną postać, której nadała tylko jego twarz. A nawet, gdyby ukradła jego tożsamość w stu procentach, to i tak z punktu widzenia prawa, nie zrobiła nic złego, bo nie osiągała z tego tytułu żadnych korzyści finansowych. Według prawa ona nie robi nic złego, a ja i reszta dziewczyn jesteśmy, delikatnie mówiąc, głupie.

I tak się też czujemy, choć mogę mówić tylko za siebie. To takie swoiste: "mogłaś nie wkładać tak krótkiej spódniczki, więc się nie dziw, że ktoś cię zgwałcił". Kiedy decydowałam się opowiedzieć tę historię znajomym, widziałam na ich twarzach bardzo duże zdziwienie i zwątpienie w moją normalność, bo przecież od początku coś śmierdziało, przecież on był daleko, przecież miliard różnych argumentów. Dlatego potem jeśli ją opowiadałam, to tylko po alkoholu, w ramach pokręconej anegdotki, na wesoło, bo przecież to nic takiego.

I byłabym w stanie ten temat olać (mimo, że czuję ogromny dyskomfort z tego powodu, że nic, dosłownie nic, nie można z tym zrobić), gdyby nie fakt, że ta historia WCIĄŻ się toczy. W tym roku odezwały się do mnie najpierw dwie dziewczyny, które "Marcin" ściemniał dwa razy dłużej ode mnie, a ostatnio kolejna, która szok przeżyła na tyle mocno, że przyznam szczerze, że się o nią martwię, bo zniknęła z sieci kompletnie. Perfidia polega na tym, że posłużył się znów tym samym wizerunkiem, co w moim przypadku.

Mam bardzo mieszane uczucia czy dobrze robię publikując ten wpis, bo wiem, że moja postawa może być kompletnie niezrozumiała dla innych. Że to wcale nie stalking, ani prześladowanie, bo dobrowolnie dałam się w to wciągnąć i tkwiłam w tym wirtualnym bagnie. Problem polega na tym, że nie ma znaczenia, czy odchodzisz od znęcającego się nad tobą partnera i musisz do tego spakować walizki, czy robisz to na odległość. W kilkuset zdaniach nie da się zawrzeć tego całego mechanizmu, którym ta (co trzeba jej przyznać) niezwykle inteligentna osoba, potrafiła operować aż tak wiele razy i przez niejednokrotnie bardzo długi czas, paraliżując swoją kolejną ofiarę. Nigdy nie pomyliła się w swoich kłamstwach, ale żadnego nie można jej było udowodnić (no, chyba, że się miało takie szczęście jak ja i przez przypadek trafiło się na taką bombę). Wtedy kłamstwem okazuje się być wszystko.

Jestem absolutnie pewna co do tego, że Kaśka nadal robi to co robi, nikt jednak nie ma pojęcia komu tym razem funduje to piekło. Na pewno nie jest to osoba asertywna i pewna siebie - na pewno nie w tej chwili. Na pewno jest to uczennica, albo studentka w wieku od 17 do 25 lat. Jest to ładna dziewczyna z dobrego domu, związana z rodzicami, ale samotna i neurotyczna. Najprawdopodobniej ma duże oczy i możliwe, że ma piercing lub tatuaże. Na pewno jest bardzo wrażliwa i w tym momencie życiowo zagubiona.

Prawdopodobieństwo, że ten wpis dotrze do tej osoby, albo do kogoś z jej znajomych, który w dodatku pokojarzy fakty, jest znikome, ale z drugiej strony, jakie było prawdopodobieństwo, że odkryję tożsamość "Marcina Jastrzębskiego" wstając pewnego dnia pół godziny wcześniej i włączając śniadaniówkę na TVNie...?

***

Schemat "Marcina" / "Jana"   powtarzający się u wszystkich "z nas", a jest nas co najmniej dziesiątka: 29-32 lata, mieszka w Grudziądzu / Gdańsku / Wrocławiu. Ma psa (obecnie labradora) i kota, może mieć dready. Jest fotografem, posiada konie, z których żyje, jeepa lub BMW, projektuje wnętrza i meble. Uwielbia Fisza, Placebo, Fight ClubHard Candy, jest ateistą po akcie apostazji. Lubi tatuaże i piercing. Kocha ketchup Włocławek. Ma specyficzną manierę nadużywania wielokropka, który zapisuje w postaci dwóch kropek. Mówi szeptem, trochę sepleni. Twierdzi, ze gra na gitarze, możliwe, że podsyła swoje covery - sztandarowe to "Tainted love".

Ma siostrę, Kasię.

large[Grafika: seanmundy] *** EPILOG

Podobne wpisy

  • bazyllia

    omg

    • Krzysztof Lancaster Kotkowicz

      OMFG.

  • Anna

    Pamietam jak kiedys, jeszcze gdy bylam podlotkiem jeden z moich starszych kuzynow uznal, ze bedzie niezwykle zabawne udawac nieznanego mi osobiscie, ale oczarowanego moja osoba adoratora. Na szczescie przyznal sie do wszystkiego jeszcze tego samego dnia, ale do dzisiaj czuje pewien dyskomfort na wspomnienie tej sytuacji.
    A to tylko malutki procent tego, co przezylas Ty.
    Wydaje mi sie jednak, ze to pokazuje, ze jestes bardzo silna- podnioslas sie po calej tej historii (co pewnie nie bylo latwe). A na pewno Twoj opis udowadnia, ze Julia/Kasia/Marcin/Jan jest bardzo zagubiona, niepewna siebie, okrutna osoba.

  • Ania

    Przepraszam, to może okrutne z mojej strony, ale czy NAPRAWDĘ dla inteligentnej kobiety (bo zapewne taką jest Pani i inne ofiary) nie wydawało się od początku podejrzane: 1. mówienie szeptem, 2. brak chęci spotkania (w dzisiejszych czasach drugi koniec Polski to żaden argument, 3. czy nie chciała Pani rozmawiać z nim na skypie i jak ewentualnie on tego odmawiał? Proszę mnie źle nie zrozumieć, to nie jest wpis w stylu „zgwałcił cię? widocznie zasłużyłaś”. Sama spędziłam dużo czasu na portalu randkowym, nawiązałam kilka znajomości (niektóre bardziej udane inne mniej), ale w moim przypadku skype (z użyciem kamerki) czy spotkanie pojawiało się niemal natychmiastowo (mimo znacznej odległości – kilkuset kilometrów). Te relacje nie przetrwały, ci mężczyźni często byli wobec mnie nieuczciwi (np. flirtowali z wieloma innymi kobietami), ale nie wyobrażam sobie takiej sytuacji o której Pani pisze…Pozdrawiam serdecznie

    • Ad 2. Przecież autorka napisała, że plany spotkań były i wszystko ku nim zmierzało.

      Mnie się wydaje, że jeśli ktoś znajduje się w dołku (autorka napisała, że miała wtedy raczej kiepski okres i miała zaniżone poczucie własnej wartości), często rozpaczliwie szuka akceptacji drugiego człowieka. Wówczas nawet znaki, które dla postronnego obserwatora świadczyłyby o tym, że wszystko jest grubymi nićmi szyte, dla osoby zaangażowanej są w zasadzie niewidoczne, w końcu wszystko można sobie wytłumaczyć w taki czy inny sposób.

    • Emma

      Bez obrazy, widac ze nie mialas z tym doczynienia – prosze przeczytac o czyms takim jak socjotechnika, manipulacja emocjami jest opanowna do perfekcji i w bardzo szybkim tempie wylapuje sie najslabsze i najczulsze elementy psychiki „ofiary”. Tumozna nawet poznac osobiscie (!!!!) i miezkac pod jednym dachem z taka osoba. Osoba – fizyczna postac – nie ma tu nic do rzeczy.
      Przezylam cos podobnego, wiem o czym mowa. Bardzo serdecznie wspolczuje, zycze duzo sily i zdrowia.
      Pozdrawiam

    • sheepy

      ta historia działa się kilka dobrych lat temu – kiedy kamerki i skype nie były w 1/3 tak popularne i naturalne, jak są obecnie.

  • ms

    Cześć! To już 3 wpis na ten temat. Zastanawiam się tylko czy aby na pewno Kaśka nie może ponieść prawnych konsekwencji? Bardzo mi przykro, że przeżyłaś taką historię.

  • Dobrze zrobiłaś pisząc o tym, serio.

  • Jezu, ta historia mnie przeraża. I to nie dlatego, że można się zastanawiać nad Twoją głupotą – bo na pewno głupia nie jesteś, na pewno też nie naiwna. Przeraża mnie to, jak sprytni mogą być ludzie, jak chętni, by zniszczyć komuś życie. Oczywiście można się zastanawiać, czemu różne rzeczy nie zostały odebrane jako sygnały ostrzegawcze, ale to właśnie o to chodzi, by nie zostały odebrane. Ta osoba wie, jak dobrze sobie okręcić drugą osobę wokół palca. Ma w tym doświadczenie i wie jak to robić. Nie chcę też gdybać, jak ja bym zareagowała, bo wszyscy doskonale wiemy, że nie da się przewidzieć naszego zachowania na sto procent, było temu poświęconych wiele badań. Ta historia jest straszna i wydaje mi się okropne, że nadal trwa…

  • chyba czas na unowocześnienie prawa, to przestępstwo jak się patrzy… zwyczajne oszustwo, które może powodować uszczerbek na zdrowiu psychicznym

    • Krzysztof Lancaster Kotkowicz

      Już zostało unowocześnione. Od jakiegoś czasu mamy paragraf na uporczywe nękanie.

      • olgacecylia

        Tyle że to nie jest nękanie, kiedy ktoś zdobywa kłamstwem Twoje zaufanie, a potem manipuluje.

        • Krzysztof Lancaster Kotkowicz

          Naprawdę chcesz mi powiedzieć, że SMSy z groźbami, szantażami i wyzwiskami nie noszą znamion nękania? SRSLY?

          • krotkiporadnik

            Postawię Ci roczny zapas piwa, jeśli uda Ci się złożyć doniesienie na fikcyjną osobę posługującą się numerem pre-paid.

          • Krzysztof Lancaster Kotkowicz

            No przecież mamy Kaśkę, która jest realną osobą. Prawda?

          • Justyna Mazur

            Tak, mamy. Musisz pamiętać, że każda z dziewczyn widziała skan dowodu „Marcina”. Dane Kasi mogły być zafałszowane wtedy, kiedy jeszcze moja historia się toczyła, a kiedy po kilku latach ujawniły się dziewczyny, które też były z Marcinem, ale znały Kaśkę z życia realnego, okazało się, że podawała mi nieistniejący w rzeczywistości adres (np. w bloku nie było tylu mieszkań, albo nie było klatki). Kilka razy byłam spakowana na podróż do Grudziądza, ale ZAWSZE coś się działo, czyli albo Marcin zachorował, albo musiał wyjechać, a kiedy skończył się repertuar wypadków losowych, zawsze tuż przed moim lub swoim przyjazdem, doprowadzał do gigantycznej awantury, po której ostatnią rzeczą, której chciałam, to jechać całą Polskę po to, by się spotkać z potworem. Potem oczywiście przepraszał i robił się jak miód. Wiem, że brzmi to strasznie nierealnie, ale naprawdę jest mi trudno oddać stan emocjonalny, w jakim może być osoba, która daje się uwikłać w coś takiego.
            Zapomniałam też dodać, że Kaśka sama w sobie dość mnie drażniła, bo była bardzo wulgarna i, co napisałam w tekście, utrzymywałam z nią jako taki kontakt, ale był on raczej spowodowany tym, że razem pracowałyśmy (zdalnie), a nie tym, że tego chciałam.
            Pod koniec 2009, kiedy miałam jechać do Grudziądza (miałam nawet bilet), Marcin zrobił mi straszną awanturę. Wówczas odezwała się Kasia, żebym przyjechała i ona mnie przenocuje. Okazja była, ale jak napisałam wyżej – wizyta u niego, tym bardziej u niej, była ostatnią rzeczą jaką chciałam zrobić po takich sajgonach.

          • Mika

            Szyszka411 prawa nie trzeba zmieniać, przepis na to jest od dawna i obejmuje również korespondencję elektroniczną. Zgadzam się z olgacecylia, że zachowanie to nosi znamiona stalkingu w niewielkim stopniu (korespondencja była początkowo dobrowolna i obustronna), jest to raczej złośliwe wprowadzenia w błąd i złośliwe nękanie, a paragraf na to mamy od lat ’70:

            „Art. 107.
            Kto w celu dokuczenia innej osobie złośliwie wprowadza ją w błąd lub w inny sposób złośliwie niepokoi, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1.500 złotych albo karze nagany.”

          • jo

            lekko mna wstrząsnelo, tyle znajomych wątków. Niewiem czemu jakoś wierzyłam że psychopatów aż tak dużo niema że to co mi sie trafiło jest rzadkim niezwykle przypadkiem i niema co się bać że drugi taki się trafi. A tu się okazuje że jest cała masa nas niegłupich, inteligentnych w takiej sytuacji która tak trudno nawet nazwać. Czy masz jakiś priv żeby napisać nie na forum? od pewnego czasu jestem z tym dość ostrożna.

  • stay high

    Przezylam cos podobnego. W zwiazku na odleglosc, jednak roznica polega na tym ze wiedzialam jak wyglada, ile ma lat, bylam w domu i ogolnie gdzie mieszka. Zaczelam zastanawiac sie dopiero gdy nie pasowaly mi imiona rodzicow te ktore znalam, z tymi ktore byly napisane w dowodzie. Nie chcial mi powiedziec. Ale ponad polowa zdarzen toczyla sie przez internet. Gwalcil mnie i wjezdzal psychicznie ze jesli mu sie nie oddam, zabije sie, wyciagal na moich oczach noz i chcial sie ciac. Pisanie z kimkolwiek bylo kontrolowane, nie moglam wspomniec o chlopaku ktory podoba sie mojej kolezance. Bo szly stosowne wyzwiska pod moim adresem. W noc, gdy bylam u niego, krylam sie z pisaniem z kolega, (dzis moim obecnym chlopakiem) sprawdzil mi telefon, dostalam w twarz, zwyzylal mnie i chcial sie zabijac, na koniec usmiezal bol, po 2 godzinach znow zmusil do stosunku. Zakonczylo sie na wiadukcie gdy chcialam skonczyc ze soba pod pociagiem. Zniosl mnie stamtad tata, przez tydzien po zdarzeniu wyjac i lykajac tabletki na uspokojenie. Gdy odzylam, zaczal znow mnie dreczyc. Dzis zostal ulotna historia, nie wiem co u niego i nie chce wiedziec. Mimo wielu niedogodnosci znow jestem szczesliwa, po dwoch latach (1,5 roku witruala, 6 miesiecy „reala) wyszlam z depresji. Czytajac historie o Janie czy Marcinie, czuje ze nie bylam sama, ze ktos mial choc w polowie podobnie do mnie. Wtedy mialam wmowione ze wszyscy sa zli. To straszne jak ludzie karmia sie czyims nieszczesciem. Pozdrawiam.

  • Pani Kowalska

    czy ktos z czytelnikow mial podobna sytuacje ale z Tomaszem? lat okolo 19 (obecnie) inteligentny zamozny, wlasna firma, po studiach w monachium, tak jak i firma. dom w gdansku, pies, kot, siostry Anna i Kasia i ckliwa historia, ze chory na raka?

    • Kinga Mak

      W moim przypadku Tomasz był nosicielem hiv, mieszkał w warszawie, trenował kolarstwo. Ale to wszystko działo się jakieś 6 lat temu…

      • Pani Kowalska

        a reszta sie zgadza? to tez bylo dawno bo 5 lat temu

    • Joanna Parafianowicz

      Prawie wszystko się zgadza…

      • Pani Kowalska

        prawie?

        • Joanna Parafianowicz

          Myślę, że wszystko… Masz konto na fb? Jeśli tak, to napisz do mnie pls. Moje dane widzisz.

          • Pani Kowalska

            napisalam

    • Ania

      Mój kolega miał historię z dziewczyną w Monachium, też było coś o domu w Gdańsku i choroba rak. Koledze udało się poznać prawdziwą tożsamość tej osoby, i wie że wkręconych było więcej. Jeśli ktoś jest zainteresowany to proszę napisać na mail kontaktowy tamaralis@op.pl

  • nana

    ms a gdzie czytałeś 3 historie?

  • Bookmeacookie

    Rany boskie. To jest materiał do nagłośnienia gdzie się tylko da. I aż ciary mnie przechodza, że nic z tym sie nie da zrobić – w sensie, że to nie jest karalne. Kontaktowałaś sie z prawnikiem, prawda? (podejrzewam, że tak, ale w razie czego pytam)

    • Kasia

      Zartujesz, co tu naglasniac ze sa glupie jak but? juz dawno im sie lamka powinna zapalic, ile mozna z facetem pisac, klikac, smsowac, to jest chore. I maja zdecydowanie za duzo wolnego czasu na pierdoly.

      • stoval

        To że ktoś jest naiwny, nie stanowi usprawiedliwienia dla zwyrodniałych zachowań wobec niego. Poza tym najwyraźniej nie wiesz czym jest depresja i jak głęboko może wpłynąć na racjonalne myślenie i umiejętność klarownej oceny sytuacji. Nigdy nie wiesz co tobie się w życiu przydarzy, więc doradzałbym więcej pokory i mniej arogancji.

  • Warto pisać o takich rzeczach. Może nie dotrze to do wielu osób zmagających się z takimi sytuacjami, ale jeśli uratuje to potencjalnie choćby jedną zagubioną osobę, to i tak warto!

  • Kinga Mak

    A niejeden „Marcin” chodzi po tym świecie…
    To straszne, czytać tak znajomo brzmiącą historię :(

  • olgacecylia

    Znam osobę, która przeżyła podobną historię. Szczegóły się różnią, ale mechanizm działania jest ten sam: uzależnienie na odległość, a później manipulacja, fundowanie huśtawki emocjonalnej. Dobrze zrobiłaś, że o tym napisałaś – takich ludzi na pewno jest więcej i trzeba mówić o tym głośno, żeby choć trochę ograniczyć im pole manewru.

    Udostępniam ten wpis. Trzymaj się!

  • Mag d’Alen

    Justynko, jeśli ktokolwiek, przeczytawszy tę historię, myśli że jesteś naiwna albo głupia, to znaczy że jest ignorantem i na dodatek miał w życiu na tyle szczęścia, że nie trafił na psychopatę. To jest dokładnie ich sposób działania: wytropić ofiarę (bo dla nich istnieją tylko 2 typy ludzi: ofiary, które trzeba wykorzystać i wrogowie, których trzeba się pozbyć), uderzać w jej czułe punkty (a znajdują je szybciej i lepiej niż najlepszy psycholog) i wykorzystać bezwzględnie do własnych celów. Dlatego to nie jest naiwność ani głupota – to jest bycie normalnym człowiekiem, w trudnym momencie, który znalazł się w łapskach drapieżnika. Ciebie uczepił się wyjątkowo hardcorowy egzemplarz (choć miałaś szczęście, że nie zrujnowała Cię finansowo, bo z reguły jeszcze taki mamy bonus), ale niestety ta cecha jest stosunkowo powszechna (ok.1% populacji) i ma różne nasilenie u różnych osób. Ja się bardzo cieszę, że to opublikowałaś, przydałby się jeszcze mały komentarz na temat klinicznego obrazu osobowości antyspołecznej i może jakiś cytat z „Psychopaci są wśród nas” Hare’go (polecam gorąco tę książkę!), po to, by ludzie mogli w ogóle dowiedzieć się o istnieniu takich osobników i wcześniej ich rozpoznawać.Niestety potoczne rozumienie słowa psychopata bardzo to utrudnia, a prawdziwym psychopatom ułatwia gierki w bycie czarującym, idealnym człowiekiem. Brrr, zawsze jak sobie przypominam książkę Hare’go to mam dreszcze. Pozdrawiam!

  • Przerażające jest to, że taka osoba jest bezkarna i prawdopodobnie maltretuje właśnie kolejne ofiary. Może dzięki wpisowi Twojemu, Segritty i NT zrobi się o tych sprawach naprawdę głośno, a na tę psychopatkę znajdzie się paragraf. Szczerze współczuję koszmaru.

    • krotkiporadnik

      Mam na to olbrzymią nadzieję.

  • Nie mogę tylko zrozumieć po co, dlaczego…

  • Do połowy tekstu myślałem, że jest o mnie, że ja jestem Marcinem, prawie wszystko się zgadzało, 4-5lat temu, sytuacje życiowe, branża, sms’y, chaty, nocne telefony, rozmowy, w jakiś sposób opętana tą ‚nierealną’ znajomością dziewczyna… W jakiś sposób opętany tym wszystkim ja… właśnie tutaj zaczynają się różnice, moje historia kończy się tak, że cztery lata temu dostałem od losu na raz żonę, adoptowałem córkę, sam zyskałem rodzinę i wypełniłem puste miejsca w życiach moich dziewczyn. 100% happy end, historia jak tysiące innych, szczęśliwa rodzina, a wszystko zaczęło się od niewinnego maila czy sms’a.
    Tym bardziej jestem w stanie zrozumieć, że łatwo można się pomylić, jak bardzo można się w tym zgubić i nie zauważyć, że coś jest nie tak. Nie da się ukryć, że w głębi duszy wszyscy jesteśmy optymistami i umysł zawsze podpowiada nam szczęśliwe zakończenia, dobre intencje, szczere chęci i pełne oddanie drugiej osoby.
    Myślę, że nawet po przeczytaniu tego tekstu część osób nie odrzuci swoich Marcinów, powiedzą im tylko ‚o jej zobacz jakie to straszne’, a oni na to ‚tak, to okropne, nas to nigdy nie spotka, nie pozwolę na to, dla Ciebie wszystko’, albo na drugim biegunie ‚jak mogłaś myśleć, że jestem kimś takim?!??!!’. Zimno się robi na myśl, dlatego trzeba o tym głośno mówić i chronić nasze dzieci. My jesteśmy pokoleniem nieco ‚eksperymentalnym’ – pierwszym wystawionym na e-rzeczywistość – przez co może bardziej podatnym na całe nieznane nam zło. Nasze dzieciaki muszą już wiedzieć wszystko o e-świecie, tak jak my wiedzieliśmy wszystko o szklanych kulkach, składakach, trzepakach, drzazgach z desek, ostrych małżach tnących naszą skórę nad dzikim zalewem i skórzanych paskach wymierzających sprawiedliwość.

    • krotkiporadnik

      Dzięki za ten komentarz. Serio.

      • edzia

        a ja przeczytałam ten artykuł i sie zastanawiam nad jednym, gdzie są te czasy gdzie ludzie poznają sie w realu? gdzie znają sie ze szkoły lub studiów… . Uwazam ze te blogi, portale społecznosciowe, smsy i mmsy to wszystko jest dla ludzi którzy mają ciutek za dużo czasu na pierdoły i pokazują ze sami szukają wrazen z nudów i jak płytkie jest ich życie. W zyciu nie zaangazowałabym sie w rozmowę z facetem ktory nie chce sie spotkać. Przykro mi ale kto szuka wrazen to tak kończy.

        • Paulina

          łatwo jest innych oceniać, ale życie bywa przewrotne. Mnie osobiście nieraz spotkało coś, na co wcześniej psioczyłam, że ja bym nigdy…Smsy, mmsy, blogi, internet – wszystko jest dla ludzi. Nie ma powodu, żeby krytykowac innych ludzi, tylko dlatego, że nie są tacy jak my!

        • Bo za moich czasów… <-to jest właśnie to opóźnienie świadomości wychowawczej o czym pisałem na samym końcu. Wszyscy słyszeliśmy to magiczne „Za moich czasów" i wszyscy mieliśmy tego po dziurki. :)

          „Bo ja to bym…" – druga równie denerwująca rzecz. :D :P

          Poza wszystkim, równie niepokojąca historia może wydarzyć się w prawdziwym życiu. Ile jest gnębionych przez mężów żon i vice versa?
          „Bo za tamtych czasów…" było tak, że jak przysięgałaś przed Bogiem, to żeby Cię mąż bił, gwałcił i podłogę Tobą wycierał, to nie mogłaś się z nim rozwieść i go zostawić bo czekał Cię lincz środowiskowy, ekskomunika i wydziedziczenie. Nie ma różnicy czy świat jest realny czy nie, psychopaci mogą pracować w każdej przestrzeni.

        • Dorota

          Nie mogę zgodzić się z Tobą w kwestii ostatniego zdania. W/w artykuł to właśnie reakcja na to, że nie mamy czasu-bo praca…Nie mamy czasu, a napisanie sms-a trwa kilka sekund…bezcenne, jeśli porównamy do tego spotkanie na kawę w centrum miasta, która może trwać aż(!) godzinę-nie licząc dojazdu. To taka skaza XXI wieku-pięta achillesowa-czas..którego nie mamy..Realne życie zastępuje nam cyberprzestrzeń…Zawsze to jakaś alternatywa-czy dobra? Raczej nie, ale przecież musimy dostosować się do rzeczywistości…

    • zgadzam sie oczywiscie – ale w imieniu Marcinów protestuję. nie godzi się tak nazywać wszystkich zwyrodnialcow, bo zapewniam ze są tez porządne Marciny

    • Panie Piotrze, świetny komentarz, nie sposób się nie zgodzić z ostatnim akapitem o wychowaniu.
      Ta historia wpadła mi w oko, bo właśnie w taki sam sposób poznałam swojego męża, ale pisałam z nim może przez miesiąc, nie dłużej. W chwili obecnej za nami 3 lata chodzenia ze sobą i 2 lata małżeństwa, chociaż na początek byłam bardzo sceptyczna co do tych znajomości z blogów. Więc trzeba uważać, ale zawsze pamiętać, że jest szansa spotkać dobrego i szczerego człowieka.

  • Nigdy nie zrozumiem, co kieruje takimi ludźmi.

  • Morderczy Realizm

    To co przeczytałem z jednej strony mnie poruszyło, z drugiej zasmuciło, z trzeciej zaciekawiło a z czwartej zmusiło do refleksji i chęci pomocy. Gdyby któraś/któryś z oszukanych w ten sposób chciał/chciała porozmawiać, dowiedzieć się jak kogoś odszukać, zweryfikować, czy po prostu pogadać, wyrzucić wszystko z siebie i nauczyć się jak ustrzec się przed czymś takim w przyszłości, to w razie czego możecie pisać do mnie na mail – raz na jakiś czas postaram się odpowiedzieć i na ile to możliwe pomóc. To straszne, że ludzie potrafią tak bardzo krzywdzić celowo innych w sumie nawet bez powodu. Straszne jest także to, że ofiarom często nie zapala się czerwona lampka sugerująca, że coś jest nie tak. Autorce gratuluję otworzenia się, opisania tego ciekawie, wpuszczenia do swojego prywatnego życia i historii. Mam nadzieję, że to będzie przestroga dla wszystkich przed nadmiernym zaufaniem a jednocześnie, że nie staniemy się paranoikami którzy zupełnie nie mają wiary w ludzi. Tak czy siak – świetny tekst. Mój mail: morderczyrealizm@gmail.com (tak, wiem sam nick nie wzbudza już zaufania, ale ja też cenię prywatność)

  • Kiedyś słyszałam podobne historie. Może z mniejszą ilością szczegółów. Bardzo współczuje i jednocześnie cieszę się, że masz to za sobą już i opisałaś to wszystko. Myślę, że każde tego typu sytuacje, związki przemocowe, toksyczne, itp. powinny być opisywane, nagłaśniane. W nadziei, że więcej osób ich uniknie lub ocknie się i wyrwie.

  • MagdaBem

    Najważniejsze że to już koniec i historia.
    Nauczka, trzeba się otrząsnąć i biec dalej. Strasznie współczuję negatywnych emocji, bo te chyba były w tej historii najgorsze. Wiem że są takie świry, ale jak ktoś tutaj w komentarzach napisał, dobrze że nie zrujnowała cię jeszcze finansowo, ja miałam mniej szczęścia. Trzymaj się cieplutko, powodzenia.

    • Daria

      Skomentowałam wyżej ale nie przejrzałam przed tem komentarzy i nie mogę się powstrzymać, bo jestem w szkoku jak czytam podobne. Nie, to nie jest najważniejsze, że „to już koniec”. Nie chodzi chyba tutaj o to, żeby wyrazić współczucie (chociaż jest to także wskazane) i zapomnieć o sprawie. Takie osoby dalej zagrażają społeczeństwu. Trzeba obudzić społeczną odwagę do poruszania tych tematów i do doprowadzania takich spraw do końca – przed wymiar sprawiedliwości. Nie żyjemy w świecie samosądów, ale nie żyjemy też w świecie, w którym nie obowiązuje żadne prawo! Nasza świadomość społeczna co do tego typu problemów jeszcze kuleje ale na boga nie piszcie, że „Najważniejsze, że już koniec”. Jaki koniec? Gdzie tu jest koniec? Za rok może się odezwać, za lat dziesięć może zapukać do drzwi! Do cholery ludzie! Nie żyjemy w epoce kamienia łupanego, gdzie moralność była wątpliwa a myślenie było magiczne! Żyjemy w świecie gdzie racjonalizm mówi nam, że to, to właśnie wyżej opisane NIE JEST OK., nie jest dobre, co więcej JEST ZŁE I GROŹNE!

  • Atr

    Na prawdę łatwo udawać inną osobę. Człowiek się w coś takiego tak wciąga,że wyobraźnia sama piszę kolejne sceny bez chwili zastanowienia.
    Jeszcze jak mamy na kim się wzorować to już totalny banał. I w dodatku to uzależnia.

  • marianka

    A nie myślałaś, żeby sprawę nagłośnić? Wiem, że to trudne opowiadać o sobie w takim kontekście, ale może właśnie jakieś Dzień Dobry TVN, albo… Uwaga? Może brzmi zabawnie, ale oni często podejmują takie tematy, a jeśli uda się komuś pomóc, to może warto spróbować…

    • Justyna Mazur

      Próbowałam, jednak wiele dziewczyn nie chciało się angażować w tę sprawę, przez co też historia stawała się jednostkowa, a i mięsa i hardkoru w moim przypadku jest za mało.

      • Karotka

        Aż strach myśleć, jakie są inne historie skoro uważasz, że w Twoim przypadku jest mało hardkoru….

        Zrobiłaś naprawdę dobrą rzecz opisując to co przeżyłaś, bo może to otworzy oczy ludziom w podobnych sytuacjach.
        Po za tym, każdy kto uważa Cię za głupią w kontekście tej historii, ewidentnie nigdy nie nawiązał żadnej znajomości internetowej (na odległość) i nie ma pojęcia jak łatwo można się z kimś zbliżyć w ten sposób.

  • Jola-Ka

    nie rozumiem jednego – po co „Kasia vel. Marcin” to robi ? co zyskuje ? po prostu ją bawi ściemnianie i takie „udawane” relacje ?

  • kate

    według mnie powinno zdemaskować się ‚ Kaśkę’ ! powinna poczuć publiczny wstyd …chociaż i tak nigdy nie będzie w stanie poczuć się tak jak jej ‚ofiary’.

  • J.

    Moja obecna dziewczyna mając 18 lat poznała w internecie starszą dziewczynę. Poznały się na nieheteronormatywnym czacie. Spotykały się kilka miesięcy w związku na odległość, podczas których widziały się kilka razy na żywo. Pewnego dnia zupełnie przez przypadek „Dominika” zostawiła po raz pierwszy swój dokument osobisty na wierzchu i moja dziewczyna ku swojemu zdziwieniu odkryła, że nie zgadzają się imię, nazwisko i miasto… Niedługo potem oczywiście zerwała znajomość, ale ta druga do końca emocjonalnie ją szantażowała, wymyślała jakieś zupełnie nieprawdopodobne kłamstwa i próbowała wzbudzić litość. Poza tym jej opis jest podobny, zwłaszcza chorobliwa zazdrość i tajemnicze życie osobiste. To było dobre kilka lat temu. Mogłaby to nawet być ta sama osoba… Takie historie są zupełnie przerażające. Musimy nagłaśniać takie sprawy i przestrzegać ludzi, którzy mogliby dać się złapać takim manipulatorom. Stanowczo najbardziej podejrzane są nieprawdopodobne biografie i dziwne powody, dla których ktoś ukrywa wygląd, głos lub dane osobiste. Widać, że „Marcin”/”Jan” przy Tobie jeszcze nie do końca wiedział, jak wytłumaczyć konieczność szeptania, ale już przy ofierze z linkowanego artykułu miał doskonałe, choć bardzo niecodzienne wytłumaczenie… Dzięki za ten wpis.

  • Joanna Parafianowicz

    Ja miałam podobną historię z Bernardem. Ale działa też jako Piotr. I tak się składa, że udało mi się ustalić jej prawdziwą tożsamość.

    • Justyna Mazur

      Joanna, możesz do mnie napisać na priv? Jestem ciekawa czy to ta sama historia.

      • Joanna Parafianowicz

        Na fb, ok?

    • Gośka

      Ja właśnie miałam do czynienia z Piotrem. Cieszę się, że to nie zaszło tak daleko, jak u opisanych bohaterek. Naprawdę wszystkim zalecałabym szybkie spotkania – jak nie dochodzi do niego pierwszy raz, drugi, trzeci – odpuścić.

  • Name

    na przyszłość polecam otrzymane od potencjalnego ‚Marcina’ zdjęcie przepuścić przez ‚wyszukiwanie obrazem’ googla.

    • Justyna Mazur

      Po latach to wyszło, w 2008 i 2009 jeszcze nie było wyszukiwania obrazem :/

      • grzespower

        Witam
        W 2008 roku nie było wyszukiwania obrazem w google, ale
        istniał już TinEye, który taką funkcję pełnił. Większość typowych internetowych
        oszustów można dość łatwo zdemaskować. Pamiętajcie – oszust, który buduje
        „cały swój świat” z kłamstwa, nie będzie chciał z niego wyjść, i
        dlatego 90% z nich nigdy nie spotka się w „realu”. Czerwona lampka
        powinna zapalić się każdemu, gdy druga osoba poznana w internecie, której też „tak bardzo zależy” z jakiegoś powodu nie może się z nami spotkać.
        Sprawę oczywiście trzeba nagłośnić – nawet jeśli nie uda się ukarać tej konkretnej osoby, to inni ludzie z podobnymi historiami znacznie łatwiej się zorientują w czym tkwią.

        Pozdrawiam

        • Justyna Mazur

          Dzięki za te słowa :)

    • Gośka

      Ja takie zdjęcia przepuściłam przez Google ostatnio, niczego nie znalazło. Moja historia jest nieco inna i do dziś nie znam prawdy, wygląda na to, że poznałam bajkopisarkę, która utworzyła kilka fałszywych tożsamości w sieci, z czego jedną był właśnie facet, którego zdjęcia niby otrzymałam. Setki godzin rozmów, setki godzin zmarnowanych, na spotkanie też czekałam, nie doszło do niego – pojawiło się tłumaczenie prywatnymi sprawami (nie chcę tu ujawniać szczegółów). Rozumiem, że długo czekałaś z upublicznieniem tej historii, mnie w sumie jest wstyd, że dałam się tak wkręcić…

  • Aleksander

    Przeczytałem artykuł w naTemat i zdecydowałem, że kilka ciepłych słów zawsze da jakieś wsparcie. Jednym słowem, Panie Boże wyłącz Internety, bo to już kolejna historia pokazująca jak może człowiek się zmienić i zostać przyduszony przez innego człowieka, nawet nie mając z nim realnego kontaktu. Niestety sieć ma to do siebie, że większość (szczególnie inteligentnych) ludzi, którym w życiu coś nie wychodzi, szuka wsparcia, a przez internet najłatwiej się otworzyć..

    Współczuję i mam nadzieję, że w Twoim życiu będzie tylko lepiej, poradzisz sobie z presją i znajdziesz przynajmniej w połowie tak wspaniałego faceta jakim miał być „Kasio-Marcin”. Pozdrowienia od młodego czytelnika, good luck! ;)

  • Wyobraź sb moje zdziwienie, kiedy na koniec artykułu w natemat przeczytałam adres prowadzący do twojego bloga. Bardzo dobrze, że w końcu zdecydowałaś się opublikować tą historię. To co przeżywa ofiara to jedno, ale bardziej zastanawia mnie co skłania taką Kasię do podejmowania tego typu działań? czy to coś wnosi do jej życia?

  • Laura

    a nie możecie opublikować danych tej „siostry”? imię, nazwisko, ten adres zamieszkania pod który wysłałaś kartkę, nr telefonu, miejsce pracy. internauci zazwyczaj szybko ją zidentyfikują i „wymierzą sprawiedliwość”. jak „Kasi” przyjdzie się zmierzyć z czymś takim to dwa razy się dobrze zastanowi zanim jeszcze kogoś oszuka

    • Agga

      Pomimo tego, że nie da się ukryć – to co zrobiła „Kaśka” – jest karygodne, to udostępnianie jej danych osobowych, z już zwłaszcza takich jak adres, nazwisko i tak dalej, nie jest legalne.

      Ja myślę, że najwłaściwsze byłoby nagłośnienie tej sprawy w telewizji, tak jak ktoś już tam niżej pisał. Bo cała ta chora akcja aż mrozi krew w żyłach, gdy to czytałam, czułam się jak w jakiejś książce kryminalnej. Cóż, art. 190a k.k. mówi wyraźnie, że „Kto przez uporczywe nękanie innej osoby lub osoby jej najbliższej wzbudza u niej uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia lub istotnie narusza jej prywatność,podlega karze pozba­wienia wolności do lat 3.”, należy tylko zadać sobie pytanie – czym jest uporczywe nękanie? Czy można ten przypadek pod to podciągnąć? Wierzę ( a raczej mam taką nadzieję, bo prawnikiem nie jestem), że gdyby tylko więcej dziewczyn,będących ofiarami, zebrało się i zaczęło działać na drodze prawnej, to dałoby się coś z tym zrobić, bo to chore, że taki człowiek bezkarnie chodzi po ulicach. Aczkolwiek zastanawiam się tylko jak złym i zniszczonym człowiekiem trzeba być, by poświęcać tyle czasu na takie kłamstwa, na mieszanie w czymś życiu, kradzież czyjegoś wizerunku. Co jej to dało? Być może to choroba psychiczna… bo nie potrafię tego wytłumaczyć w jakikolwiek inny sposób.

      • Justyna Mazur

        Tutaj żadne dane nie były zmieniane, Kaśka to Kaśka, Grudziądz, to Grudziądz.

        • Agga

          tym bardziej przeraża mnie to, bo Grudziądz to moje rodzinne miasto. Może wypadałoby to nagłaśniać w samym Grudziądzu? Lokalna tv, gazeta?

    • Justyna Mazur

      Nie chcę jej linczować i urządzać jakichś samosądów. Przede wszystkim uważam ją za ciężko chorą osobę potrzebującą pomocy, bo zagraża życiu innych ludzi.

      • Laura

        cóż, najwyraźniej jesteś lepszą osobą ode mnie, bo gdyby mi ktoś zrobił coś takiego to raczej nie miałabym wobec niego żadnych skrupułów… pozdrawiam :)

      • Ayahuasca Mao

        Mam takie dziwne wrażenie, Justyna, ze niejako nadal pozostajesz pod wpływem Kaśki. Zdobywasz się na empatię względem niej, a nie potrafisz wykazać się taką samą troską o los jej potencjalnych ofiar.

        Piszesz: „Jestem absolutnie pewna co do tego, że Kaśka nadal robi to co robi, nikt jednak nie ma pojęcia komu tym razem funduje to piekło”, „zagraża życiu innych ludzi”…..mimo świadomości, że jest gdzieś ktoś, kto doświadcza cierpienia jakie nazwałaś piekłem, …chronisz oprawcę.

        Dlaczego Justyś?

        Syndrom sztokholmski?

  • Przeszedłem przez coś takiego kiedyś – może nie tak ekstremalnego, ale jednak było podobnie i dało popalić. Miałem tego pecha, że czułem się cholernie samotny po przeprowadzce do nowego miasta (było to niedługo po zerwaniu z ówczesną dziewczyną). Z czasem poznałem tę niby „słodką blondynkę” w Internecie, która znalazła we mnie oparcie i jak to mówiła mnie jako „jej wielką miłość”. Kilka razy próbowałem się nią spotkać – oczywiście bezskutecznie, bo całą miłość przelewała przez ekran i klawiaturę i godzinne rozmowy.

    Jednak po jakimś czasie to stawało się chore, a moja cierpliwość kończyła się. Usłyszałem, że naciskam na nią, że nachodzę, że ona mnie kocha (jak można w ogóle kochać kogoś z ekranu? próbowała na mnie to niemal wymusić), ale zawsze było tak, że gdy już miała się spotkać, coś się działo i znikała – telefon wyłączony, itp.

    Lampka kontrolna, która się świeciła mówiła mi, że daruj sobie, bo się wykończysz i siedzisz, zamiast wyjść na zewnątrz do ludzi (samotne mieszkanie w dużym mieście jest trudne wbrew pozorom). I kiedy chciałem sobie darować, ona znajdywała sposób, by wyprowadzić mnie z równowagi. Istniała jako osoba, nie była kimś wyimaginowanym (widziałem ja na Skype – jednak czy aby to była ona?). Jej zaburzenia były bardzo ekstremalne.

    Borderline – bardzo tu pasuje. Wyobraź sobie, że trwało to parę lat z przerwami. Gdy zmieniałem numer telefonu, lub gg, mail – ona znajdywała sposób, by je zdobyć (nie mam pojęcia jak, mimo pewnej wiedzy o tych sprawach).

    Okazywało się, że romansowała tak z kilkoma innymi facetami, wśród których był mój znajomy z miasta rodzinnego. Wszystko stało się jasne i przeszło mi w miarę szybko. Ale usilne jej próby kontaktu, nawet przez obce osoby nie dawały mi spokoju. Musiałem być bardzo agresywny, by to zakończyć. Blokowałem każdy nieznany numer, maile itp, bez zastanowienia.

    Dopiero ta ignorancja i blokowanie pomogły. Wyniosłem z tego jedno – nie jestem w stanie już nikomu zbytnio zaufać – smutne, ale nabrałem dużego dystansu do znajomości z nowymi ludźmi (przede wszystkim z neta).

    Dobrze, że wybrnęłaś z tego. Najważniejsze, że nie skończyło się to bardzo ekstremalnie.

    • Zapomniałem dodać, osoba ta miała na imię Joanna, Marcin jej niby przyjaciel też tam się przewijał (był z Łodzi), a sama jak twierdziła, pochodziła z Gorzowa Wlkp.

      • Justyna Mazur

        Te miasta to jest małe miki, bo „Marcin” na potrzeby każdej z dziewczyn, mieszkał gdzieś indziej. Dla kilku dziewczyn z Grudziądza mieszkał w Gdańsku, dla Gdańszczanki mieszkał we Wrocławiu, dla Wrocławianki – w Grudziądzu lub Gdańsku. Komuś sprzedawał Warszawę, chyba dziewczynie z Łodzi.

  • A nie zaświtało Ci coś w głowie, że z takimi predyspozycjami być może jednak NIE NADAJESZ się na pracę w policji od tropienia psychopatów? :D

    • Justyna Mazur

      Dlatego piszę bloga, a nie pracuję w policji :)

  • Maciej

    Justyno,wspolczuje ci ,chce Ci tez powiedziec ze ten Twoj przyszky jest na wyciagniecie reki tylko otworz oczy szeroko!

  • Jestem inna

    Miałam podobnie. Chłopak poznany przez smsy,byłam naiwna, miałam 18lat. Też sceny zazdrości, poczucie winy-bo ośmieliłam się wyjść ze znajomymi. Też mnie oszukał, udawał kogoś innego. Miałam tyle szczęścia, że szybko się zorientowałam.

  • jasny gwint, nie do wiary… skad sie biorą tacy… hmmm slowo ludzie nie chce mi przejsc przez klawiature. dwie podobne historie w kilka dni… brak slow zwyczajnie. wielkie wyrazy wspolczucia jedynie, choc coz to znaczy, tyle co nic

  • JacekWezgraj

    A to nie ta sama dziewczyna, która swego czasu na blipie udawała homoseksualistę umierającego na raka? http://nerdblog.pl/2013/08/31/zamkniecie-blip-pl/

  • Magda

    Pani Justyno, brawo za odwagę i powodzenia w odłożeniu tych wspomnień na najbardziej zakurzoną z półek pamięci. pozdrawiam

    • Justyna Mazur

      Bardzo dziękuję za dobre słowo :)

  • Kasia

    Około 2010/2011 roku w necie pojawiło się mnóstwo sfejkowanych profili, którymi, jak się okazało sterowała jedna osoba. Miała na imię Aneta (choć też nie wiem czy to jej prawdziwe imię) i podrywała kobiety przez facebooka z profili o nazwiskach Radek Ogrodowczyk i Jarek Jóźwiak. Mnie „zaatakował” Jarek, moją koleżankę Radek – architekt z Warszawy. Osoba tym kierująca zbudowała tyle pobocznych profili przyjaciół, że miało się wrażenie, że Jarek i Radek i „ich przyjaciele” to grupa naprawdę zgranych ludzi… ciągle komentowali sobie posty, prowadzili dyskusje, tak, że nie było ze strony postronnych obserwatorów ich profili żadnych podejrzeń, że może nimi kierować jedna i ta sama osoba… mocno chora i zakompleksiona.

    Z Jarkiem umówiłam się na spotkanie 3 razy w ostępie kilku dni. Po tych trzech „nieudanych” spotkaniach (dziecko z zapaleniem wyrostka w szpitalu, wyjazd służbowy) zaczęłam coś podejrzewać i napisałam do koleżanki, u której pamiętałam miłosne posty na ścianie fejsa sprzed roku od Radka (przyjaciela Jarka). Wtedy okazało się, że Radek też nigdy nie pojawił się na spotkaniu… bo albo bywał w szpitalu albo trafiały go inne nieziemskie okoliczności. Na szczęście koleżanka też nie ciągnęła po paru próbach „znajomości” dalej. Postanowiłyśmy się spotkać i razem zadzwonić do Jarka/Radka i okazało podczas rozmowy przez zestaw głośnomówiący, że Radek ma identyczny głos jak Jarek… Taaak. Wtedy też zaczęłyśmy śledztwo, żeby wytropić sprawcę i okazała się nim kobieta – teraz 40-letnia, która ma prawdopodobnie na imię Aneta, jest lesbijką, pochodzi z Łodzi i wówczas pracowała jako pielęgniarka w Wielkiej Brytanii. Po hostach z maili można się było zorientować, że kiedy je pisała była w UK.

    My na szczęście dawałyśmy się omamiać „panom” tylko około miesiąca. Nie doszło na szczęście do obelg, agresji, itp, bo było na to zdecydowanie za wcześnie. Jednak historia dała nam mega nauczkę… a zaczęło się tak niewinnie.

    Dla osób, które padły ofiarą tej stalkerki kilka detali: uwielbiała piosenki Tanity Tikaram i T Love. Pochodziła z Łodzi, Poznania i Warszawy (zależy który fałszywy profil). Była „mężczyzną” po przejściach, czyli z dzieckiem i okropną byłą partnerką. Raz uprawiała zawód architekta, raz pracowała w łódzkim Phillipsie, raz w Poznaniu… Więcej szczegółów nie pamiętam, bo na szczęście było to dawno i krótko.

    • Ania

      Potwierdzam tę historię.
      Moja styczność z Radkiem Ogrodowczykiem miała miejsce jakoś w 2010 roku.
      Też mnie prześladowała, jestem z Łodzi i również udawała Anetę Zientarską.
      Udało mi się nawet doprowadzić do spotkania z tą Anetą, która jest lesbijką ale tego nie ujawnia, jest przy kości, ma blond dlugie włosy i ogólnie jest raczej nie wyrożniającą się i przeciętną osobą. NA spotkanie poszłam z koleżanką, po przeanalizowaniu sytuacji i dojściu do wniosku, że ona jest podszywa się pod Radka Ogrodowczyka.
      Kobieta wówczas mieszkała w Irlandii, maile wysyłała z adresu IP irlandzkiego i pracowała w nursingu natomiast pochodziła z Łodzi, rodzinny dom miała na Teofilowie. Dzwoniąc do mnie jako Radek miała dziwnie cichy damski głos, co mnie w pierwszym momencie jakos zszokowało bo pomyślałam sobie, że facet piszczy jak kobieta, ale z każdym kolejnym telefonem i jej umiejętnością owijania sobie wokół palca przez jej empatię przestało mi to chwilowo przeszkadzać. Jednak wreszcie, po 2,3 miesiącach poskładałam elementy układanki w całość, gdy kilka razy Radek nie pojawił się na spotkaniu i został uśmiercony przez Anetę Zientarską.
      Co gorsze, ona kradła nieaktywne profile rożnym osobom, w jakiś sposób wiedziała, że pewne profile są nieużywane i podszywała się pod takie osoby. Również dokonała włamania na moją skrzynkę pocztową i usunęła wszystkie wiadomości od siebie – czyli od Radka i Anety.

      Ale ogólnie, historia podobna jak ta opisywana w blogu, jednak nie było agresji a wielomiesięczne prześladowania, głuche telefony. W pewnym momencie w akcie desperacji Aneta uśmierciła Radka i założyła w internecie stronę internetową ze wspomnieniami o nim, gdzie wpisywali się jego dziadkowie, byłe dziewczyny itp….
      Jej wyobraźnia nie zna granic. Choć wiedziała, że ją zdemaskowałam, próbowała startować do innych moich koleżanek na FB podszywając się pod moich znajomych.
      Przestrzegam przed nią, bo wiem, że ona gdzieś tam jest……

  • Agnes

    U mnie z wirtualnego świata sytuacja przeszła, niestety, w realny. On – uroczy, czarujący 30latek z rozbitej rodziny, ciężka choroba serca, później rak, fantastyczna praca, samochód, kocham Cię, Ty moje szczęście, jak ze mną nie będziesz to się potnę/powieszę/rzucę pod pociąg, przy czym po miesiącu telefonicznego i mailowego oszukiwania wszystko przerodziło się w realny koszmar, gdzie okazało się, że nie ma ani pracy, ani samochodu ani nawet pieniędzy na zwykłą bułkę… Zostałam wtedy w swojej naiwności całkiem oskubana z oszczędności, doszło nawet do sytuacji, kiedy przystawił mi nóż do gardła żebym do niego wróciła… Będąc w pracy i nie odpisując na smsa przez 10 minut byłam kłamliwą, zdradliwą dz*wką. A ja głupia, ‚zakochana’, brnęłam w to przez 4 miesiące. Kiedy próbowałam odejść uciekał z domu, żeby rzucić się pod pociąg czy biegał z nożem i groził, że się zabije. Później okazało się, że nie jestem jedyna, dzięki Bogu udało mi się go zostawić (‚mam atak serca, umieram, nie zostawiaj mnie!’, ‚wynająłem nam mieszkanie, nie odchodź, jutro możemy się wprowadzić!’), ale minęły 4 lata a on dalej nie daje mi spokoju. Myślałam, że jestem sama w takiej sytuacji, ale po jakimś czasie wpadła mi w ręce książka Barbary Bentley ‚Kochałam psychopatę’ i oczy mi się całkiem otwarły. Dziewczyny, Panowie! Patrzcie komu ufacie!

  • Daria

    Witaj. Jestem wstrząśnięta Twoją historią i historią innych dziewczyn, które przeszły podobny koszmar. Nie zweryfikowałam ile macie lat, tego co piszecie „o mnie” itd., jest to kompletnie nieistotne. Dla niektórych założyłaś tzw. „za krótką spódniczkę”, dla mnie nikt nie ma prawa nikogo tak krzywdzić. Bolesne jest to, że w naszej rzeczywistości (w tym kraju, w świetle tego prawa) tak łatwo zostać samemu z tak wielkim problemem z jakim Ty między innymi się zdeżyłaś. Nie pojmuję tego, że osoba tak groźna dla otoczenia (TAK, BARDZO GROŹNA) nadal pozostaje anonimowa, nadal czyni zło w świecie – Internet dziś jest dużą częścią naszej kutury, naszego świata, społeczeństwa. Internet pełen jest wspólnot wyobrażonych, które mogą być nawet silniejsze od tych fizycznych. Nie można popadać w skrajność (jak zapewne niektórzy czynią to w komentarzach), głosząc, że Internet to samo zło. Fakt nasza moralność w Internecie jest inna (nie dla wszystkich oczywiście, ale dla jakiegoś odsetka użytkowników tak), pozwalamy sobie na więcej, tworzymy swoją tożsamość, budujemy narrację o sobie samym, możemy dodać takie zdjęcia jakie nam się podobają, możemy poukładać je w odpowiedniej dla nas kolejności wreszcie możemy napisać o sobie tak, jak chcemy i rozmawiać z nieznajomymi tak… jak chcemy. I powiedzmy sobie szczerze prawo nie nadąża za zmianami jakie dyktuje właśnie ten świat – świat narcystyczny, pełen wyidealizowanych nas, którzy pod warstwą tej właśnie maski, kreacji wciąż jesteśmy… sobą. I tak patrząc się raz w to, co widzimy w lustrze i w to, co widzimy w interfejsie żyjemy w świecie pełnym dysonansów. Nawet jeśli my, nie naginamy rzeczywistości, musimy liczyć się z tym, że być może ktoś kto jest po drugiej stronie właśnie to robi. Ok. Każdy to wie. Ale ten przypadek moim zdaniem zostaje w tym momencie sprowadzony do zwykłego oszustwa, z jakim możemy spotkać się wszędzie, ALE! Przecież, ta kobieta, po pierwsze nie istnieje tylko w Internecie! Żyje, ma być może w głowie plan wybiegający daleko za ramy swojego monitora! Jest doskonałym kłamcą, manipulatorem i SZANTAŻYSTĄ, działa według PLANU, sprecyzowanego od początku do końca, wie co i jak napisać, aby działać DALEJ. To nie jest zabawa, to nie jest osoba, której nie należy się bać poza Internetem! Uważam, że to nie może się tak skończyć. Rozumiem obawy, podziwiam odwagę, ale uważam, że sama dyskusja wiele nie zmieni. Jest to dyskusja otwarta ale zamknięta na osoby zainteresowane, a takich może być tysiąc może być 5 tysięcy, a dobrze wiemy jak mała jest to kropla w morzu Internetu.

  • David NEW Schneider

    Gratuję odwagi. Mam nadzieje, że kiedyś dowiesz się kim jest ten człowiek. Albo chociaż po przeczytaniu tego ta osoba przestanie okłamywacl udzi!

  • Ann

    Ja poznałam tak kiedyś Macieja. W jego historii była i Kasia i Marcin. Do tej pory nie wiem jednak czy ta osoba istnieje. Wiem tylko, że chciałabym tę osobę odnaleźć i spojrzeć jej w oczy
    (mnie nie było dane nawet usłyszeć jego głosu). Niemal 3 lata z życia.

  • EWA

    Ja również padłam „ofiarą” takiej osoby. Może to nie był Marcin i Kaśka,
    ale historia jest bardzo podobna. Brawo za odwagę! miech robi się
    głośno. PS.Karolina Korwin Piotrowska udostępniła ten artykuł na
    „fejsie” niech robi się głośno , może wtedy „głupie” dziewczyny jak ja
    nie dadzą się tak zbajerować. Marcinom i Kasiom trzeba tylko współczuć,
    ich marny los popycha ich do tego. My jakoś poradzimy sobie, że ktoś
    robił nas w balona, ale te chore osoby, są mega zakompleksione i chore.

  • To fascynujące jak działa mechanizm uzależnienia się od drugiej osoby – pomimo tego, że w życiu jej nie widzieliśmy. I zadziwiajace jest to, że takie historie przydarzają się dorosłym i (patrząc na Ciebie) atrakcyjnym kobietom, bo wydawałoby się, że to raczej samotne i zakompleksione nastolatki dają się wkręcić.
    Ciekawi mnie także szalenie kim jest ta osoba, która tyle czasu i energii poświęca na stworzenie wirtualnego świata, swojego alternatywnego wymiaru. Czy myśli już jak „Marcin” i dlaczego woli być kimś innym niż sobą samą – po co kreować kogoś innego, skoro sami możemy ciekawie sterowac własny życiem? Z jednej strony, gdy o tym myślisz, to widzisz ciemny pokoik, lepkie rączki na klawiaturze i uśmieszek spod pryszczatego nosa… A równie dobrze osoba, która za tym stoi może mieć ładny dom, różowego laptopa i wypchany kasą nadopiekuńczych rodziców portfel – przecież musi mieć środki na życie, a nie wyobrażam sobie mieć tyle czasu na tworzenie alternatywnej rzeczywistości pracując.
    To wszystko jest chore, a zarazem tak fascynujące. Rozumiem jeszcze znudzonych nastolatków, piszących do ludzi dla żartu, jako ktoś inny, ale patrząc na ilość, czestotliwość i brutalność werbalną, to ta osoba faktycznie musi tym żyć…

    • AKT

      Masłowska mówiła, że w trakcie pisania Wojny Polsko-Ruskiej miała momenty „stawania” się dresem.

      Kobiety, która udaje faceta ciężko zrozumieć. Ciężko zrozumieć kogokolwiek, kto żyje wymyślonym życiem zamiast własnym. W lżejszej formie:
      spotkałam na żywo dziewczynę, która na bieżąco wymyślała swoją biografię. Kiedy zorientowała się, że łapię ja za słówka i dopytuję się szczegółów wiedząc, że historyjka się kupy nie trzyma to wpadała w szał i histerię.

  • MM

    Czytam i widzę swoją historię sprzed 10 lat. Nie Marcin, lecz Piotr. Nie Grudziądz ale Poznań. Dom, zwierzęta, restauracje… telefony, smsy, GG… i wieczne wyczekiwanie jego przyjazdu (który oczywiście nigdy nie nastąpił). Smutne, że tak wiele dziewczyn spotkały podobne rozczarowania.

  • Kasia

    O rany jaka trzeba byc idiotka zeby tak sie zmanipulowac… Jednak te baby so glupie jak buty. Nie obrazajac butow.

    • AKT

      Nie trzeba być idiotką. Wystarczy mieć słabszy moment, a potem? potem leeeeci na łeb, na szyje. Niechcący naprawdę można wsiąść w emocjonalny roller caster. Tylko wysiąść ciężko… Justyno GRATULUJĘ w miarę stabilnej stacji końcowej!

  • Kasia

    Sluchajcie kobiety, dziewczyny. Jak juz chcecie poznac faceta w necie, to sie umawiajcie od razu na spotkanie, po tygodniu, dwoch, gora miesiac, nie dawajcie sie manipulowac i angazowac emocjonalnie. Szkoda tracic zdrowia i szkoda czasu na klikanie, naprawde. Jak spotkanie sie uda – ok, jak nie – to wiadomo. Dlaczego jestescie takie glupie? kurde. ja tez poznalam mnostwo facetow w necie i nie mam takiej traumy a mila znajomosc mam do dzisiaj.

    • Justyna Mazur

      Kasia, dzięki za komentarz. Ja poznałam przez internet masę ludzi, może nawet więcej, niż w realu. To, że nie masz traumy to super sprawa, ale też kwestia tego, że nie trafiłaś na psychopatę. Różnica między nami jest taka, że ja na kogoś takiego trafiłam, mimo, że idiotką nie jestem z pewnością. Pozdrawiam.

  • lewa

    Kiedyś po forum GW grasował taki ” facet” co tez wyławiał z dyskusji różne kobiety i osaczał w podobnie psychopatyczny sposób. Nie wiem czy mogę podac jego nicki, schemat działania bardzo podobny ( bo siedzi tam do tej pory) miliony maili, sms-ów, szept w słuchawce i nigdy nie chciał się spotkać. Podawał się za anglistę, wykładowcę na UW, miał żonę Anię. mieszkał na warszawskim Targówku. Też pewnie kobieta:) Może to ten sam?

    • Justyna Mazur

      Lewa, jeśli możesz, napisz do mnie maila, albo na FB.

      • lewa

        Dobrze, po południu wyślę maila, bo na fb jak nie jesteśmy w gronie znajomych to nie dojdzie.

        • Justyna Mazur

          Mozesz napisac na fb, sprawdzam wszystkie foldery, nie ma problemu :)

          • lewa

            Ok. Jakoś się odezwę.

          • lewa

            Właśnie wysłałam wiadomośc pryw na fb pod adres strony „krotki poradnik jak ogarnąć życie”

  • schronienie

    haha, jeszcze ciekawiej jest poznać się przez internet, nakręcać przez poł roku wirtualnie, doprowadzić do spotkania i przekonać się, że w realu mamy do czynienia z osobą z zaburzeniami. śmieje się, bo to mi się przydarzyło i do tej pory, jak o tym myślę, to mi niedobrze i już tylko ironiczny śmiech mi pozostał. to już chyba lepsza taka Kasia ;)

    • xxx

      spoko, miałam to samo. słodziak z internetu, który za mną latał wirtualnie i realnie, potem okazał się socjopatą. heh. też bym wolała, zeby to zostalo na poziomie wirtualnym, jeśli już musiało się wydarzyć. w necie siedzi dużo dziwnych ludzi.

  • evay

    takich historii jest wiele: ja byłam w środku dramatu urządzonego przez 16latkę, która podawała się za pewnego znanego muzyka. oszukanych kilkadziesiąt fanek. w tym dziewczyna z autyzmem. która przesyła oszustce pieniądze. mimo odnalezienia oszustki, zgłoszenia sprawy do opiekunów prawnych, rozesłanie całej historii w internecie także nie było żadnych podstawy prawnych, by w jakiś sposób ją ukarać.
    a ona działa dalej. tym razem podając się za innego znanego muzyka.
    następnie za siebie. chorą. stworzyła stronę z opisem swojej choroby, numerami kont etc. podała się za podopieczną pewnej krakowskiej fundacji. przypadkowo poznałam jej prezesa. okazało się, że ta dziewczyna nie była nigdy ich podopieczną. okazuje się, że trzy lata temu wmawiała nam, że jest młodsza niż była, bo wiedziała, że przed 16tym rokiem życia nic jej nie zrobimy.
    trudno czytać, że tacy ludzie wciąż działają w sieci i trafiają na takich ludzi jak Wy.
    odwagi

  • Claudia Ksenia Mollivieress

    Przeczytałam artykuł dotyczący Ciebie na stronie natemat.pl. Chcę byś wiedziała i zawsze
    już zdawała sobie sprawę z faktu,że jesteś ” mega silną babką ” , życzę każdemu tej siły ducha jaką posiadasz i tak rzeczywistego patrzenia na brudy świata.

    Mimo przeszłego stanu psychicznego, zastawionych sideł, manipulowaniem Twojej osoby zawsze racjonalnie podchodziłaś do sedna sprawy nawet jeśli racjonalizam Twój był obłąkany i podpisany jego imieniem . Życzę Ci wszystkiego co najlepsze i tego by kiedyś jakiś mężczyzna był chociaż w połowie godzien patrzeć na Ciebie gdy otworzysz oczy na nowy dzień.

    Serdecznie Pozdrawiam

  • Claudia Ksenia Mollivieress

    Ludzie komentujący mało obiektywnie wręcz agresywnie ten post niech przypomną sobie życiową sytuację w której czuli się sami jak palec, gdzie byli w stanie przytulić kamień byle
    czuć się kochanym.

    W chwilach gdy nasze życie nie idzie ” jak po maśle ”, człowiek spotykając odpowiednika swojej duszy , zapala zielone światełko i otwiera mu drzwi do siebie. (Dlatego!) bo głęboko wierzy ”że tym razem” się uda.Błądząc w ściemianym wizerunku, historii rodem z ” Kucyka Pony ”, nie zapominajac o racjonalnym pojmowaniu rzeczywistości nie dopuszcza do siebie myśli,że się mylił.

    Skazuje siebie sam na DEGRADACJĘ,
    za mały kawałek uwagi,
    za kęs zrozumienia,
    za odrobinę wymyślonego uczucia,
    za okruszek miłości.

    Więc jeśli już wyrażamy tutaj swoją opienie, a dotyczy ona drugiej istoty postarajmy się chociaż odrobinę zrozumieć. Cieszy mnie fakt,że jest to nagłośnione, i wy powinniście okazać wdzięczność bo w przyszłości takie posty i artykuły ratują Was , waszych przyjaciół, waszą rodzinę przed ” paprańcami ”.

    Gratuluję również opanowania, bo ja w fazie dziękczynnej za owe przejścia, ten Pani ufundowałabym tonę wrażeń. Lecz nie mi oceniać innych.

    KARMA WRACA.

  • Falcon

    „.. Drugi, trzeci, czwarty. Wiem, że to facet, czuję, że się zainteresował nie tylko tym, co piszę, ale też mną, a raczej tym, jak się czuję. A czuję się źle. ..” + „.. „epizodem depresyjnym”. ..”

    Słaby punkt a psychotycznie doskonale o tym wiedzą i to analizują, kobiety natomiast wtedy się szybciej rozklejają.
    Człowiek „słaby” jest silny twoją słabością.. a jak jeszcze jest depresja, to takie gnidy mają mocną przewagę.

    „.. stara się mi zaimponować ..” – katastrofalne podejście i fałszywe oczekiwanie. Puste.

    „.. Odebrał, a mnie zdziwiło, że mówi szeptem, ale przecież pora tak późna, że pewnie też nie chce budzić nikogo (!? – mieszka sam) ..” – pierwszy 100% znak, że coś jest nie tak. Koniec kropka. Choć oczywiście można wziąć pod uwagę, że akurat w ten dzień i o tej godzinie zaistniały specyficzne okoliczności i śpi u niego jego mama. :P

    „.. Prosi mnie, bym wysłała mu kartkę. Podaje mi adres, a ja ślę pocztówkę. ..” – drugi znak, że coś jest nie tak.

    Faceci nie proszą o widokówki zazwyczaj a ci z kasą tym bardziej. Uwiarygadnia się. Ale wiadomo, może się zdarzyć akurat ten, co zbiera albo lubi. :P

    BMW pominę.. szpan z uwiarygodnieniem.

    „.. Zapomniałam dodać – Marcin jest bardzo zamożny. ..” – hmmm… wszystkiego naraz nie ma.

    „..Dzwonię do niego i, o dziwo, podnosi słuchawkę. Słyszę samochód, jakieś głosy, radio, muzykę, ale przede wszystkim, słyszę kobiecy śmiech…”

    I tutaj winien być koniec tej historii!

    Wyobrażacie sobie dziewczyny za dużo. Ja wolę powiedzieć mojej pani, prosto jak myślę, niż ściemniać dla jej komfortu.. a takie postawy Wy kobiety tępicie, bo wolicie zakolorowane i upiększone historie, które was przenikają.. i potem

    właśnie na takich historiach się kończy, z jakimiś niezrównoważonymi psychicznie, który do perfekcji opanował sztukę podnoszenia na duchu, słuchania.. ale emocjonalnej jak widać nie daje rady, bo wybucha. Znam ten wątek i rozumiem, bo sam jestem wybuchowy.

    Ja mam oczywiście grubo skórne stanowisko ale rozumiem, że niektórzy mają poziom wrażliwości zupełnie inny i przeżywają bardzo wiele rzeczy, stąd mam świadomość, że można się mocno nabrać.

    Ludzie powinni być uczeni rachunku prawdopodobieństwa obowiązkowo.

    Kobiety natomiast bardzo często wybierają gnoja, bo ich agresja daje im fałszywe poczucie siły i mocy partnera. Przecież mamy przetrwać.. Dodatkowo typ psychotyczny doskonale wyczuwa lęki, strach, obawy i umiejętnie potrafi je zagospodarować w dyskusji, przelewając szalę emocji w swoim kierunku.

    Weźcie kobiety poszukajcie na horyzoncie kogoś zwykłego, bo bardzo często w zwykłym człowieku można odkryć dużo więcej niż w wyimaginowanym wzorcu, który wielu psychotycznych facetów (jak widać nie tylko) wykorzystuje.

    Z mojej perspektywy widzę wiele oczekiwań od tego „wybranego” faceta. Tak nigdy nie powstanie prawdziwy związek. Albo się „bujamy” albo kochamy he he :) Książąt z bajki nie ma..

    Co do Kaśki / Marcina, to ma on(a) problem.. i powinna taka osoba niestety być odseparowana od internetu. Powinni jej ludzie pomóc..
    Dobrze, że o tym napisałaś i bez urazy. Moja ocena prezentuje tylko moje stanowisko a bardziej opis jak ja bym to analizował czy jak ja to widzę. Każdy z nas ulega emocjom, ma słabsze dni albo okresy i nie ma pojęci a jak podjąć decyzję a jeśli dzieje się coś ważnego emocjonalnie, to stawia nieraz wszystko na stół..

    Mnie interesuje wątek prawny.

    Pozdrawiam

  • baja

    Ja właśnie z tego powodu nigdy, ale to nigdy, nie nawiązałam żadnej znajomości przez internet. Nie wyobrażam sobie w ogóle pisać, dzwonić czy sms-ować z zupełnie obcymi mi ludźmi. W sytuacji, która bardzo obciążyła mnie psychicznie, poszłam na kozetkę do psychoterapeuty i depresja minęła (bez leków, bez obciążania otoczenia, za to dyskrenie i skutecznie). Nie rozumiem, dlaczego ludzie tak bardzo boja się porad specjalisty (ostrzegam jedynie przez psychologami, bo to zwykli absolwenci, po 5 latach studiów, mający często gęsto więcej problemów ze sobą, niż my sami. Sprawdzajcie, czy specjalista jest psychoterapeutą lub psychoanalitykiem z odpowienim pozwoleniem! – w PL niestety to wciąż wielki problem), ale wpadają w szpony zupełnie obcych, zwykle słabych psychicznie osób? Bo przecież na logikę, kto siedzi zwykle po drugiej stronie na czacie, kurniku, czy innych badziewiach? No przecież nikt, kto ma normalne, zdrowe życie!

    • baja

      Poza tym, co mnie bardzo zdziwiło, to wyraźnie ekshibicjonistyczna natura samej autorki. Nie dość, że swoje dane wykładasz jak na dłoni w samym tekście, to jeszcze Twoje fejsbukowe konto jest dostępne po prostu dla wszystkich – ze wszystkimi zdjęciami, postami, możliwością komentarzy, lubienia, dzielenie, i z czym tam jeszcze.

      To nie chodzi o to, że „sama tego chciałaś”. Ale jest najwyraźniej coś w Twojej osobowości, co tę całą Kasię przyciągnęło i w jej osobowości, co przyciągnęło Ciebie. Analogicznie: ofiary wykorzystania seksualnego są zwykle później ofiarami gwałtów. To jest naprawdę sprawa na dobrą terapie, aby raz na zawsze pożegnać demony przeszłości. Bo to ciągle w Tobie siedzi.

  • Gość

    Po pierwsze: dobrze, że o tym piszesz. I nie ma powodu, by osądzać Cię o głupotę, bo nie zorientowałaś się wcześniej. Sama przez prawie 3 lata tkwiłam w bardzo toksycznym związku z chłopakiem, który mocno mną manipulował, grając na moich uczuciach. Wpłynął na wiele moich decyzji, mocno wyizolował mnie od przyjaciół i rodziny, wpędzał w notoryczne poczucie winy – a był to związek w realu! Też było mi ciężko, miałam poważne problemy rodzinne, „okres depresyjny”, i ten chłopak też bardzo pogorszył sprawę. Ok, to trochę inna sytuacja, chcę tylko wytłumaczyć, że jest więcej osób, które padały ofiarą podobnych manipulacji, nawet w sytuacjach pozornie bardziej oczywistych. Czasem nam zależy i chcemy być dla kogoś ważni, i nie dostrzegamy tego, że ktoś to wykorzystuje. Ja po kolejnych dwóch latach mam wrażenie, że stanęłam na nogi, udało mi się zdystansować do tego, co zrobił mi ten chłopak, poznać innego, któremu zdaje się już naprawdę na mnie zależeć. Znalazłam w sobie siłę, by zostawić za sobą to co było, i radość życia, która pozwala mi iść dalej. Tobie życzę tego samego. Z takiego dołka można wyjść, wierz mi! :)
    Po drugie, piszesz o tym, że na to, co robi ta dziewczyna, nie ma paragrafu. Po przeczytaniu Twojego wpisu przyszło mi do głowy, że faktycznie Ty nie masz jej o co oskarżyć, ale co z człowiekiem, pod którego się podszywała? Piszesz, że udało Ci się go zidentyfikować – może udałoby się z nim skontaktować, może po zapoznaniu się z problemem zgodziłby się pomóc? Na kłamstwo nie ma paragrafu, ale może coś znalazłoby się na kradzież tożsamości? To tylko pomysł (możliwe, że kiepski – nie wiem, czy nasze prawo i pod tym względem nie utyka…) – ale może jednak coś może z niego wyniknąć?
    Pozdrawiam serdecznie i życzę szczęśliwego odnalezienia się w rzeczywistości – wiem sama, że po takiej przygodzie taki powrót nie jest ani prosty, ani oczywisty. Przynajmniej dla mnie taki nie był :)

  • baja

    Szkoda, że kasujesz komentarze. Z drugiej strony, to jedynie potwierdza to, co napisałam. Pozdrawiam i życzę zdrowia.

    • krotkiporadnik

      Baja, niestety nie wiem co napisałaś, bo prawdopodobnie Twój komentarz się nie dodał.Nie kasuję żadnych komentarzy, nawet najbardziej wulgarnych.

    • Ayahuasca Mao

      baja, Twoje komentarze są niżej-poszukaj dokładnie

  • Iness

    Szukam osób które zostały podobnie oszukane przez Helene Z. z Nowego Jorku podającą się za Maye Starzyńską. Kilka lat temu mieliśmy podobną historię jednak udało nam się ustalić dane personalne osoby kóra oszukiwała mnie i mojego męża (wtedy chłopaka) i próbowała zniszczyć nasz związek. Kobieta ta ma rodzine (synów) w Londynie dlatego jest obeznana w poruszaniu sie po miescie. Na stałe mieszka na Brooklinie, pochodzi z woj. lubelskiego. Oszukuje facetów, udając piękną, nieszczesliwą dziewczyne a w rzeczywistosci jest to chora psychicznie stara baba.

  • Magda

    Przeczytałam całość i na prawdę brak mi słów, tej podłości nie da się opisać. Myślę, że warto napisać do prawdziwego właściciela twarzy, którego zdjęcia były wykorzystywane. Nie wierzę, że on nie może pozwać ją za bezprawne podszywanie się pod niego. Ta sprawa MUSI się skończyć w sądzie, a ta wariatka MUSI iść na leczenie. Nie można czekać, aż ktoś przez nią zrobi jakieś głupstwo, przecież jej ofiary to ludzie szczególnie wrażliwe :/. Bardzo współczuję całej historii i cieszę się że już po wszystkim.

  • AnaPi

    A ja uważam, że każda osoba, która w mniejszym lub więmszym ma Cię za głupią i „samej sobie winną” po prostu nie potrafi spojrzeć dalej. Brawo za odwagę, potrzeba nam więcej takich głosów.

  • Oksa

    Ciesze się, że trafiłam na tego bloga, wpis daje dużo do myślenia i otwiera oczy na pewne sprawy.
    Moja historia zaczęła się podobnie: czat, sms, długie rozmowy nocami, wysyłanie zdjęć, kliku godzinne rozmowy na skype.
    Wtedy: Ja – lat 18, niska samoocena, trudna sytuacja w domu, problemy w szkole i w pracy, brak przyjaciół.
    On – lat 28, chłopak z rozbitej rodziny, żyjący w z dnia na dzień, środowisko spod „ciemnej gwiazdy”, bogata kartoteka, człowiek bardzo uczuciowy, impulsywny, agresywny wobec obcych osób, zaborczy.
    Poznaliśmy się na czacie, początkowo była to relacja typowo koleżeńska, po kilku miesiącach przerodziła się w „coś więcej”, ale tylko z jego strony. Ja byłam bardzo nieufna w stosunku do mężczyzn, nie szukałam partnera.
    Dużo opowiadał mi o sobie, o swoich problemach, o tym że czuje się samotny, że brakuje mu bliskości kogoś komu mógłby zaufać w 100%. Pomyślałam, że mogłabym być taką osobą. Wiele nas łączyło, poglądy, podejście do świata i życia, zamiłowanie do zwierząt, gust muzyczny. Dzieliła nas tylko odległość – ja z Warszawy, on z Gdyni.
    Nie wiem jak to się stało, że mu uległam. Stał się osobą ważniejszą niż rodzina, znajomi z realnego świata, praca, szkoła.
    Dałam się wplątać w toksyczny, bardzo męczący związek.
    Poznaliśmy się po 11 miesiącach wirtualnej znajomości, na początku nie chciał tego, ale wiedział że mi wirtualna znajomość nie wystarczy. Przyjechałam do niego do Gdyni, był trochę inny: na dystans, nieśmiały, ostrożny, mówił w inny sposób. Poznałam jego brata i kolegów, po dwóch dniach razem stał się „normalny” taki jak w rozmowach telefonicznych, mówił że kocha i jest najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem gdy jestem obok.
    Widywaliśmy się w weekendy. Mieszkaliśmy w wynajmowanym przez niego mieszkaniu. Właściwie było wspaniale przez jakieś 4 miesiące. Do momentu, aż napisał mi wiadomość: ” Przepraszam, nie możemy się spotykać, jestem chory na raka. Od jutra zaczynam leczenie …” Załamałam się, nie odbierał telefonów, nie odpisywał na sms, skype niedostępny, jego brat się nie odzywa. Tkwiłam w takiej próżni przez około miesiąc, nie wiedziałam o co chodzi, co mu jest, od kiedy o tym wie, jakie są prognozy lekarzy.
    Po miesiącu zadzwonił ” Cześć Kochanie, co tam u Ciebie?” Byłam przeszczęśliwa, nie chciał rozmawiać o chorobie, mówił, że wszystko dobrze, że leży w szpitalu, ale niedługo wychodzi, więc przyjedzie do mnie. Romans trwał dalej, znowu smsy, godziny spędzone na telefonie. I po kilku tygodniach znowu zaczął milczeć. Tak było jeszcze kilka razy: milczenie, za kilka tygodni czuły sms lub telefon, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
    Wykańczał mnie psychicznie, kontrolował moje profile na portalach społecznościowych, dzwonił do mojej pracy i wypytywał o mnie. Kilka razy zrobił awanturę, o to że pewnie go zdradzam w tej Warszawie, chciał żebym zapewniła go jak bardzo go kocham i jak mi zależy. Łączył się zdalnie z moim komputerem i sprawdzał wszystko – chciałam go zapewnić, że może mi ufać i pozwoliłam na to.
    Nie widywaliśmy się już z powodu choroby, nie chciał żebym widziała go w takim stanie, nie wysyłał już zdjęć. Rozmowy były coraz trudniejsze, często się kłóciliśmy. Ale ciągle zapewniał jak bardzo mnie kocha i że jestem tą jedyną, w życiu nie poznał takiej kobiety jak ja.
    Byłam totalnie opętana przez tego człowieka. zawaliłam szkołę, straciłam pracę, nie wychodziłam z domu tylko siedziałam przy kompie i przeglądałam zdjęcia, czekałam na kontakt z nim.
    Po rozmowie z mamą stwierdziłam, że nie mogę tak żyć, nie ma to najmniejszego sensu i chciałam zakończyć znajomość. Powiedział, że jego życie w takim przypadku nie ma sensu i się zabije… Znajomość toczyła się dalej, było więcej smsów, dłuższe rozmowy, ciepłe słowa, jakieś zdjęcia nawet się pojawiły. Wyglądał bardzo dobrze, lepiej niż wcześniej. Gdy zapytałam jak przebiega leczenie, powiedział, że już jest zdrowy. Miałam nadziejże, że wszystko wróci do normy i będzie jak wcześniej, gdy spotykaliśmy się w realnym świecie. Przyjechał na jeden dzień do Warszawy, było cudownie tak jak na początku.
    Niestety kilka dni później, napisał że musi wyjechać do pracy za granicą, ale kocha mnie i postara się wrócić szybko, a wtedy przeprowadzi się do Warszawy i zamieszkamy razem. Oczywiście znów przestał odbierać telefony, odpisywać na wiadomości. Po kilku tygodniach zadzwonił jak gdyby nigdy nic się nie stało, zapytać co u mnie. Połączenie zostało przerwane w trakcie rozmowy.
    Następnego dnia zadzwoniła do mnie kobieta i wypytywała kim jestem, skąd znam jej męża, czytała nasze smsy. Do dziś czuje to, co czułam wtedy, gdy usłyszałam słowo „męża”. Zimny pot, ręce się trzęsą, głos drży. Rozłączyłam się.
    Zadzwoniłam do niej kilka dni później, aby wszystko wyjaśnić.
    Rozmawiałam z tą kobietą parę godzin. Opowiedziała mi, że są małżeństwem od 6 lat, dwa lata temu zmagała się z rakiem piersi. mają 6 miesięczne dziecko, własny dom pod Gdańskiem, firmę.
    Jej mąż nie jest chory, nie wyjechał za granicę, nie pochodzi z rozbitej rodziny. Jedyne co było prawdą to bogata kartoteka.
    Nasza znajomość zaczęła się wtedy, gdy jego żona przechodziła leczenie. Spotykaliśmy się wtedy, gdy jego żona leżała w szpitalu, mieszkanie w którym mieszkaliśmy podczas weekendów, to było jej mieszkanie.
    Nigdy więcej nie usłyszałam jego głosu, dostałam parę czułych smsów z przeprosinami od niego, zapewniał że rozwiedzie się z żoną, chce być tylko ze mną. Że jego żona jest okrutna, znęca się nad nim i zabrania kontaktów z synkiem.
    O wszystkim informowałam jego żonę. Miałam z nią dobry kontakt – rozmawiała ze mną jak z przyjaciółką, była zagubiona, wyczerpana psychicznie, nie miała wsparcia u rodziny i czasem dzwoniła do mnie żeby zapytać o męża: czy się odzywał.
    Synka wychowywała sama, ponieważ mąż spędzał czas w firmie, z kolegami lub w areszcie. Wspólnie analizowałyśmy jego osobowość, ja wiedziałam o rzeczach o których ona nie miała pojęcia i na odwrót.
    Mój „związek” trwał ponad 3 lata. Z perspektywy czasu nie mogę pojąć jak mogłam być tak naiwna, tak się zaangażować w związek, który z góry był skazany na porażkę. Jak mogłam dać się zmanipulować obcej osobie. Czemu nie podejrzewałam nic, gdy odbierał telefon i wychodził do innego pomieszczenia aby porozmawiać. Rozmawialiśmy przez telefon tylko w nocy, na skype tylko jak był w pracy. On wybierał terminy spotkań. gdy raz przyjechałam niespodziewanie, czekałam długo aż się zjawi i spotkanie zakończyło się kłótnią ” nie masz prawa przyjeżdżać bez zapowiedzi, co Ty sobie myślisz” były rękoczyny, a później czułe słowa, płacz i przeprosiny na kolanach.
    Żona rozwiodła się nim. Ona ani ja nie wiemy co się z nim dzieje. Nikt z jego znajomych ani rodziny również nie wie, firma przestała funkcjonować.
    W zeszłym roku dostałam maila z przeprosinami i wyznaniem miłosnym, co jakiś czas odbieram anonimowe telefony, ale nikt się nie odzywa.
    Długo zbierałam się po tym wszystkim, nie mogę zrozumieć jak można prowadzić podwójne życie, wysysać energie z innych, żeby zadowolić siebie. Co kieruje takimi ludźmi? co kieruje ludźmi, którzy im pomagają ( brat i znajomi).

    • Ayahuasca Mao

      Oksa, mam nadzieję, ze mimo wszystko nie straciłaś wiary w ludzi. Jesteś dzielną kobietą.

      • Oksa

        Nie straciłam :) Ale teraz z większym dystansem podchodzę do zawierania znajomości w sieci i w ogóle do związków. Uświadomiłam sobie, że można z kimś żyć pod jednym dachem i nie wiedzieć o nim zbyt wiele, a co dopiero gdy się w ogóle nie znamy. Na pewno nigdy już nie zaangażuję się w związek na odległość. Obecnie mam partnera, którego poznałam wiele lat temu w sieci, jeszcze przed tą historią. Poznaliśmy się na żywo i zaprzyjaźniliśmy jak przeprowadził się do Warszawy na studia, miał wtedy dziewczynę ja też miałam innego partnera, więc nasza relacja była bez żadnej skazy uczuciowej. I tak się rozwinęło.. Poznałam przez internet wielu wspaniałych ludzi, wielu jeszcze nie znam w realnym świecie mimo, że utrzymujemy kontakt od ponad 12 lat – najwięcej osób poznałam w czasie gdy byłam nastolatką, teraz wszyscy jesteśmy dorośli mamy swoje życia, rodziny i właściwie jak rozmawiamy, to zapominamy o tym, że nigdy się nie widzieliśmy :) Ta historia odbiła się dużym echem w mojej głowie, ale generalnie wyszła mi na +. Długo analizowałam te wydarzenia, sporo czasu spędziłam na ponownym czytaniu archiwum rozmów, sms, które jeszcze miałam. I dopiero wtedy zrozumiałam jak bardzo mną manipulował, że były jeszcze inne sytuacje, w których powinnam się zastanowić dłużej nad tym co robię. Bardzo dużo dała mi rozmowa z jego żoną, uświadomiła mi jakim on był człowiekiem, że nie tylko mnie oszukiwał i wykorzystywał. Właściwie to fakt, że skrzywdził żone i dziecko, odwrócił moją uwagę od tego co ja przezywałam. Te doświadczenia juz zawsze będą tkwiły w mojej głowie. Moge się zaangażować w związek, ale jeżeli pojawia się jakaś niepewność, wątpliwość, to momentalnie łapie dystans i potrafię zagłuszyć w sobie emocje i uczucia, które przeszkadzają w racjonalnym myśleniu.

  • monika

    my tez tak sie poznalismy – przez internet. sporadyczne maile a potem internet non stop, bo jak tak bez siebie. dzielilo nas 1000 km. jestesmy ze sobä chyba trzy lata, za pöltora tygodnia bierzemy slub. bylam w trudnym momencie zycia, on tez. mielismy wielkie szczescie.

    jak sie tak mozna dac wmanewrowac? ha ha, ano mozna.
    z mojego doswiadczenia na malä skale: jestem inteligentna i nie uwazam sie za osobe naiwnä. staram sie byc uczciwa w stosunku do wszystkich, z ktörymi mam do czynienia i tym samym podswiadomie (i blednie!) zakladam, ze inni zachowujä sie wobec mnie tak samo. gdy ktos bez skrupulöw postepuje wobec mnie nieuczciwie, za kazdym razem NAIWNIE (a jednak!) sie dziwie, jak to mozliwe i ‚jak tak mozna?!’!
    jak na razie, mimo zaliczenia paru bolesnych ‚wpadek’, nie chce zmieniac swojego nastawienia do ludzi, bo nie chce zyc w swiecie, gdzie juz na ‚dzien dobry’ trzeba zakladac, ze druga osoba chce mnie wykorzystac i skrzywdzic.

    gdybym na swoim rozdrozu trafila na marcina vel kasie, pewnie bylabym w Waszym gronie. straszne doswiadczenie dla osoby, ktöra nie jest w najlepszej formie psychicznej. wielkie brawo za przekucie tego doswiadczenia w cos dobrego, bo wlasnie Ci (Wam) sie to udalo!

    pozdrawiam,

  • Zagubiona

    Ja takze przeżyłam cos takiego….gdyby ktos chciał o tym porozmawiać, podaje maila: weronika_fraczek@interia.pl
    Na wszystkie odpisze….

  • Emi

    Mój ,,chłopak” miał na imię Dawid, a okazał się Olą. Przykre jest to, że tacy ludzie są w stanie nas oszukać. I pytanie po co to robią?

  • Magdalena Warszawska

    Czyli nie tylko ja, młoda, inteligentna, pewna siebie, wpada w macki toksycznej znajomości utrzymywanej przez internet. Mój Marcin, to Adrian- samotny ojciec córki Leny, również jak Marcin z bardzo charakterystycznymi tatuażami. Żyjący połowę roku w Buenos, drugą połowę w Łodzi.
    Byłabym wdzięczna, gdyby autorka bloga mogła się ze mną skontaktować. Niewiedza mnie zabije i nie pozwoli zaznać spokoju.
    Pozdrawiam
    Poziomka

  • Kasia

    Ale masakra! Dobrze, że udało Ci się z tego wymiksować! Boże, że ludzie robią takie rzeczy! Polskie prawo powinno się zmienić i paragraf za nękanie psychiczne też powinien być! Mam nadzieję, że teraz już jest wszystko dobrze! Pozdrawiam!

  • Bachanatus

    Gratuluję Pani odwagi opisania tak przykrego wydarzenia. Wielu ludzi w podobnej sytuacji ukryło by się we własnej norce wstydu i upokorzenia. Życzę ulgi i oczyszczenia

  • Naimad

    Z całym szacunkiem,ale co trzeba mieć w głowie żeby aż tak się wciągnąć w zwyczajną internetową znajomość i to na tak długi czas ? Odpowiedz w zasadzie napisałaś sobie sama
    „Według prawa ona nie robi nic złego, a ja i reszta dziewczyn jesteśmy, delikatnie mówiąc, głupie.”
    A co do wyżej opisanej/go Marcina/Kaśki to absolutnie nie rozumiem co ta osoba ma na celu bawiąc się w tak żałosny sposób,że też jej/mu sie chce tyle czasu tracić na takie idiotyzmy,zapewne to jakiś psychol.

  • Naimad

    Z całym szacunkiem,ale co trzeba mieć w głowie żeby aż tak się wciągnąć w zwyczajną internetową znajomość i to na tak długi czas ? Odpowiedz w zasadzie napisałaś sobie sama
    „Według prawa ona nie robi nic złego, a ja i reszta dziewczyn jesteśmy, delikatnie mówiąc, głupie.”
    A co do wyżej opisanej/go Marcina/Kaśki to absolutnie nie rozumiem co ta osoba ma na celu bawiąc się w tak żałosny sposób,że też jej/mu sie chce tyle czasu tracić na takie idiotyzmy,zapewne to jakiś psychol.

  • Naimad

    Z całym szacunkiem,ale co trzeba mieć w głowie żeby aż tak się wciągnąć w zwyczajną internetową znajomość i to na tak długi czas ? Odpowiedz w zasadzie napisałaś sobie sama
    „Według prawa ona nie robi nic złego, a ja i reszta dziewczyn jesteśmy, delikatnie mówiąc, głupie.”
    A co do wyżej opisanej/go Marcina/Kaśki to absolutnie nie rozumiem co ta osoba ma na celu bawiąc się w tak żałosny sposób,że też jej/mu sie chce tyle czasu tracić na takie idiotyzmy,zapewne to jakiś psychol.

  • xyz

    cześć, chciałabym się włączyć do dyskusji. współczuję Ci Twojej historii, ale naprawdę nie potrafię zrozumieć jak – nawet mając bardzo słaby moment w życiu, sama trochę przeszłam pod tym względem – jak można uwierzyć komuś, kto opierając się WYLĄCZNIE na kontakcie wirtualnym, mówi kocham, zależy mi itp. Nie ogarniam tego. Jestem w stanie przyjąć, że osoba w depresji potrzebuje zrozumienia, wsparcia, wysłuchania lub uzależnia się od kontaktu. Ale gdybym ja sama usłyszała od kogoś – a tym bardziej przeczytala – że mnie KOCHA tylko na bazie tego, co ode mnie uslyszał/przeczytał, to bym chyba ryknęła śmiechem w monitor i natychmiast zakończyła znajomość. A już na pewno byłby to dla mnie solidny sygnał ostrzegawczy, że chyba mam do czynienia z jakąś emocjonalną gimbazą. Też miałam w swoim zyciu prawdopodobnie psychopatę ale jakoś łatwiej mi łyknąć to, że mnie zmanipulował na żywo, niż gdyby miał to robić tylko wirtualnie.

  • Ola

    Przeczytałam….przypomina mi to tzw. scammers-uzależniają psychicznie od siebie, nie wiadomo, czy to kobiety czy mężczyźni, często w ich mailach przewijają się motywy choroby, rozwodu, samotnego wychowywania dzieci, itp. Pięknie piszą o uczuciach, koniecznie chcą numer telefonu-żeby być bliżej, adres – żeby móc Cię odwiedzić, chcą wyciągnąć jak najwięcej informacji na Twój temat. Często proszą o pieniądze -na bilet (autobusowy, kolejowy, lotniczy), na hotel (mają tyle przesiadek, że muszą biedactwa gdzieś spać), na leki (nie mogą przyjechać chorzy), itd. Istnieją strony po angielsku, gdzie publikuje się dane takich ‚rzekomych’ osób, w Stanach Zjednoczonych jest to przestępstwo ścigane przez urzędy federalne. Jak widać dotarło to wszystko do Polski, tylko najbardziej dziwi mnie to, że w większości przypadków to kobiety-przynajmniej tu i u Natalii….Trzymam kciuki za niepoddawanie się sile maili, smsów, mmsów i za wiarę w siebie i swoje możliwości.

  • Tomasz Garczyński

    Witajcie. Moje pytanie brzmi: Na ile ta historia jest prawdziwa a na ile historia z półki, dajmy na to, Kinga. Generalnie łatwo jest wywnętrzać się w otchłaniach sieci, pokazywać swoje prawdziwe oblicze, a raczej oblicze, które nieraz ludzie, zwykle psychopaci, trzymają pod ręką by to oblicze możecie odkrywać. Tak czytałem ten artykuł z coraz większym przerażeniem. A oto dlaczego.

    Dużo z tego co pisałaś/eś, podobnie jak Piotr Iskra, pasuje do mnie. Ale są ZNACZNE różnice. 1) Manipulacja i mnie trafiła. U mnie jednak poszło to znacznie perfidniej. Zostałem zmanipulowany tak, że sam zostałem uznany za psychopatę. 10 m-cy nie mogłem się pozbierać. I ślady pozostały.
    2) Działam od drugiej strony autorko/autorze. Zajmuję się ludźmi pokrzywdzonymi, samotnymi samotnymi. Pomagam im.
    3) Takie skur…. znacznie utrudniają mi pracę (czy ja jestem kolejnym?) oraz życie normalne (tacy ludzie jak ja są źle odbierani przez osoby „normalne” gdzie nie mam złych intencji) JAk dorwiesz mendę, chciałbym byś przekazał/a ją nie policji tylko mnie. Zobaczymy kto jest twardszy. To tak jak z wojskiem. Obydwie armie zabijają ale z różnych powodów.

    Wiem, że przez to wszystko jestem niegodny zaufania, ale nie poddam się w walce, o ludzi skrzywdzonych. Chyba, że powiedzą otwarcie „wy!@#!@aj”

    Pozdrawiam, i jeśli jesteś faktycznie pokrzywdzoną, szczerze współczuję

  • N.

    Wszyscy szukamy ciepła, bezwarunkowej miłości, kogoś, kto nas kocha, podziwia i adoruje. A jeszcze do tego my, baby, mamy w głowie zakodowane przez te wszystkie przeszłe pokolenia, że naszą powinnością jest stać u boku mężczyzny. A mężczyźnie czasem zdarza się wybuch złości. Mężczyzna może nie mieć czasu. A my czekamy z gorącą zupą na powrót silnego obrońcy z polowania.

    Upraszczam, oczywiście, ale o to chodzi. Ile osób z doświadczeniami agresji w związku słyszy ciągle „dlaczego wcześniej nie zareagowałaś?” – dopiero jak znajdziemy się w takie sytuacji okazuje się, że to nie jest takie proste. Sama jestem ofiarą sytuacji, w której nie umiałam powiedzieć „stop!”

    Dziękuję Ci za tę historię. Bo może przeczyta ją młoda zbłąkana dusza, któej zapali się lampka kontrolna w podobnej sytuacji.

  • A.

    Witam.
    Przede wszystkim cieszę się, że opisałaś tą historię. Ja sama jakoś nie miałam na to odwagi – wiedząc jak reagują na taką historię znajomi (ja też przestałam o niej wspominać, chyba że w żartach), nie chciałam rozpętywać gównoburzy w necie.
    Niestety miałam podobne przygody. I niestety nie skończyło się tylko na znajomości internetowej (która swoją drogą trwała kilka lat). Płeć mojego „wybranka” się zgadzała, toteż mieszkaliśmy razem na mój rachunek przez jakieś pół roku, a później następnych kilka lat podnosiłam się po tym związku.
    Mój książę nazywał się Matt (Maciej, jak się później okazało), wiek: trzydzieści kilka lat (ciężko ustalić), fotograf, społecznie zaangażowany.
    Wiem, że takich idiotek jak ja było w tym konkretnym przypadku więcej. Nie wiem czy ciągnie się dalej ten proceder, bo odcięłam się od tych wydarzeń, ale jeśli tak i któraś z Was to czyta, powiem jedno: dajcie mu kopa w tyłek, jak stąd do Paryża.
    Pozdrawiam i życzę najlepszego :)

  • Ewela
  • ewela
  • Martyna

    „Ale to nie był film – czyli historia bez happy endu”
    Zostałam oszukana. Oszukana, okradziona i wykorzystana.
    Poznałam KK z Zabrza przez internet, tu, na fejsbuku, jeszcze, gdy byłam we Francji. Ot, nieznajomy – napisał, zagadał i tak stał się znajomym. Pisał mejle, rozmawialiśmy przez skajpa. Były też niekończące się rozmowy na fejsie, setki smsów. KK tak pięknie do mnie pisał. Dokładnie to, co chciałam przeczytać. To, co wtedy było mi tak bardzo potrzebne. Myślałam o nim cały czas. KK był taki rozsądny, inteligentny, troskliwy. Nie mogłam się doczekać powrotu do Polski, kiedy wreszcie mogłabym poznać KK na żywo. Deklarował swoją pomoc w wielu sprawach. Zaufałam mu – no bo dlaczego nie? Nic nie wzbudzało moich podejrzeń. Gdy wróciłam, nie miał czasu, zajęty był pracą, cierpliwie czekałam więc na znak, kiedy to nastąpi, kiedy KK będzie miał chwilę, żeby się wyrwać z codziennego kieratu na kilka dni, tak, żebyśmy mogli razem gdzieś wyjechać, spędzić trochę czasu razem, poznać się tak naprawdę. Wreszcie w minioną środę napisał: „Mam +- 5 dni wolnego, jedźmy gdzieś!!!” Cały dzień zastanawialiśmy się nad tym, gdzie moglibyśmy się wybrać. Byłam bardzo podekscytowana tą perspektywą. Jednak wiele moich propozycji mu nie odpowiadało. W końcu, w środowy wieczór zaproponował: „Słowacja, Liptovsky Mikulas, Tatralandia, etc…” Podał mi link do pensjonatu, sprawdziłam to miejsce bardzo dokładnie, pod każdym kątem. Zadzwoniłam, zarezerwowałam od piątku do wtorku.
    I w końcu: stało się! Spotkaliśmy się w czwartek wieczorem na dworcu w Katowicach, stamtąd wyjeżdżaliśmy. Mieliśmy jechać nocnym pociągiem z przesiadka w Bohuminie. Wyruszyliśmy wściekli na PKP, z ponad godzinnym opóźnieniem. Rano dotarliśmy na miejsce i tak zaczął się nasz weekend.
    KK był nieco inny, niż oczekiwałam, trochę wycofany, raczej małomówny. Dużo marudził i narzekał. Ale ogólnie czas mijał przyjemnie.
    W poniedziałek w nocy mieliśmy wyruszyć w podróż powrotną do Polski. Wyszliśmy na spacer przed burzą, do baru za róg, może 150 m od pensjonatu. Ja zostawiłam tablet i telefon w pokoju, wzięłam tylko aparat, żeby trochę pofocić. KK w połowie drogi, na mostku nad strumieniem stwierdził, że idzie odnieść telefon, żeby mu nie zamókł. LG Nexus 5 nie jest rzeczą tanią. Wróciliśmy po mniej więcej 45 minutach. Nasz zamek od pokoju zalany był klejem sekundowym, tak samo jak zamek wejściowy od drzwi do pensjonatu. KK wszedł przez okno i otworzył drzwi od wewnątrz. Okazało się, że zniknął tablet i nasze obydwa telefony.
    Podejrzewałam KK. Przyjechała policja, sprawdziliśmy nasze plecaki, ani śladu. Zabrali nas na przesłuchanie, niestety, przesłuchiwali nas razem. Po powrocie KK chciał sie kłócić z właścicielami o zwrot gotówki za skradzione u nich rzeczy – jakieś 900 Euro. Ja zostałam w pokoju. Tablet znalazłam w jego plecaku…
    Policja słowacka została wezwana jeszcze raz, ale nie wykazali zbyt wielkiego zainteresowania sprawą. KK upierał się, że to właściciele podrzucili mu ten tablet i wszyscy próbujemy zrobić z niego złodzieja…
    Zostałam na Słowacji jedną noc dłużej. KK zabrał mój bilet na pociąg, nie miałam pieniędzy (wcześniej myślałam, że zgubiłam, jestem w końcu roztrzepana – teraz już wiem, że KK mi je ukradł.) Wróciłam do domu stopem, jak wrak człowieka, w dużej mierze dzięki pomocy przygodnie napotkanych osób.
    Wczoraj, to znaczy w środę przeszukałam internet i podzwoniłam po ludziach i tak poszedł łańcuszek!! Trafiłam na bardzo dużą grupę ludzi, oszukanych przez KK.
    KK jest notorycznym oszustem, złodziejem, naciągaczem i wyłudzaczem. Masa spraw się toczy, ja też nie odpuszczę, Było mi wstyd, teraz już nie. Jestem ofiarą.
    Podobno odwiesili mu jeden wyrok, w październiku ma iść siedzieć.
    I tak skończyła się moja prawie-love story, a zaczęła dłuuuga walka o szukanie sprawiedliwości.

  • Semitae

    Jasna cholera, tak czytam z ciekawości, co to za historia i masz rację – są inne osoby. Ja też zostałam tak kiedyś oszukana. Mój był Jurek, poznaliśmy się na deviantarcie, w podobnej sytuacji jak ty z Marcinem. Zostaliśmy razem, wszystko cudownie, ale właśnie – nie ma spotkań. Ja Łódź, on Częstochowa. Ale wysyłaliśmy sobie prezenty, rozmawialiśmy cały czas. Żyłam w internecie. I mój Jurek także miał zaburzenia psychiczne, wahania nastroju i opowiadanie zmyślonych historii ze swojego życia, by wzbudzić we mnie litość i zmusić do zainteresowania jego osobą. A to go dresy pobiły i właśnie umiera, a to ojciec go gwałci (i też umiera). Na początku kłamstwa były mniejsze. Potem już wiedziałam, ale nigdy nie miałam odwagi zapytać, po co kłamie? Musiałam zarywać noce, by go pocieszać, by zatruwał mnie swoim jadem kłamstw, wysysał ze mnie całą pozytywną energię, nie miałam na nic siły. Do tego brak spotkań, czegoś, o czym marzyłam i dla czego wybaczałam mu wszystko – no bo jak się spotkamy, to będzie inaczej. Do tego wszystkiego był osobą wszechstronnie uzdolnioną, pięknie rysował, świetnie się uczył (szedł na medycynę), świetnie grał na gitarze/ Wszystko świetnie, a w domu bieda i ojciec tyran, zastraszona matka, prześladujący go uczniowie ze szkoły i podwórkowe dresy znęcające się nad nim. Wysyłał zdjęcia, oczywiście. Ale my nigdy nie rozmawialiśmy przez telefon, bo zawsze było coś.
    Trwało to jakieś 9 miesięcy i nie miałam siły już dalej ciągnąć naszej relacji, zwłaszcza, że zaczęłam podejrzewać, że ma kogoś innego. Zerwałam z nim, ale nadal wypisywał. Postanowiłam sprawdzić go. Zalogowałam się na jego gg (hasłem z devianta, mieliśmy swoje nawzajem) i zaczęłam dostawać wiadomości od (!) Marcina. Który pisał do swojej dziewczyny Madzi. Że zaraz u niej będzie, jak ją kocha, etc.
    Zamurowało mnie. Mój Jurek był Magdą, kobietą, która kogoś miała od jakiegoś czasu. Kobietą, z którą wymieniałam krępujące zdjęcia. Jurek miał wiele internetowych dziewczyn przede mną, ale ja pierwsza się dowiedziałam. Najpierw nagrałam się na jej pocztę głosową, że wiem, kim jest, jak mnie oszukała i jak się teraz czuję oraz że nigdy nie chcę więcej mieć z nią kontaktu. Powiadomiłam jego/jej byłe, które znałam. Wszystkie były w szoku, choć znały tę personę i robiła im to, co mnie, nie wiedziały, jak bardzo sprawa była pokręcona.
    Byłam ogromnie zraniona. Zmarnowałam tyle miesięcy życia, tyle dawałam się zadręczać i umęczać. No i w głowie huczało pytanie: dlaczego? Skoro ma chłopaka, nie jest lesbijką. Po co mnie oszukiwała, czy lubi ranić ludzi?
    Napisała do mnie po odsłuchaniu wiadomości. Jedyne, co chciałam od niej, to wiedzieć DLACZEGO mi to zrobiła.
    ,,Nie wiem, może chciałam mieć przyjaciółkę…”
    Stwierdziłam, że muszę być lepszym człowiekiem, co tym samym będzie karą dla niej. Powiedziałam, że jej wybaczam, że możemy utrzymywać kontakt, że chcę ją zrozumieć ( o to wszystko prosiła). Mimo, że w środku mnie wszystko krzyczało, nadal byłam pod tym wpływem i nie wyobrażałam sobie innego życia.
    Jednakże prawdziwy wybuch był wtedy, gdy w momencie, kiedy zaczęłam układać sobie życie, zaczęłam z kimś znajomym randkować, ona również zaczęła go podrywać. I do tego psuć moją opinię u tej osoby. Tego było za dużo. Zerwałam wszelki możliwy kontakt, uciełam wszystko, opubikowałam na swoim dA notkę opisującą jak owa persona mnie oszukała. Obecnie mam spokój, ale niestety zmarnowała mi znajomość, z którą nie mogę się w pewien sposób pogodzić do dzisiaj. Po jakiś 4 latach. Nie dość, że zmarnowała mi taki kawał życia, to jeszcze odebrała mi kogoś, kogo naprawdę kochałam.
    Dzisiaj też jeśli opowiadam tę historię to jako anegdotę, nie przeciągając jej. Wstydzę się tego, jaka byłam głupia, jak dałam się oszukać. Mało kto wie, jaki żal czuję do tej osoby. I choć mogłam jej wybaczyć oszustwo, to tego, że potem jeszcze postanowiła wbić mi nóż w serce wybaczyć nie umiem do dzisiaj.

    • krotkiporadnik

      Matko, straszna jest ta historia! Bardzo Ci współczuję…

  • Klaudia

    Nie możesz namierzyć ‚jej’ przez tą siostrę Kasie, która pracowała z Tobą?

    • krotkiporadnik

      Ta siostra jest nim :) Tzn on tą siostrą. I została już namierzona jakiś czas temu.

  • Naiwna

    Trafiłam tu przypadkowo, w poszukiwaniu informacji. Postanowiłam opisać
    swój przypadek, bo może któregoś dnia pomoże to jakiejś dziewczynie. A
    moja historia wygląda tak… Poznałam Kube na czacie. Mówił, że mieszka w
    Niemczech w Sassnitz, jest architektem, ma raka, wtedy także jezdził na
    wózku. Traktowałam go jako kolege w pewnym momencie kontakt sie urwał ale po jakimś miesiącu się ponowił.
    Opowiadał, że odzyskał czucie w nogach, po tym jak miał wypadek na
    motorze i jeżdził na wózku… Mówił, że do Niemiec wyprowadził sie po
    tym jak jego narzeczoną po ich kłótni potrącił samochód, zmarła mu na
    rękach a ostatnie jej słowa to to, że jest w ciązy. Miała na imie Lenka.
    Ma przyjaciółke les Kinie. Wysyłam mi „swoje” i „jej” covery. Mówił
    też, że po tym wypadku na motorze był w śpiączce 3 miesiące i obudził
    się w momencie kiedy jego przyjaciółka napisała i zaśpiewała mu
    piosenke. Któregoś dnia powiedział, że mnie kocha. Poczułam jakąś więź z
    nim. Wierzyłam mu choć wiedziałam, że te jego przeżycia wyglądają jak z
    filmu. Tych rzeczy było dużo więcej. Opowiedziałam to koleżance
    stwierdziła, że to nie możliwe, że nikt nie może mieć aż takiego pecha. W
    sumie moja intuicja podpowiadała mi, że coś jest nie tak ale wypierałam
    to z głowy choć jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Zaczęłam sprawdzać informacje.
    Okazały sie nie prawdziwe. A covery z internetu. Powiedziałam mu o
    wszystkim, przyznał się, że ma żone, 2 dzieci, powiedział, że naprawde
    jest chory, zdjęcia wziął z internetu, ma 28 lat tak jak mówił i mieszka
    w Sassnitz. Spytałam czemu to miało służyć odpowiedział, że chciał się
    odegrać na życiu na koniec. Dostałam potem jeszcze sms-a od jego żony,
    że naprawde jest chory i że jestem 4 dziewczyną, którą oszukał z tego co
    wie. Nie wiem co trzeba mieć w głowie, żeby wymyślać „swoje” życie…

  • Eleonora

    mój „Marcin” był facetem, ale cała reszta taka sama, tylko ja do tego straciłam sporo pieniędzy…mój ukochany chorował i nie mógł pracować biedny taki….chorowała też jego matka, chorował ojczym, przejrzałam na oczy gdy chorować zaczął też pies. Wszystko trwało 2 lata, ja też nikomu o tym nie opowiedziałam, bo wstyd…

  • mp

    tak dla sprostowania, w Grudziądzu jest męskie więzienie -ul. Sikorskiego 13/17

    • krotkiporadnik

      Teraz już wiem.

  • ciotka zła rada

    To jest zadziwiające, jak wiele jest takich historii. Moja, co prawda, jest zupełnie inna, dotyczy „prawdziwego” stalkingu (z którym też nic nie można było wtedy zrobić, bo to się zaczęło ponad 10 lat temu, prawo tego nie regulowało, a grożenie śmiercią usłyszałam „tylko” raz, przez telefon, więc świadków nie było), ale zajęło mi dużo czasu ogarnięcie, że dzieląc się nią mogę komuś pomóc.
    Wspieram.

  • Anna Ma

    Bardzo Wam wszystkim współczuję. Wam – czyli ofiarom tej Kaśki. Bo trudno mi pojąć, jak bardzo samotną i zagubioną osobą trzeba być, żeby się dać połknąć takiej internetowej znajomości. I jednocześnie zachodzę w głowę, jak ta cholerna Kaśka znajdowała na to wszystko czas? Na zlepianie do kupy tożsamości, na prowadzenie całonocnych rozmów, na maile i smsy? Przecież musiała to robić z kilkoma osobami na raz – nie pokiełbasiło jej się z kim i o czym ma rozmawiać? Przecież każda z Was jest inna i potrzebowała innego rodzaju wsparcia, innej przynęty i opowiada inną historię o milionie szczegółów. I ciekawi mnie, jakie ta potwora ma statystyki, czyli ile zaczepianych przez nią dziewczyn odrzuca tę „relację” po kilku rozmowach, a ile wpada w sidła. I krew się we mnie gotuje na myśl, że uchodzi jej to bezkarnie.

  • Paulina

    Myślałam, że taka historia przytrafiła się tylko mnie. Chociaż widzę, że jest nas więcej, wcale nie czuję się dzięki temu lepiej.

    Mój Jan miał na imię Olek. Był chłopakiem, o którym marzyła każda dziewczyna. Wysoki, przystojny, skater, rewelacyjnie się ubierał, szarmancki, troskliwy. Ideał. Jedyny problem tkwił w tym, że w ciągu rocznej zażyłości, nie spotkaliśmy się ani razu. A to mama zasłabła, a to pociąg uciekł… Setki wymówek, a ja w każdą wierzyłam. Byłam zakochana. Nie, to za mało powiedziane. Ja KOCHAŁAM. Na zabój, do szaleństwa. Mogłam poświęcić rodzinę, wszelkie oszczędności, szkołę, zdrowie, byle tylko z nim być. A raczej, mieć z nim kontakt, bo do „bycia” konieczna jest fizyczność. Po którejś z kolei wymówce, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Olek nie chce się ze mną spotkać. Problem oczywiście musiał tkwić we mnie. Nie uważałam się za ładną. Myślałam, że nawet do przeciętnej dziewczyny sporo mi brakuje. Zaczełam się odchudzać, inaczej ubierać, podkreślać twarz makijażem. Sądziłam, że to coś zmieni. Po kilku miesiącach, gdy mój image dratycznie się zmienił, a Olka nadal nie było, zaczęłam szukać przyczyny gdzieś indziej. W głowie zaczęła świecić się kontrolka, sugerująca brak spójności w niektórych historiach chłopaka. Dopiero wtedy poznałam prawdziwe oblicze mojej miłości. Pytany o owe zagadkowe kwestie, zawsze na mnie naskakiwał, groził podcięciem żył albo mówił o nadciągającym ataku serca. Spanikowana, odpuszczałam od razu. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy sytuacje się powtarzała. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że w swoją intrygę Olek wciągnął koleżankę, z którą raz rozmawiałam. Żyjąc w przekonaniu, że osoba trzecia nie pomogłaby w oszustwie, dawałam ukochanemu kolejne szanse, bo chociaż dowodów na jego istnienie nie było żadnych, to przecież ktoś o tym poświadczył. Końcowe miesiące związku w większości przepłakałam. W akcie desperacji, wyznaczyłam mu ostateczny termin, w którym moglibyśmy się spotkać. Obiecał, że będzie. Następnego dnia słuch po nim zaginął. Kompletnie zerwał kontakt. Być może wpływ na to miała moja wiadomość do koleżanki-oszustki, w której poprosiłam, żeby jeszcze raz poświadczyła o istnieniu Olka. Do tej pory zastanawiam się, jak mogłam dać się tak omamić, zwłaszcza, że pogawędki średnio dwa razy w tygodniu przerywała nam jego mama. Kilka razy z nią rozmawiałam. Kobieta przedstawiła mi prawdziwą historię swojego dziecka, w którą oczywiście nie uwierzyłam. W końcu Olek mówił, że mama chce go tylko dla siebie i spławia w ten sposób każdą dziewczynę. Dlaczego miałabym ufać obcej kobiecie, a nie jemu?

    Odezwał się trzy lata później w momencie, kiedy bardzo potrzebowałam wsparcia. Rozstałam się z chłopakiem po prawie dwóch latach związku i płakałam praktycznie na każdym kroku. Bardzo pomógł mi wyjść z dołka. Wiedziałam, że taki ktoś nie istnieje, ale potrzebowałam osoby, która podniosłaby mnie na duchu. Mieliśmy się nawet spotkać, ale chyba nie muszę pisać, że nic z tego nie wyszło. Gdy tylko pozbierałam się na tyle, żeby uświadomić sobie, że ponowne pakowanie się w tę znajomość nie jest niczym dobrym, momentalnie urwałam kontakt. Pisał, dzwonił, ale ja była nieugięta. Nadal jestem, bo czasem zdarza mu sie odezwać.

    Myśląc o tym wszystkim teraz, zaczynam się zastanawiać, jak udało mi się przez to wszystko przejść, mając zaledwie 15 lat. Jestem pełna podziwu dla samej siebie…

  • O kurwa.
    Nic więcej nie potrafię powiedzieć, serio.
    Jesteś dzielna, że dałaś radę bo ja chyba wylądowałabym w psychiatryku po czymś takim.

    Naprawdę tacy ludzie istnieją?
    Boże Drogi.
    B o ż e .

  • Mnie chyba najbardziej interesują motywacje tej Kaśki. Może zaproponujesz jaki profil, skoro studiowałaś (studiujesz/skończyłaś) psychologię w kierunku kryminalistyki. Bo jeśli bawi się w ten sposób, to może robić też „poważniejsze” rzeczy. Jeśli nie teraz, to w przyszłości.

    No i jeszcze jedno, dlaczego wiele komentarzy jest o mężczyznach, skoro tu właśnie żadnego mężczyzny nie było?! ;)

  • Anna

    Trafiłam na Twojego bloga i tę konkretną historię, bo wspominała o niej (zupełnie anonimowo) znajoma na jakiejś imprezie. Gdy to usłyszałam, najpierw zamarłam, a później poczułam ogromną empatię.

    Po pierwsze. NIE OBWINIAJ SIĘ O TO. Tzn. mam wrażenie, że już dobrze radzisz sobie z byciem oszukaną, ale wiem też jak długo to potrafi w kimś siedzieć…

    Nie chcę się rozpisywać opowiem w ogromnym skrócie moją historię. Było tak: Mam 15 lat. Jestem po rozstaniu z chłopakiem, z którym spotykałam się ok 2 lata. Są wakacje. Znajomi trochę się ode mnie odwrócili, bo ten chłopak był w naszej ekipie. Czuję się samotna. Smutno mi.

    Pewnego dnia dostaję sms. Miły sms. Od chłopaka, który się mną zainteresował i zdobył nr od kolegi. Najpierw nic o nim nie wiem, ale po kilku dniach wymieniamy setki wiadomości, do tego gg, on przesyła mi swoje zdjęcia. Miłość jak z filmu. Jest starszy, bogaty, przyjechał na wakacje do kuzyna, jeździ motocyklem, do spotkania nie dochodzi, akurat dlatego, że to ja byłam zapobiegliwa. Chłopak mnie zaczarował, sprawił, że chociaż go nie znałam to zakochałam się, jak to naiwna nastolatka. Opowiedziałam mu o wszystkich swoich smutkach, o tym o czym wstydziłam mówić się realnym ludziom. O śmierci mojego taty, wyjeździe mamy, dużo intymnych rzeczy. Wysyłałam mu swoje zdjęcia. NORMALNE zdjęcia. (jestem raczej rozsądna dziewczyną).

    Opowiedziałam o „Krzyśku” przyjaciółce. Odwróciła się ode mnie. Nie pomogła mi. Myślę, że ona nie łyknęła całej jego bajeczki – być może z zewnątrz wyglądało to niewiarygodnie – ale ja wierzyłam.

    W końcu miał nastąpić dzień naszej randki. Pisaliśmy ze sobą cały wieczór. Powiedział, że jedzie jeszcze na przejażdżkę, a już jutro się widzimy. W nocy obudził mnie telefon. Z innego numeru. To „Łukasz” kuzyn „Krzysia”. Informuje mnie, że Krzysiek miał wypadek, że jest źle.

    Cały tydzień płakałam, wpadałam w histerię, rodzina nie wiedziała co się ze mną dzieje, byłam w bardzo złym stanie. Pojechałam sama do Krakowa, szukać go. Wręcz sypiałam w kościele modląc się o jego życie. Zaczęłam pisać z Łukaszem, który zdawał mi relacje ze szpitala. Powiedział mi wtedy.. że Krzysiek mnie kocha. Że walczy dla mnie. To były bardzo silne emocje. Po tygodniu zmarł. A ze mną było więcej niż źle. Przez kilka miesięcy nie mogłam pozbierać się po śmierci ten wirtualnej miłości.

    Pewnego dnia, przyszła do mnie dziewczyna. Do mojego domu. Przedstawiła się i powiedziała mi całą prawdę. Osobą, która do mnie pisała był jej brak. Stary chłop. Budowlaniec. Pracował w moim domu przez wakacje. Wziął mój numer z lodówki mojej babci. Pisał do mnie, obserwując mnie i moje reakcje. Wymyślił to wszystko bardzo dobrze się bawiąc i wyśmiewając. Zakończył tę historię ponieważ jego żona zorientowała się, że ma drugi telefon i do kogoś dzwoni i pisze. Nie umiem opisać jak się poczułam.. Pamiętam tylko, że chciałam się zabić. I nawet wiedząc już wszystko, nadal czułam do „Krzysia” coś silnego.. zniszczył mi głowę…

  • kasia

    Mam takie zastanowienie: jeżeli Kasia pracowała w Twojej firmie, to musiałaś znać jej prawdziwe nazwisko, gdyż na podstawie dokumentu tożsamości podpisuje się umowy związane z zatrudnieniem. Czy to nazwisko nie było inne niż Marcina?

    • krotkiporadnik

      Było inne, gdyż „byli” rodzeństwem z innych ojców, jednak Marcin jako małe dziecko został przysposobiony przez swojego ojczyma i nosił nazwisko po ojczymie.

  • krotkiporadnik

    Było inne, gdyż „byli” rodzeństwem z innych ojców, jednak Marcin jako małe dziecko został przysposobiony przez swojego ojczyma i nosił nazwisko po nim.

  • Masakra! Ja miałam sytuację w gimnazjum, że ktoś podszywał się pode mnie. Dziewczyna używała moich zdjęć, imienia, nazwiska i wypisywała do chłopaków z okolicy. Ale ja w ogóle nie rozumiem po co ta kobieta to robi. Mówię teraz o tej Kasi. Co jej to daje?

  • teżJustyna

    Jak to brak korzyści finansowych? A załatwienie pracy to nie korzyść finansowa?

  • Paulina Szymańska

    Nie widząc się z człowiekiem na żywo, bazując tylko na wiadomościach i rozmowach telefonicznych idealizujemy drugą osobę. Tak samo „Marciny” mogą siebie idealizować. Przedstawiają siebie w jak najlepszym świetle, a kobiety się zakochują. Nie spędzają z nimi na tyle czasu i sam na sam i ze znajomymi żeby poznać i widzieć różne reakcje. Nie ma miłości przez internet. Każdy tu może być kim chce, ja mogę być wysportowanym facetem z własną firmą a jestem ćwierćwieczną kobietą ;) http://www.madrzej.blogspot.com

  • N.

    Cześć, nie wiem, czy przeczytasz ten komentarz. Dwa lata temu opublikowałaś ten wpis… słyszałam już wcześniej o takich oszustach, ale muszę przyznać że ta historia mnie poraziła. Ta Kaśka mieszka w Grudziądzu? To by wyjaśniało wiele. Wiesz, że to miasto jest nazywane polskim Detroit? Bywam tam często, bo mieszka tam mój chłopak. To już nawet nie jest Polska B, tylko C lub D, może nawet E. Jakby czas się zatrzymał 15 lat temu. Ruiny po zakładach mięsnych i browarze,puste witryny sklepowe, ogromne bezrobocie, smutni staruszkowie w szarych ubraniach i psie kupy na chodniku. Nie przesadzam- tak dla mnie wygląda to miasto. I już chyba nie dziwię się tej Kaśce, że sfiksowała i stworzyła sobie w głowie swój mały, chory świat, dużo bardziej kolorowy, niż to co widzi za oknem. Współczuję i Tobie i jej – i już nie wiem, komu bardziej:/

  • On

    Przeżywam coś bardzo podobnego. Tylko z taka różnica ze jestem mężczyzną. Moja historia jest chyba jeszcze bardziej zawiła i trwa już od 2009 roku. Co jakiś czas mam ochotę podzielić się ta historią z kimś ale nie mam odwagi.
    iboka@op.pl

  • Anita

    Będąc w technikum tkwiłam w takiej relacji bite 3 lata. Nigdy nieistniejący Milan, za którym stała patologiczna dziewczyna z problemami. Nigdy przez nikogo nie przepłakałam tylu dni i nocy! Manipulacja na najwyższym poziomie. Swoją drogą miał nie siostrę a koleżankę łagodząca spory. Ona mówiła mi co u niego, gdy nie mógł rozmawiać. Uzależniona od kontaktu z obcym nastolatka, nic nie było dla mnie wtedy ważniejsze. Ba, nie wiem ile pieniędzy straciłam na doładowywaniu mu telefonu. A raczej jej, dziwnej dziewczynie, którą zdradził oficjalny profil osoby pod którą się podszywała.

  • shinobu

    Wstrząsająca historia. Najczęściej ofiarami są inteligentne osoby (podobnie działają sekty). Trzeba wziąć pod uwagę, że w tego typu sytuacjach główną rolę odgrywają emocje, nie rozum i logika. Dopóki sami nie zostaniemy wykorzystani, wydaje się nam, że jesteśmy całkowicie odporni.

  • Ola

    Podobna historia stała się moim udziałem choć przekręt wyłapałam po jakimś miesiącu, to rozmach działania mojego delikwenta pokazuje reakcja osoby, której tożsamością posłużył się wcześniej https://michalgorecki.pl/2017/02/jak-ukradziono-mi-tozsamosc/

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress