Dorosłe dzieci z przeszłością

23 lutego 2015 Blog

IMG_1434

Czasem jest mi za nas wstyd. Za to, że czytamy te wszystkie książki, dzięki którym, zanim postanowimy mieć dziecko, już wiemy, jak będziemy je wychowywać. Że tacy jesteśmy super w teorii, w rozprawianiu na tematy moralności, podczas, gdy średnio sobie radzimy z tabliczką mnożenia bez kalkulatora w telefonie. Że drążymy wciąż przeszłość w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania: Kim naprawdę jestem? Kim byłam, zanim stało się to coś, co nakazało mi być kimś innym? Że jesteśmy takimi nadwrażliwymi, użalającymi się nad sobą pipkami, którymi nasi przodkowie nie byli, bo mieli prawdziwe problemy. Ale potem myślę o tym, że bierzemy na siebie odpowiedzialność za nasze relacje z rodzicami i wstyd zamienia się w coś podobnego do dumy.

Nie chciałam tu nigdy poruszać tematu rodziców i ich wpływu na nasze życie, ale ostatnio, nie wiedzieć czemu, co rusz trafiam na coś, co jest w stanie mnie BARDZO ruszyć.

I tak ostatnio trafiłam sobie na tekst o obgryzaniu paznokci. Przypomniało mi się wtedy, że przez zdecydowaną większość swojego życia, bo przez mniej więcej 18 lat, obgryzałam paznokcie. Nie, że czasem sobie coś tam skróciłam, albo że trzymałam często palce w buzi, kiedy byłam zestresowana. Obgryzałam je tak, że łatwiej było paznokcie na moich dłoniach przeoczyć, niż zauważyć. Do krwi, do mięsa, tak, że bolały mnie opuszki, a pisanie na klawiaturze, czy dłuższa kąpiel w wannie sprawiały mi niesamowity ból.

Obgryzione paznokcie były moim największym kompleksem. Nauczyłam się trzymać pióro tak, żeby nie było widać, jakie mam kołki (bo tak "pieszczotliwie" się o nich w domu mówiło). Nie podawałam ręki na powitanie, szklanki trzymałam w okropny sposób, bo z podkurczonymi palcami, jakbym miała sparaliżowane dłonie. Od czwartej klasy podstawówki, przyklejałam sobie ohydne plastikowe sztuczne paznokcie, które na tych moich małych resztkach płytki paznokciowej trzymały się tylko, jeśli używałam Super Glue. I tak, nie tusz do rzęs, czy podkład, ale Super Glue był pierwszym kosmetykiem poprawiającym urodę, którego używałam prawie codziennie.

Nie pomagało nic. Upominanie, wyśmiewanie, gorzkie żele, plastry na noc, kary, straszenie, że będę mieć zdeformowane palce i że paznokcie przestają rosnąć po 14. roku życia. Obgryzałam nadal, a moje paznokcie znikały z moich palców.

Przestałam obgryzać w 2009 roku, kiedy po kilku miesiącach noszenia tak zwanych tipsów, które nosiłam bez przerwy i posłusznie jeździłam do Niepołomic na ich uzupełnianie, zobaczyłam, że moje paznokcie jednak rosną. I że mogą wystawać ponad opuszkę. Po kilku miesiącach pielęgnowania ich odżywkami, dziś mam mocne, normalne i długie paznokcie, a ich malowanie stało się jedną z moich ulubionych form pielęgnacji ciała. No, ale nie o tym chcę mówić.

Pomyślałam sobie podczas lektury cytowanego artykułu, że przecież te paznokcie to był symptom czegoś, co się we mnie działo; że przecież nie zaczęłam sobie ich obgryzać, bo zobaczyłam w "Małych Wiadomościach DD", że warto jeść paznokcie. Że może wystarczyło podrążyć temat, dlaczego zaczęłam spędzać czas na namiętnym wpieprzaniu własnej płytki paznokciowej, a nie chodzić ze mną na układy, że jak nie będę obgryzać przez miesiąc, to dostanę keyboard, bo to zawsze kończyło się tak samo. Męką przez kilka dni, potem upadkiem pod krzyżem (bo znów obgryzłam do krwi), poczuciem winy, a na końcu świadomością, że za karę nie dostanę tego keyboardu. Przecież to obgryzanie i kompleksy z nim związane, było już karą samą w sobie. Za co? Nie wiem do tej pory, mogę jedynie kojarzyć ze sobą pewne fakty.

To jest takie pipkowate, co nie? Że nie możesz przeżyć tego razu, kiedy taty nie było na twoich zawodach, albo nie szanował tego, że poszedłeś na aktorstwo, a nie na budownictwo. Że do tej pory czujesz, że wszystkie rzeczy, które robisz są niewystarczająco dobre, żeby móc się nimi cieszyć, a co dopiero pochwalić. Przecież musiałaś poprawiać nawet czwórki z plusem, dlatego, że stać cię na więcej. Że pamiętasz te wszystkie kary, pasy, szlabany, razy, kiedy było ci wstyd przyznać, że nigdy nie widziałaś ani jednego odcinka "Idola", bo miałaś półroczną karę na telewizor za trójki na półrocze. Że nie mogłeś wybrać kierunku sam, bo rodzice wiedzieli lepiej, dlatego poszedłeś na cztery naraz i nigdy nie posmakowałeś zimnego piwa z kolegami w obskurnym studenckim pubie, bo na kolegów twoi rodzice w ogóle nie przewidzieli czasu.

Wiesz jednocześnie, że ci rodzice zazwyczaj chcieli dobrze. Może po prostu nie wiedzieli, że lanie pasem w pozycji klęczącej, niczego nie uczy, poza tym, że stwarza nową osobę. Uległą, przestraszoną, zestresowaną, zawstydzoną, wściekłą w środku. Osobę, która traci zaufanie do ludzi, którym powinna ufać w pierwszej kolejności. Bezwzględnie i zawsze. Czujesz, że kiedy ich nie było w domu, bo byli w pracy, to byli w niej dla ciebie, żebyś miał na tenisa, na narty zimą na drogim obozie, na korepetycje z angielskiego w dobrej szkole językowej, na dobre buty i modne ciuchy. Żeby niczego ci nie brakowało. Tłumaczysz sobie, że to lodowate traktowanie, miało nauczyć cię dyscypliny i odpowiedzialności, mimo, że nauczyło cię tego, że przede wszystkim powinno się być kimś innym, by nie zaliczyć kolejnej kary.

No, ale co z tego?

Widziałam w weekend film, w którym syn przed śmiercią ojca próbuje się z nim dogadać. Ojciec - szanowany sędzia na łożu śmierci, on - rewelacyjny bogaty prawnik. Taki, który jest bezczelny, pewny siebie, na pozór z sercem z kamienia. I tego syna, takiego typowego sukinsyna, wciąż boli to, że ojciec w dzieciństwie był dla niego surowy. Że go traktował źle, że momentami bywał okrutny. Że nigdy go nie docenił. Ojciec oczywiście nie przyjmuje tych argumentów, uważa, że miał rację. A synowi zapewne wystarczyłoby: "Przepraszam, myliłem się", albo "Byłem i jestem z ciebie dumny, mimo, że tego nie okazywałem". Zamiast tego był krzyk, łzy, potwornie silne emocje.

Najsilniejsza z emocji, o których mówię to żal. Żal to rozdrapywanie ran, roztrząsanie przeszłości, użalanie się nad sobą, niepotrzebne rozpaczanie. Jak na pipki przystało. Źle jest mieć żal, bo to destrukcyjna emocja, więc albo się staramy udawać, że tego żalu nie ma, albo faktycznie staramy się go pozbyć. Ale pozbywanie się go zwyczajnie jest potwornie trudne, bardzo długie i przykre do bólu. Nie mówiąc o tym, że najpierw trzeba zaakceptować fakt, że się ten żal ma. Szczególnie, jeśli to żal do własnych rodziców.

Pisałam jakiś czas temu, że mamy niepowtarzalną okazję do przerwania sztafety toczącej się od kilku pokoleń, w której przekazuje się te wszystkie kompleksy, złe przyzwyczajenia i przekonania. Że jako pokolenie mamy trochę przesrane, bo odnoszę wrażenie, że dziś, to na dorosłych dzieciach spoczywa większa odpowiedzialność za stosunki z rodzicami. Nie dość, że ledwie zrozumieliśmy, co się stało i że można było inaczej, i dlaczego stało się tak, że wyszło, jak wyszło, to teraz to my zakasamy rękawy i chcemy się z tymi naszymi rodzicami dogadywać, chcemy ich zrozumieć.

Niejednokrotnie wygląda to tak, że rodzice nie potrafią w ogóle pojąć, dlaczego nagle przynieśliśmy ze sobą młot pneumatyczny i zaczęliśmy ryć w ich życiu, dokopując się do takich (pozornie) bzdetów, jak to obgryzanie paznokci. Ostatnio zrozumiałam dlaczego tak może się dziać. Przecież to oni nas wychowywali, a nie my odciskaliśmy w ich świeżych umysłach wzory zachowań, wartości i to nie my wypełnialiśmy ich woreczek skarbami, ale oni nasz. A że wpadło tam dużo syfu, jak brak pewności siebie, problemy z akceptacją, czy różnego rodzaju kompleksy, z których często wynikały autodestrukcyjne działania, to cóż - shit happens. Trzeba niby z tym jakoś żyć. Nasi rodzice często nie potrzebują w ogóle tych rozmów, bo nie czują i nie będą w stanie poczuć tego, co nam (wierzę, że nieświadomie) zrobili.

To, że nam się chce ich zrozumieć, to, że chcemy dotrzeć do samych siebie, to, że chcemy wysłuchać, dlaczego tak, a nie inaczej wyglądało nasze programowanie, uważam za coś bezwzględnie dobrego. Gdy słyszę, kiedy ktoś mówi, że takie rozgrzebywanie to cecha charakterystyczna da ciot i zahukanych dziewcząt, bo trzeba się wziąć w garść, a nie wierzyć w psychologię, mam wrażenie, że rozmawiam z tym szejkiem, który ostatnio tłumaczył dlaczego Ziemia nie obraca się wokół własnej osi. Jeśli pewnych trwałych zachowań można nauczyć nawet nieskomplikowane zwierzęta, tym bardziej można to zrobić z ludźmi i to jest fakt, a nie coś, w co można (lub nie) wierzyć.

Porozumienie się ze swoimi rodzicami w bolesnych dla nas sprawach, zrozumienie ich decyzji, zachowań, przekucie żalu, że mogli zrobić coś inaczej i że my mogliśmy być lepsi, bardziej szczęśliwi i ułożeni, w akceptację i "przebaczenie", to jedno z najtrudniejszych zadań w życiu. Niemniej, wydaje mi się, że to jedno z tych zadań, którego najbardziej warto się podjąć.

Podobne wpisy

  • emikal10

    Głęboki tekst. Wielu ludzi nie rozumie albo nie chce zrozumiec jak wielki wpływ na ich dorosłe życie ma wychowanie, czasem ciężko jest ściągnąć ukochanych rodziców z piedestału…

  • magdaalen

    tez widzialam ten film i zrobil na mnie duze wrazenie. Bardzo podoba mi sie Twoj tekst i bardzo go rozumiem. przechodze przez podobna sztafete i szczerze mowiac, czesto brakuje mi sil. Zgadzam sie, ze warto podjac wyzwanie, ale czasem wydaje mi sie,ze trzeba miec sile tytana, zeby przetrwac. i slepo wierzyc ze to ma sens. cholernie trudna sprawa. ale moze ten czas przed Wielkanoca jest dobra okazja do takich cwiczen…

  • Silendo

    Zastanawiałam się ostatnio nad tym co sprawiło, że podejmowałam określone decyzje i udało mi się dostrzec pewne przyczyny. Zastanawiałam się też nad motywami osób, które miały na mnie wpływ. Wszystko okazuje się logiczne i wypływa z przeszłości tych osób. Na pewnym etapie jednak lepiej odpuścić sobie dalsze analizowanie, zwłaszcza gdy się widzi, że dla innych dalej wszystko pozostaje proste i oczywiste.

  • Aleksandra Rogala-Jacek

    też widziałam ten film i też bardzo mi się podobał. Też znam to z autopsji – grzebanie w przeszłości, próbowanie zrozumieć czemu, po co i jak. też nie uważam, że to głupie, trzeba tylko czasem mieć dystans i zrozumieć, że nasi rodzice nie wiedzieli tyle, co my i nie mieli tak łatwego dostępu do wiedzy. W tamtych czasach też nie było praktycznie czegoś takiego jak świadome rodzicielstwo. Bardzo młodzi ludzie się pobierali, mieli dzieci…naturalna kolej rzeczy, nikt się nie zastanawiał czy jest gotowy, jak wychowa dziecko, itp. I tak to szło.

    Co do tego, że ktoś mówi, żeby nie wierzyć w psychologię? Szejk jest dobrym porównaniem:) To tak, jak ci ludzie, co nie wierzą w to, że Twoje myśli kształtują Twoje otoczenie, bo jesteś w stanie poruszać falami mózgowymi atomy. To nie jest kwestia wiary/niewiary, to jest fakt, fizyka kwantowa to już udowodniła. Myślę, że ci co w to nie wierzą, często boją się w to uwierzyć, po prostu. Bo gdyby uwierzyli, jeszcze musieliby się ze sobą zmierzyć – zmierzyć się z przeszłością i wziąć odpowiedzialność za własne myśli i podejście od życia. A wiadomo, że łatwiej zwalać winę na innych za swoje niepowodzenia :)

  • Patka

    Polecam książkę Susan Forward pt. Toksyczni rodzice- w prosty sposób pozwala zrozumieć, że to całe gówno, to jednak nie nasza wina.. ja też byłam obgryzająca, do tej pory reakcją na stres jest obgryzanie..

  • K

    Wiesz, obgryzanie paznokci to była moja zmora… a mój ojciec, nie wiem, czy w dobrej wierze, stosował następującą metodę wyleczenia mnie z tego: kiedy zauważył mnie z palcem w ustach, wyczekiwał chwili, kiedy będę najbardziej rozluźniona i walił z całej siły „z liścia” w twarz. Tłumaczył to moim dobrem, oczywiscie.
    I niby mogę szukać w szalonych zachowaniach moich rodziców motywów działania dla mojego dobra, ale nie umiem, nie rozumiem. Mam wrażenie, ze moi rodzice działali metodą „a ja ci, k…, pokażę, że zrobisz to, czego ja sobie życzę”.
    Strasznie trudne jest to, że teraz jako dorosły człowiek ni cholery nie rozumiem dorosłych ludzi, jakimi byli moi rodzice.

  • Nasi rodzice myśleli, że robią dobrze. Oni też byli ukształtowani przez swoich rodziców, a ich rodzice przez swoich, itd. Fajnie, że teraz więcej mówi się o tym, że to właśnie nasi rodzice mieli w głównej mierze wpływ na to kim jesteśmy. Może dzięki temu uda nam się przerwać ten proces i zaoszczędzić naszym dzieciom wielu traum, niskiego poczucia własnej wartości i problemów ze sobą.

  • Agnieszka Kaluga

    I tak trzymaj.

  • Paweł

    Matko, ledwo wczoraj się pozbierałem a tu taka petarda. To prawda, ciekawość to pierwszy stopień do piekła. A co do tekstu to; No cóż,rodziców się nie wybiera. Dobry tekst!

  • Chyba nie umiem słowami wyrazić jak bardzo się z tym zgadzam i jak czasowo trafiony jest ten post – ostatnimi dniami tylko to mi chodzi po głowie. To naprawdę jest najtrudniejsze zadanie na świecie. Mam wrażenie, że rodzice nie tylko wielu rzeczy nie rozumieją, ale w ogóle zrozumieć nie chcą, bo nie odpowiada im, że własne dzieci chcą mieć zdanie i teraz dla odmiany trochę zmienić ich. Lub przynajmniej zwrócic uwagę na pewne zachowania… trochę to wszystko przekichane…

  • Ja tez byłam jedna z tych obgryzających, więc wiem o czym mowa.
    Poruszający tekst.
    Ja niestety juz nie zdążę sobie wytłumaczyć sobie tego z tatą, a to w zasadzie przede wszysttkim z nim powinnam, ale Tobie zyczę powodzenia! Tak trzymaj.

  • Milva

    Po przeczytaniu chyba z dziesieciu komentarzy nasuwa mi sie tylko jedno pytanie. Dlaczego to wina zawsze rodzicow a nigdy dzieci? Dlaczego dzieci zawsze mówią: ty mnie nie rozumiesz , nic nie wiesz itp tez tak kiedyś mówiłam. Wychowanie to nie żaden większy dostęp do wiedzy. Im więcej wiedzy tym mniej dobrego wychowania. Niektórzy bez tego niesamowitego dostępu do wiedzy sa świetnymi rodzicami. Może niech dzieci, przynajmniej te trochę starsze postarają sie zrozumieć tych niedobrych rodziców, którzy nic tylko wymagają i nic nie rozumieją. Tak , kiedyś byłam dzieckiem, a dzisiaj jestem rodzicem niedoskonalym, który cały swój czas i energię poświęca dla dzieci, dla rodziny. Pewne jest jedno role sie odwrocily. Teraz ja wymagam i nic nie rozumiem….

    • Agnieszka

      Bo to rodzice kształtują dzieci, a nie na odwrót. Rodzic jest dla dziecka całym światem, decyduje o tym, czy dziecko żyje i jak żyje. Dziecko nie jest partnerem dla rodzica, nie jest osobą świadomą, która potrafi wyjaśnić sobie i zrozumieć krzywdzące go zachowanie. Dziecko, jak mu rodzic robi krzywdę, nie może odejść, najczęściej nawet nie wolno mu powiedzieć, że czuje się skrzywdzone, bo przecież „dzieci i ryby głosu nie mają”. Wszystko, co rodzic spieprzy, osadza się w dziecku. I za to się potem płaci. I dziecko płaci, i rodzic płaci. Masz takie dzieci, jakie wychowałaś. A do wychowania potrzeba jest wiedza, choćby o tym, jak nie przekazać dziecku tych krzywd i złych emocji, których sami w życiu doznaliśmy.

  • clever_librarian

    Zostaliśmy ukształtowani przez naszych rodziców, oni przez swoich itd. To prawda, my mamy o tyle jednak szczęście, że w momencie kiedy w dorosłym życiu coś zaczyna nas dusić, możemy skorzystać np. z psychoterapii, możemy działać, znaleźć ulgę. Wrócić na drogę, na której nie będziemy czuć tego duszenia i odnaleźć siebie. Jest to cholernie trudne, czasami wymaga wielu, wielu lat ciężkiej pracy. Ale nie jest nie wykonalne. My mamy taką szansę. Nasi rodzice, przeważnie nie mieli. Inne czasy, problemy z samym sobą były tabu. Mi np. zrozumienie tego, że moich rodziców też ktoś ukształtował, pomógł wybaczyć to jak oni kształtowali mnie. Wybaczyć, bo zapomnieć się nie ma. Twój tekst jest genialny. Nigdy nie spotkałam się z tym żeby ktoś tak dokładnie trafił w sedno tego jakże ciężkiego tematu.

  • Agnieszka

    Ja też jestem z tych obgryzających, oczywiście nikt nigdy nie zadał sobie trudu, żeby się zastanowić nad źródłem problemu. Były tylko wrzaski, groźby i prośby, żebym wreszcie przestała. Przestałam dopiero jak mi zaczęło zależeć na ładnym wyglądzie, a miałam z 15 lat. Czyli dobre 10 lat trwało obgryzanie. Co do rozmów z rodzicami – większość rodziców woli pozostać głucha i ślepa, tak jak we wcześniejszym okresie. Nikt nie chce usłyszeć, że skrzywdził własne dziecko, a przecież tak się starał je dobrze wychować i tyle wysiłku w to włożył. Tak jak ktoś już zauważył, rodzice często nieświadomie powielają schematy wyniesione ze swojego domu i uważają, że dziecko nie ma prawa mieć o to pretensji.

    • Agnieszka

      Poza tym, nasze społeczeństwo się coraz bardziej rozleniwia i pobłaża sobie. Tak samo rodzice, nawet jak widzą, że chyba coś robią nie tak, to usprawiedliwiają sami siebie, że przecież lepiej nie umieją, nie mają czasu się bardziej postarać, bo muszą pracować, są zbyt zmęczeni, a w ogóle złe zachowanie dziecka to na pewno tylko wina szkoły, kolegów, Internetu itp itd. A wychowanie jest coraz trudniejsze, bo dziecko ma dostęp do wielu różnych źródeł niekoniecznie dobrych informacji, ma mnóstwo pokus i łatwiej je ogłupić.

      • clever_librarian

        Dlatego właśnie my zauważając to, powinniśmy zrobić wszystko żeby nie powielić schematu naszych rodziców. Ostatnio w rozmowie z mamą o moim dzieciństwie usłyszałam, że tak jak mówisz ona nie widziała, że robi źle. Może to i prawda, a może nie chciała tego widzieć, bo żeby wychowywać inaczej musiałaby najpierw zacząć zmiany od siebie a to jest trudne. Trzeba mieć odwagę żeby zmierzyć się z samym sobą.

  • tetyda

    Jakoś udało mi się przepracować ten brak pochwał rodziców, wsparcia, ich krytykę… Długo to trwało. Dziś sama jestem matką. Zresztą samotną, po przejściach (z agresywnym mężem). Dziś jestem spokojna, świadoma siebie. Szczęśliwa. No i coraz bliżej czterdziestki (straszne! ;) )
    Czasem jednak zastanawiam się, czy moje życie wyglądałoby inaczej, gdybym miała wsparcie rodziców, gdybym słyszała pochwały, nie tylko krytykę, gdybym może czasem usłyszała słowo „przepraszam”…
    I oczywiście – nie wiem tego. Prawdopodobnie nie rzucałabym się tak szybko w ramiona każdego chłopaka, któremu wpadłam w oko, prawdopodobnie włączyłoby mi się czerwone światło, po pewnych zachowaniach mojego narzeczonego (później męża)… Ale tego nie wiem na pewno. Na pewno nie wiedziałabym tylu rzeczy o sobie, na przykład tego, jak dużo potrafię wytrzymać, jak wiele potrafię wybaczyć…

    Wydaje mi się, że nasze pokolenie (oczywiście, generalizuję) bardziej świadomie podchodzi do rodzicielstwa, każdy ma jakąś teorię na temat wychowania, czy już nawet bardziej szczegółowo – na temat odżywiania, leczenia, edukacji, itp. itd… Czyli zdajemy sobie sprawę z tego, że to, czego doświadczają nasze małe dzieci ma wpływ na ich dorosłe życie. To dobrze.

    Ze swoimi dziećmi staram się rozmawiać, chciałabym więcej, częściej… ale ten brak czasu…! No, i mówię, „przepraszam”, kiedy trzeba… bo ideałem nie jestem.
    Pozdrawiam serdecznie!

  • Agnieszka G.

    A dlaczego wracamy do tych lat sprzed wielu lat, kiedy powstawała nasza tożsamość? Dlaczego my dorośli, żony, matki, ojcowie, pracownicy, poważni ludzie cofamy się myślami do czasów, które dawno minęły? Zastanawialiście się nad tym? Wydaje mi się, że naprawdę szczęśliwy człowiek nie grzebie w niczym, bo nie ma takiej potrzeby. Jest we właściwym miejscu, we właściwym czasie i jest spełniony. To my, którzy tego spełnienia nigdy nie zaznaliśmy drążymy przeszłość, bo łatwiej jest znaleźć przyczynę naszej niedoskonałości w kimś innym, w zdarzeniach,na które nie mieliśmy wpływu. To wy mamo i tato sprawiliście, że taka jestem. To wasza wina, że sobie nie radzę. A nie radzę sobie w moim mniemaniu nawet wtedy, gdy doskonale sobie radzę. Czasem wielokrotnie lepiej niż rodzice, ale to dla mnie wciąż mało, bo moje oczekiwania są nieskończone. To świat wokół odpowiada za to, że nigdy nie będziemy spełnieni. To kolorowa nierzeczywista rzeczywistość kreowana przez media, koleżanki z facebooka, instagramu i modelki z okładek oraz pani prowadząca program o gadżetach czy jakiś inny stylowy magazyn… My chcemy mieć to wszystko, wiedzieć to wszystko, znać te jezyki, zwiedzić te wszystkie miejsca, zarobić takie pieniądze a do tego mieć taki dom i jacht na mazurach oraz wychować najmądrzejsze dzieci. Żaden rodzic nie mógł nas przygotować do życia w takim świecie, bo najzwyczajniej sam by nie przetrwał…
    Przestańmy żyć żalem! Zacznijmy dostrzegać czym naprawdę życie jest, bez napompowanych oczekiwań a będziemy szczęśliwsi. Zamiast rozpamiętywać i poszukiwać winnych, będziemy żyć po prostu na swoich warunkach.

    • Milva

      Popieram Cię Agnieszko w 100%. Trzeba zacząć najpierw od siebie, zaakceptować siebie, polubić siebie, również czasami to wstrętne obgryzanie paznokci, a nie tylko grzebać w przeszłości i użalać się nad nią, nad błędami rodziców itp.

    • jambis

      Powiedz tak komus, kto zmaga sie z stanami lekowymi. Bez grzebania w przeszlosci sie nie da. Co pozamiatane pod dywan predzej, czy pozniej zacznie smierdziec.

    • M.

      A ja się z Agnieszką w ogóle nie zgadzam. Nikt sobie do końca nie poradzi w życiu, nie będzie w pełni szczęśliwy jeśli nie wróci do przeszłości, nie pogrzebie, nie wywlecze brudów, nie „przemieli”, nie rozdrapie ran. Wreszcie nie zrozumie dlaczego jest taki jaki jest i nie zaakceptuje siebie. Udawanie, zamiatanie pod dywan nic nie da. Idelanie gdyby można było o tym porozmawiać z rodzicami, a jeszcze idealniej gdyby oni zroumieli. Dopiero wtedy można iść dalej.

  • Pola

    Wolę powtarzać, że obgryzam bo nie lubię obcinać ;) Albo że mając 3 lata już byłam uparta i to za karę że mama nie wyłowiła smoczka ze śmieci. A jak jest naprawdę to w sumie nie wiem. Jakie te odżywki działają cuda? Chętnie przetestuję

  • dzikus na zielonym skraju

    Ciekawe przemyslenia. Dorzucę znane na wschodzie powiedzenie ze dwa razy jestesmy dziećmi – mali i jak się starzejemy. A teraz sporo nie na temat ale mocno wokół niego.
    Żyjemy (30+) w całkowicie innych czasach niż rodzice – bez naprawdę trudnych wyborów, bez koczowania w kolejkach, za to w otoczeniu przesytu (przynajmniej półkowego) dóbr wszelakich i potężnego sk..wienia społeczeństwa. I, co uważam za podstawową różnicę – na nasze zycie WOJNA nie miała wpływu – to nie my budzilismy się ze strachem, łzami, to nie my odbudowywalismy kraj z ruin, to nie my pasaliśmy krowy na bosaka, to nie my – z rodzin wojennych i pozbawionych wszystkiego. I to że jesteśmy, a nawet jacy jesteśmy to zasługa rodziców, którzy w takich powojennych warunkach sami dorośli, przetrwali z koszmarami wojny i poradzili sobie z wychowaniem – nas.
    I w takiej perspektywie widzę, że sami nie dorastamy do ich poziomu, mimo wykształcenia, dostępności porad, książek, mediów – nadal jesteśmy ,w większości chyba, mocno głupi i po prostu nie umiemy dostrzec co jest w zyciu wazne, a co jest tylko marnotrawieniem zycia i Wielką Bzdurą. W dodatku na dzieciaki czychają teraz o wiele gorsze – powszechne śmiertelne zagrożenia.
    Sądzę, że mimo wielkich nawet wysiłków wychowawczych kolejne pokolenia będą coraz głupsze i gorsze – jako ludzie wobec ludzi – po prostu mamy coraz mniejsze mozliwości życia „po naszemu” i takiego wychowywania, a wokół coraz więcej „masek i póz”.
    Spojrzenie może mam i wypaczone – bo i kawalerskie i mocno dzikie, samotnicze raczej, a w dodatku też i dorosłość nie napawa mnie żadną dumą. Polecam – zabrać rodziców na wycieczkę do parku, lasu – w końcu idzie wiosna !!!!!!!. Weźcie wtedy aparaty, kamery, zróbcie rodzinne zdjęcia, rozpalcie ognisko z kiełbaskami – ABY BYŁO CO WSPOMINAĆ, DO CZEGO WRACAĆ, a może i aby wspólnie zaplanować coś dobrego jeszcze. Jeśli macie dzieci – to koniecznie na wycieczki w przyrodę – aby i one kiedyś tam za wiele, wiele lat miały co wspominać.
    I dorzucę jedną świetną myśl usłyszaną w azjatyckim programie tv – co zrobić by rodziny były szczęśliwe i rodziło się więcej dzieci – NIE SIEDZIEĆ PO GODZINACH W PRACY TYLKO WRACAĆ DO DOMÓW. I cholernie ta myśl mi się podoba, i to jako kawalerowi !

  • Romana

    Syzyfowe prace to nie dla mnie.

  • Julka

    Płaczę bo co prawda paznokci nie obgryzalam ale uciekałam i zamykałam sie w ciemnym pokoju. I prawie co dzień myśle jak bardzo mnie skrzywdzili. I jak bardzo oni teraz potrzebują mojej pomocy a ja pomagam, bo muszę – ale nie chcę. I jak zamknięta jestem w sobie, jak bardzo nie potrafię zbudować relacji z ludźmi, jak wiele mam kompleksów tych prawdziwych i tych wmówionych mi przez nich. I jak bardzo ich nienawidzę za to, ze ani ja ani żadna z moich sióstr nie mamy dzieci. I pewnie mieć nie będziemy, bo nie chcemy byc takimi samymi potworami. Płaczę.

  • aj

    witam- to musiałby przeczytać mój były mąż. Jego toksyczna mamusia sprawiła, że dziś mój synek (a jej wnuczek) wychowuje się bez ojca, który- jak na 35latka przystało- nie widzi w tym nic szczególnego, bo przecież nie może się zmusić do ojcostwa, a poza tym ma życie towarzyskie- masakra jakaś :/

  • anonimowy gall

    Hej! Mozna pogratulowac nagrody w Blogu Roku? Trzymalam kciuki i trzymam nadal. Pozdrawiam!

  • Amka

    Przeczytałam całego bloga. Musisz być niezwykłą osobą. Pozdrawiam :)

  • Kasia

    Nie wiem, czy trzeba rodzicom tłumaczyć i dociekać dlaczego tak a nie inaczej? Według mnie trzeba po pierwsze zaakceptować fakt, że mam żal do rodziców a później pozwolić sobie ten żal przeżyć i nawet użalić się nad tym małym skrzywdzonym dzieckiem, które w sobie noszę i dać sobie na to tyle czasu, ile będzie mi potrzebne. Nie poganiać się i nie wywierać presji, że muszę jak najszybciej się tego żalu pozbyć, bo on mi życie zatruwa. To nie prawda. Jak tylko pozwolę sobie na przeżywanie tego co czuję, tak szybko zrozumiem, że to nie ten żal albo nawet złość mi życie zatruwa, tylko to, że nie chcę się do nich przyznać.

  • Panicznie się boję mieć dzieci, bo wiem, jak głupie błędy moich rodziców miały diametralny wpływ na to, kim jestem teraz. Jak kilka słów wypowiedzianych zupełnie bezmyślnie i bez złego zamiaru sprawiło, że teraz po pół godziny stania pod gorącą wodą uzmysławiam sobie, że biorę prysznic i wypadałoby umyć włosy, a nie myśleć o czymś, co miało miejsce kilkanaście lat temu. To jest najbardziej przerąbany lęk na świecie, bo wiem, że sterty poradników o wychowywaniu dzieci, cała światła blogosfera parentingowa i audycje z udziałem ekspertów nie ustrzegą mnie przed stworzeniem człowieka, który kiedyś – być może – będzie przeze mnie nieszczęśliwy.

  • Magda

    Jestem jedną z tych, które próbują zrozumieć dlaczego, po co, jak. Niedawno niewytrzymałam i rozmawiałam o tym mamą, dlaczego pozwoliła na to, że żyłam, że obie żyłyśmy w domu, w którym znęcano się nad nami psychicznie, dlaczego patrzyła na te przysłowiowe obgryzione paznokcie i ślady po pasie na całym ciele. Dlaczego chodziła ze mną do psychologa, kupowała leki na depresję i myślała, że to jest pomoc. Zrozumiałam. To, w jakim ona domu dorastała miało na to znaczący wpływ… Z ojcem, nawet gdyby żył, nie miałabym ochoty rozmawiać. Ani o tym, ani o czymkolwiek innym. Dopiero od pięciu lat, od jego śmierci i od poznania mojego obecnego męża, odzykuję spokój, oddycham, uśmiecham się bez lęku. Czasem mi się śni, ż eojciec wraca, a ja nie wiem co zrobić żeby znów zniknął. Straszne i przerażające, ale taka jest prawda. Uczę się lubić siebie, nie bać się ludzi. Nie użalam się nad sobą, ale mam świadomość, jaki wpływ na moje dorosłe życie miało wychowanie. A w zasadzie tresura. Staram się każdego dnia robić krok na przód. Nie przyjmuję słów, że „nasi rodzice myśleli, że robią dobrze”, że „dorastali w ciężkich czasach”. To niczego nie tłumaczy. Ja mam wpływ na swoje życie, ja podejmuję decyzję. Powoli akceptuję i odchodzę od rozdrapywania ran. Nie jest to proste, ale daję radę! :) Pozdrawiam wszystkie dorosłe dzieci z przeszłością.

  • Takie tam przemyślenia

    Tez kiedys o tym myslalam i uwazam ze niestety II Wojna Światowa ciagnie sie za nami jak smrod po gaciach. Bo nasi rodzice byli wychowani przez bezposrednich uczestników i świadków zbrodni niemieckich i rosyjskich. Oni byli świadkami takich strasznych rzeczy, o których nam się nie śniło i na pewno w jakiś sposób wpłynęły na ich psychikę i wpłynęło na wychowanie naszych rodziców (surowość, brak kompromisu, lanie pasem, alkoholizm itd.) Tak jak powiedziałaś jesteśmy pierwszym, świadomym pokoleniem które może coś z tym zrobić i przerwać ten łańcuch.
    Nie można bagatelizować swoich uczuć mówiąc sobie, że inni to mieli prawdziwe problemy a ja to jestem pipka bo się użalam nad sobą.

  • Ciężka sprawa z tym porozumieniem, ale masz dużo racji. Ja nie rozumiem ludzi, którzy mówią, o tym, co zrobią jak będą mieć dziecko i krytykują tych, którzy już je mają. NIgdy nie wiadomo, ile my będziemy mieć do tego siły i chęci, ile czasu, a już mówimy jak powinni robić to inni. To bezsensu.

  • Popłakałam się przy tym wpisie. Dopiero niedawno przestałam obgryzać paznokcie. I właśnie dopierwo niedawno zaczęłam odbudowywać swoją samoocenę. Najpierw byli rodzice,potem podstawówka.

    W sumie może dlatego nie chcę mieć dzieci.

  • Wciąż poszukuję tekstu o dorosłych dzieciach wciąż traktowanych jak dzieci… Ale Twój tekst naprawdę porusza.

    • Marta z martapisze napisała niedawno tekst „Mam 20 lat i rodzice traktują mnie jak dziecko”. Może Cię to zainteresuje :)

      • Czytałam. Prawdę mówiąc właśnie jej tekst mnie zainspirował. Może ktoś ugryzie kiedyś temat z innej strony. ;) Dziękuję, pozdrawiam!

  • Lou

    To jest taka mega trudna sprawa. Nie mam siły mierzyć się z tym, ja odpuszczam walkę o rozliczenie.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress