A więc się żenisz…

23 lipca 2015 Blog

Pewnie wręczyłabym Ci kartkę i butelkę wina, bo kwiatów się dziś nie daje. Pewnie kupon w totka na szczęście i jakiś śmieszny rebus, bo kiedyś rysowaliśmy ich dużo. Do koperty włożyłabym kilka wartościowych papierów na potrzeby nowej drogi życia. Pewnie bym się popłakała w kościele, a potem złożyła Ci niepoważne życzenia, bo rzadko bywaliśmy przy sobie poważni. Pewnie raz, czy dwa razy byśmy ze sobą zatańczyli, wypilibyśmy też kilka kieliszków za Wasze zdrowie. Pewnie podobałby mi się Wasz pierwszy taniec, bo przecież kochasz tańczyć i zawsze był to Twój żywioł. Prawdopodobnie byłabym zachwycona, że jesteś już o krok dalej, że będziesz Panem Mężem. Pewnie tak właśnie by było.

Nie wiem czy kiedyś tu byłeś, ale zapewne zdarzyło Ci się kliknąć w jakiś link, kiedy bywało wokół głośno. Nie wiem za to, czy kiedyś coś stąd przeczytałeś, bo wiem, że to nie Twoje klimaty. Jest więc szansa, że i tym razem nie będzie inaczej. Jest jednak cień szansy, że zrobisz wyjątek.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawialiśmy. Na żywo nie widziałam Cię ładnych kilka lat. Czasem nawet zastanawiam się, jak to w ogóle możliwe, szczególnie w naszym przypadku, chociaż przecież wiem, jak to jest mieć "inne" życie i pozorny brak czasu.

U mnie w porządku. Mieszkam tu, gdzie kiedyś. Nadal mam park pod domem, w którym można spokojnie "skurzyć peta" i pośmiać się na ławce o bliżej nieokreślonej godzinie dnia lub wieczoru. Nie skończyłam studiów, więc niewiele się zmieniło w tej kwestii od czasu, kiedy widzieliśmy się ostatnio. Czasem się z kimś spotykam, częściej jednak jestem sama. Ostatni raz byłam naprawdę zakochana cztery lata temu, czyli mniej więcej wtedy, kiedy widzieliśmy się ostatni raz. Dlaczego nie wyszło? Długi temat.

Cóż jeszcze, z tych takich najpotrzebniejszych informacji... Zarabiam, piszę, w tym roku jeżdżę po Polsce i żyję trochę inaczej, niż dotychczas. Wcześniej prawie dwa lata pracowałam w agencji reklamowej. Było fajnie.

Wciąż nie mam samochodu, ale mam za to fajny rower. Mam do niego porządne zapięcie, ale boję się go zostawiać, bo mam wrażenie, że zaraz ktoś mi go ukradnie. Kiedyś się nie bałam i nawet nie zapinałam roweru. Chciałabym nim jeździć na basen, ale się cykam.

Pamiętasz pewnie moją siostrę? U niej wszystko super. Zaręczyła się i obroniła wcześniej, niż ja, mimo, że gdy szłam na studia, ona zaczynała gimnazjum. Ona też będzie brać jakoś niebawem ślub.

Tak szczerze Ci powiem, że nie sądziłam, że dzień Twojego ślubu nadejdzie tak szybko. Może dlatego, że pamiętam te wszystkie miłostki, o których mi czasem opowiadałeś, pamiętam wszystkie wielkie gesty, które czasem kruszyły mi serce, bo zawsze jakoś miałeś pecha. I stałeś nieraz z tym naręczem kwiatów czekając którąś z kapryśnych księżniczek, a w zamian dostawałeś tylko uniesienie brwi i niezręczną ciszę. Zawsze miałeś serce na dłoni.

Dużo mnie ominęło. Nigdy przecież nie widziałam Was razem, choć znam Was oboje. Ucieszyłam się, że trafiłeś na kogoś, kogo lubiłam i nie miałam tego dziwnego wrażenia, że jest w tym jakiś ukryty interes.

To takie dziwne. Poznaliśmy się jako dzieci. Do szkoły nosiliśmy plecaki, na nogach mieliśmy schodzone, ale porządne adidasy, a gdy było ciepło, jeździliśmy do niej rowerem. Wypiliśmy po kryjomu wspólnie pierwsze piwo (Lech), zapaliliśmy pierwszego w życiu, skradzionego rodzicom, papierosa (Marlboro light). Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu: w szkole, po szkole, w wakacje, do tego godziny wiszenia na telefonie i na gadu. Egzaminy, sprawdziany, studniówka, miłości, złamane serca, rozczarowania, imprezy, porażki - to wszystko przeszliśmy razem. Dzisiaj nie wiem nawet, gdzie mieszkasz.

Słyszałam, że się uczyłeś jakiś czas temu niemieckiego, kilka nieistotnych faktów znam też z Facebooka, choć mało na nim Ciebie. Dwa lata temu ktoś mi powiedział, gdzie pracujesz, ale chyba już nie pamiętam, co to było. Z newsów, których dowiedziałam się przypadkowo pocztą pantoflową, usłyszałam o ślubie. Nawet do Ciebie napisałam, ale nie odpisałeś. Może mam zły numer, może nie miałeś czasu, może SMS nie doszedł, a może zapomniałeś odpowiedzieć.

O tym, co  było kiedyś, czasem przypomina mi adresownik, który mam od 1996 roku, a z którego korzystam do dziś. Mam tam zapisany Twój adres, telefon stacjonarny, komórkowy, numer gg i identyfikator z CB radia. Ten ostatni znam na pamięć od siedemnastu lat. Mam też pudełko ze zdjęciami i mnóstwo tam Twoich.

Pamiętasz, miałam kiedyś aparat, który nosiłam do szkoły. Czasem mnie odprowadzałeś do domu, mimo, że było to w kompletnie innym kierunku od Twojego osiedla i robiliśmy zdjęcia bezsensownym rzeczom. Dzięki temu mam zdjęcia hub na drzewach wzdłuż De Gaulle'a, oraz mój ulubiony cykl: zdjęcia eleganckich lub śpiących w dziwnych pozach meneli.

Początki były różne, ale traktowaliśmy siebie jak kumpli na całe życie. Ileż było tych wszystkich wódek w męskim towarzystwie, na których byłam jedynym chłopakiem bez siusiaka. I mimo, że tak było, zawsze, ale to zawsze, kiedy wracaliśmy z miasta, odprowadzałeś mnie dwa kilometry do domu, a potem wracałeś przez las do siebie. I poza jednym razem, kiedy dla jaj krzyczałeś w krakowskim nocnym autobusie "Wisła skisła, a pasy to kutasy!", czułam się przy Tobie bezpiecznie.

Nie znosiliśmy francuskiego, w którym oboje byliśmy słabi jak prąd w dynamo. Lubiliśmy kilka piosenek i uwielbialiśmy tańczyć na dyskotekach (wtedy jeszcze tak się mówiło). Mieliśmy jeden wspólny hit Timberlake'a, do którego tańczyliśmy, kiedy tylko się dało.

Miałeś również nosa do moich chłopaków - delikatnie się nabijałeś z tych, których nie lubiłeś i, przyznaję po latach, miałeś rację. Może powinnam była Cię wtedy posłuchać, bo chyba zawsze chciałeś dla mnie dobrze. No, ale ja byłam zakochana.

Wiesz, co czasem jest paskudne? Że coś się pieprzy i że to czasem niczyja wina. Że tak się po prostu czasem dzieje. Łatwiej by było powiedzieć, że to moja wina, bo się nie odzywałam, albo że Twoja, że nie dzwoniłeś. Teraz można powiedzieć tylko "prrrrrrt, zepsuło się". I mimo, że tak się stało, to zawsze w myślach miałam Cię gdzieś blisko, jako taką część życia, która wywarła ogromny wpływ na to, jak moje życie wyglądało, jakie mam dziś poczucie humoru i jakie rzeczy do dziś są w stanie mnie rozśmieszyć.

Może to jest jakiś znak, że po dziesięciu latach przyszedł czas na grubą kreskę i pogodzenie się z tym, że pewnych rzeczy już nie ma i nic już nie będzie takie, jak kiedyś. Nie, że jest gorzej, jest po prostu inaczej, niż sobie to wyobrażałam. Na pewno inaczej, bo w tym świecie nie ma Ciebie i tych wszystkich śmiesznostek, które jakoś mnie wypełniały przez lata.

Pewnie z nas dwojga tylko ja to tak przeżywam, ale ja zawsze przeżywałam takie rzeczy bardziej i dłużej. W każdym razie, chciałam to powiedzieć. Niby uniwersalnie, bo pewnie każdy z nas ma takiego Ciebie, z którym coś się po drodze spieprzyło i nie wiadomo, co zrobić i jak powiedzieć "cześć". A to jest takie moje "cześć", które, jeśli nie dotrze do Ciebie, to na pewno jakimś cudem nie zniknie z telefonu, komunikatora. Będzie sobie tu wisieć, aż może kiedyś na to trafisz. Będziesz wtedy wiedział, że któregoś tam lipcowego dnia, przetrawiłam temat i postanowiłam do Ciebie znowu napisać.

Bo chcę Ci powiedzieć, że bardzo się cieszę, że znalazłeś Kogoś Ważnego, z kim chcesz dzielić życie z wzajemnością. Że masz miłość, pasję (to wiem z Facebooka), pracę (to od koleżanki) i że się rozwijasz (to wywnioskowałam). Życzę Ci z całego serca, żeby to wszystko, co Cię niedługo czeka, było zgodne, szczęśliwe i trwałe. Żeby było tak, jak sobie to wymarzyłeś, z ludźmi, którzy są dla Ciebie ważni wokół. Żeby DJ grał same Twoje ukochane piosenki i żebyś mógł zrobić robot-dance, jeśli jeszcze czasem Ci się zdarza.

Pewnie powiedziałabym Ci to wszystko składając życzenia i bym Cię uściskała. To, co jednak faktycznie mogę, to trzymać kciuki, żeby tak się stało i gorąco Ci tego życzyć.

Wszystkiego dobrego, przyjacielu.

Podobne wpisy

  • Tomasz Dyrek

    No cóż, czasami dzieje się tak że osoby z którymi chcielibyśmy być blisko cały czas to tak po prostu gdzieś ten kontakt zanika i nic z tym nie można zrobić.. świetny wpis, temat zawsze aktualny i ciężki do przetrawienia.

    • krotkiporadnik

      I to najbardziej przykre. Dziękuję, mimo wszystko, za dobre słowo :)

      • Tomasz Dyrek

        ważne by nie popsuć tej znajomości, by czasami po prostu można było ze sobą porozmawiać gdy się tą osobę spotka, bo to różnie czasami się dzieje gdy się czuje że się człowiek oddala…:)

  • Coś czuję, że niebawem na moim blogu będzie podobny tekst. W innym tonie, ale jednak o tym samym. Wakacje to wzmożony okres ślubów naszych ex. Ciekawe uczucie, chociaż nie zawsze łatwo się z nim zmierzyć.

    • krotkiporadnik

      Tylko, że to nie jest mój były chłopak, a przyjaciel z podstawówki, gimnazjum i liceum. Był co prawda etap „zaangażowania jednej ze stron”, ale za szczeniaka i potem kumplowaliśmy się jak kolega z kolegą bez siusiaka :)

      • Ojeej, czyli standardowo dopowiedziałem sobie alternatywną wersję całej historii ;)

        • krotkiporadnik

          Taka romantyczna dusza? :)

  • Ela

    Ejj, smutno mi. Przytul się!

    • krotkiporadnik

      Przytulam :)

  • Alice

    Jak zawsze w samo sedno! Jesteś moją Joanną Chmielewską, piszącą nie żartobliwe kryminały, tylko prozę życia!! Miałabym, tak samo jak Jej, wszytskie Twoje książki, jeśli wpisy by się nimi stawały!
    P.S. po zerwaniu z „miłością mego życia” – jak uświadomiłam sobie, że gdybym dowiedziała się o jego ślubie, to bym w kościele krzyczała, że się nie zgadzam, a jeśli bym się dowiedziała po czasie – zrobiłabym wszystko, aby mieć z nim chociaż romans… I to dało mi do zrozumienia, że chcę być z nim do końca życia! I znów jesteśmy razem! Choć mogło stać się zupełnie inaczej…
    Justyno, wierzysz w przeznaczenie?

    • krotkiporadnik

      Nie wiem, czy wierzę w przeznaczenie, ale wydaje mi się, że sporo racji w tym, co mówi moja babcia: „jak ma być twój, to będzie”. Z drugiej strony wiem, że w relacjach nie ma cudów, tylko trzeba nad nimi pracować i to ciężko.

      Swoją drogą, żaden ślub mojego -eks nie poruszył mnie tak bardzo, jak właśnie zapowiadany ślub tego mojego przyjaciela z dzieciństwa i młodości.

  • To samo mogłabym powiedzieć o moim przyjacielu sprzed lat. Uwzględniając fragment o kwiatach i wzruszeniu ramion. Aż mi się smutno zrobiło.

    • krotkiporadnik

      Widać coś w tym jest, że każdy ma takiego kogoś, jak ten ktoś z tekstu.

      • Myślę, że tak. Niestety.
        Ciekawe, czy mnie ktoś tak wspomina.

  • Piękny tekst, wzruszenie, refleksja… Czasami życie prowokuje nas do spojrzenia w przeszłość i wtedy rozpływamy się nad tymi wszystkimi pięknymi chwilami, które już nie wrócą, a przynajmniej nie w identycznej postaci, bo jak pisała Szymborska:

    „Żaden dzień się nie powtórzy,nie ma dwóch podobnych nocy,
    dwóch tych samych pocałunków,
    dwóch jednakich spojrzeń w oczy.”

    • krotkiporadnik

      Dokładnie. Dziękuję za tekst Szymborskiej :)

  • paulette

    Też mialam takiego przyjaciela, az serce sciska z zalu ze tego juz sue nie przezyje… Tym samym, jeszcze bardziej doceniam chwile obecna, dziekuje Ci!

    • krotkiporadnik

      Ściskam mocno i dziękuję za te słowa :)

  • Justa

    Czytając twój tekst bardzo cieszę się, że mam swojego przyjaciela u boku. Co prawda nie przesiadujemy już całych nocy w ruinach zamku z szampanem w ręku (jestem mężatką, on w stałym związku), ale rolki, piwko, plotki często się zdarzają ( o tel nie wspominając).
    Dzięki temu tekstowi przypomniałam sobie, aby to docenić.
    OGROMNE DZIĘKI!!!!

    • krotkiporadnik

      :)

  • Żaneta Widomska

    Poruszyłysmy ten temat na naszym pierwszym spotkaniu od czasów liceum :) i do tamtej pory myślałam „jak to jest niemożliwe, że kogoś tak pochłonęło życie że o nas zapomniał”? Owszem jest mi nawet bardzo smutno z tego powodu i też chciałam złożyć komuś życzenia z okazji ślubu – bo przecież spędziłyśmy z sobą pół życia, ale cieszę się, że ktoś lub coś stawia na naszej drodze inne osoby. Pomyślałam sobie wtedy, że szkoda, że nie udało sie nam (mnie i Tobie) zaprzyjaźnic w liceum,ale za to jesteś teraz i bardzo się z tego cieszę :) Coś w życiu straciłyśmy, ale pocieszające jest to, że każda pustka kiedyś zostanie czyms wypełniona ;)

    • krotkiporadnik

      Ja też się bardzo cieszę, że po latach możemy sobie pogadać i jest fajnie. Dużo rzeczy się zmienia i czasem potrzeba czasu, żeby spojrzeć na rzeczy z innej perspektywy, albo po prostu dojrzeć :) Całuję i do zobaczenia!

  • Travelling Milady

    Najgorsze, że to są czasy znikających przyjaźni. Czasami się boję, że już nikt nie jest niezastąpiony, że wszystko jest tylko na chwilę i po nic. Ściskam

  • Jen

    Tak sobie pomyślałam, że Ci spasuje:

    „Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie,
    z którego mam za darmo rozległe widoki:
    gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
    tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
    ta sama mroźna próżnia
    milczy swą nałogową
    odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie.
    Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
    Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
    palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
    Ale dosyć już o mnie. Powiedz, co u Ciebie
    słychać, co można widzieć,
    gdy się jest Tobą.

    Szkoda, że Cię tu nie ma. Zawarłem się w chwili
    dumnej, że się rozrasta w nowotwór epoki;
    choć jak ją nazwą, co będą mówili
    o niej ci, co przewyższą nas o grubą warstwę
    geologiczną, stojąc
    na naszym próchnie, łgarstwie,
    niezniszczalnym plastiku, doskonaląc swoją
    własną mieszankę śmiecia i rozpaczy –
    nie wiem. Jak zgniatacz złomu, sekunda ubija
    kolejny stopień, rosnący pod stopą.
    Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Tobie mija
    czas – i czy czas coś znaczy,
    gdy się jest Tobą (…)”

    S. Barańczak, Widokówka z tego świata

  • Często mam wrażenie, że tak skończą się dla mnie ważne przyjaźnie – ot, rozwieją i nagle pewnego dnia dowiem się pocztą pantoflową o czymś niezwykle istotnym w ich życiu nie od nich. Przykra część dorastania, wchodzenia w nowe role społeczne, pracy… Zapomina się o tym, ile dla siebie znaczyliśmy.
    Dzięki za ten tekst – piękny.

  • Mnie aż ściska w środku, gdy pomyśle, że z moją najlepszą kumpelą dziś nie mamy kontaktu. Zaręczyła się. Pamiętam jak mówiłyśmy we trojkę, że kiedyś zamieszkamy razem jak nie będziemy mieć facetów i super się bawiły. Jednak stało się inaczej. Dziś mi łezka leci jak wspominam tamte stare czasy.. Ale czemu tak się dzieje… Wiem, że teraz jesteśmy zupełnie innymi ludźmi, jednak mi ciągle żal, że nie mogę cieszyć się z nią z jej szczęścia i pogadać o głupotach. Ten post mnie całkowicie rozkleił!!

  • Czytam tego posta i nie wiem, co powiedzieć… Wszystko wydaje się takie banalne.
    Mnie się ostatnio zdarzyło napisać list do przyjaciółki, który opublikowałam na blogu. Pierwsza rozmowa od jej śmierci. I jakoś zrobiło mi się po tym lepiej. Teraz staram się doceniać każdą chwilę i każdego człowieka w moim życiu traktuję tak, jak na to zasługuje. Mówię mnóstwo komplementów, mówię, co czuję i staram się niczego nie żałować :)

  • prrrrrrt, zepsuło się

    Przeczytałam Twój wpis 23 lipca… a teraz do niego wróciłam,
    bo jakoś raźniej :)

    Tak sobie myślę, że chcę z siebie coś wywalić, więc miejsce
    w komentarzu jest idealne, prawdopodobnie nikt tego nie przeczyta, bo zginie
    pod innymi komentarzami, ale to i lepiej… za to ja będę mogła wrócić do tego za
    jakiś czas.

    Pierwsza miłość. 7 lat związku. 7 lat całkiem fajnych i
    przyjemnych, ale nie powinno to trwać aż tyle. Jednak ta sama paczka znajomych,
    ta sama okolica, te same miejsca, masa wspomnień i przyzwyczajeń… w końcu ten
    etap, że trzeba coś ze sobą zrobić i się określić… podjąć jakąś decyzję… coraz
    częstsze poruszanie tematu małżeństwa…
    kolejne oświadczyny odrzucone albo zignorowane szybką zmianą tematu… siła
    przyzwyczajenia jest potężna. Oboje
    wiedzieliśmy pod koniec, że to się już nie uda. Nikt jednak nie miał jaj, żeby powiedzieć „wystarczy”. W końcu On podjął decyzję i się rozstaliśmy
    na urodzinach jego koleżanki. Rozstaliśmy się w zgodzie… Potem spotkaliśmy się jeszcze
    raz, żeby pogadać o nas, ale już nie chcieliśmy próbować po raz kolejny. Trzy
    lata od tego czasu nadal ze sobą rozmawiamy, nie obrzucamy się błotem i chyba
    oboje nie żałujemy tej decyzji. Swoją drogą właśnie za miesiąc się żeni … z tą
    koleżanką, na której urodzinach się rozstaliśmy … :) przypadek ? chyba nie do
    końca…

    Jednak to nie o nim chciałam pisać. Mimo że też się trochę
    dziwnie czuję, że za chwilę się żeni to jednak ten wpis przywołuje mi na myśl
    kogoś innego. Na weselu jego siostry poznałam M.

    Bawiliśmy się wszyscy
    całą paczką, zdarzyło mi się z nim parę razy zatańczyć, zamienić kilka słów…
    wtedy nie chciałam tego przyznać, ale pojawiła się jakaś iskra. Gdzieś w
    przelocie wymienialiśmy spojrzenia, ciągnęło nas do siebie. Nie flirtowałam,
    nie podrywałam, ale coś mną ruszyło… Po weselu zupełnie kontakt się urwał. Jakiś czas po moim
    rozstaniu dostałam wiadomość na naszej klasie (!!! Co za prymitywne czasy, że
    ludzie idą na łatwiznę i nie potrafią rozmawiać z ludźmi na żywo tylko uciekają
    do bezpieczniejszych sposobów … ja też to robię… ). Popisaliśmy trochę, on się zdziwił, że się rozstaliśmy (bo przecież byliście taką fantastyczną parą!) , pogadaliśmy o
    wakacjach i … cisza… kurtuazyjne rozmowy zakończone i tyle. Jakoś mnie to nie
    ruszało. Potem okazało się, że spędza weekendy w pobliżu… znowu popisaliśmy. Sporo czasu spędzaliśmy wtedy już na fb (!!! tak wiem… ) i
    godzinami pisaliśmy, pisaliśmy, pisaliśmy… nie wiadomo jaki to miało sens. Niby
    kumpelski, niby nie wiadomo jaki… wszystko w żartach .. bo przecież ja jestem
    skorupą, która strasznie się boi otworzyć i pokazać słabość. On zaś sprawiał
    wrażenie faceta, który z łatwością przyciągał do siebie kobiety. Nie chciałam
    być taką, która właśnie da się szybko owinąć wokół palca.. taką, która ulegnie
    urokowi M. ;) zresztą było tak wcześnie po rozstaniu, że nie chciałam na razie
    niczego nowego. Umówiliśmy się do klubu
    z jego znajomymi… już dawno się tak nie bawiłam… a może nawet nigdy…
    wystraszyłam się, że jest mi tak dobrze. Za jakis czas umówiliśmy się na obiad po pracy… jako, że ja
    nie lubię siedzieć przy stoliku a kontakt wzrokowy mnie przerasta, zrobiliśmy
    razem długie kilometry spacerów… gadaliśmy godzinami… o tym, o czym ja nie umiem
    rozmawiać – czyli o wszystkim i o niczym… Powoli się zakochiwałam, choć bardzo
    się broniłam. Lubiliśmy spędzać razem czas. Ale oboje trzymaliśmy dystans… udawaliśy kumpelską znajomość… gadaliśmy dużo o facetach i kobietach… gdzieś tam wątek cały czas się przewijał… kurczę,
    nigdy nie trzymaliśmy się nawet za ręce… o zwykłym pocałunku nie wspominając…
    trwało to chyba rok… i kiedy ja już byłam zdecydowana, kiedy się spotkaliśmy znowu jak zawsze pogadać, pośmiac się, pobyć..… M. powiedział,
    że musi mi coś powiedzieć. W sumie się ucieszyłam. I powiedział mi wtedy, że
    jego przyjaciółka, z która zna się od wielu lat, powiedziała mu, że go kocha (friendzoneeee!).
    Dziś wiem, że wyczuła sytuację i zareagowała w najlepszym momencie. Mnie było
    stać tylko na wypowiedzenie ”WOOW”. Znałam ją z opowieści, wiem, że ona mnie
    też znała z opowieści. Zapytałam „I co
    teraz”. M. powiedział tylko „No nie wiem… co mam zrobić?”, a ja „sam zdecyduj.”
    Jako że w naszym kontekście nie padły absolutnie żadne sowa, deklaracje i gesty…
    jako że Ona znała go pół życia i wiedziałam, że zrobi dla niego bardzo wiele, a
    ja nie wiedziałam czy mogę mu zaoferować cokolwiek… zaczęłam się wycofywać…
    przecież dalej byliśmy tylko kumplami, więc wypytywałam co jakiś czas o ich
    relację, spokojnie przyglądając się rozwojowi wypadków. „Ona jest taka dobra…
    Nie mogę jej tego zrobić… nie wiem co mam zrobić … ona była od zawsze… ”. nie
    wiem czy usprawiedliwiał się wtedy przede mną czy przed sobą. Zrobiłam krok w
    tył … stwierdziłam, że skoro nie jestem aż tak mocno zaangażowana to muszę
    szybko uciekać, bo i tak nie wygram tej konkurencji. Kontakt się urwał, czasem
    tylko jakieś pojedyncze „Co słychać”. Spotkaliśmy się jakiś rok temu na jakimś.
    Stwierdziłam, że już mogę… spokojnie.. przecież nic nie czuję… Powiedział mi,
    że z nią jest… ale w sumie nie wie co z tego wyjdzie, bo po prostu się zgodził
    na to, co mu oferowała, bo tak jest bezpiecznie, bo nie znajdzie nikogo
    takiego, komu zależy na jego szczęściu tak bardzo jak jej, bo nikt go lepiej
    nie zna… chciałam go zapytać „Kochasz ją?” „Jestes z nią, bo tak wygodnie?” „Bo nie masz jaj, żeby ją odrzucić?”„To po co tu jesteś?” „Po co wypytujesz co u mnie?”
    „Co Cię interesuje czy kogoś mam?”. Nie mam! I myślałam, że to już za mną, ale
    teraz znowu powróciły dawne uczucia. Kiedy wysiadałam z jego samochodu tak
    bardzo chciałam mu powiedzieć. „Słuchaj, chyba Cię kocham. Nie wiem czy to się uda…
    nie znam Cię tak jak ona, ale wiesz , że coś jest między nami”. Ale spojrzałam tylko…
    dałam buziaka na pożegnanie i wyszłam. I się rozryczałam. Od tamtej pory się
    nie widzieliśmy… obserwowałam ich kolejne wspólne zdjęcia, zaręczyny,
    przygotowania do ślubu… rozmawialiśmy bardzo zdawkowo.

    Jeśli kiedykolwiek ktoś mnie zapyta czego żałuję najbardziej
    w swoim życiu to właśnie tego dnia, kiedy wysiadłam z tego samochodu. Nigdy nie
    poczułam czegoś takiego… to jest dla mnie ważniejsze niż te 7 lat związku.
    Takie inne, mocne…

    Zaprosił mnie na ślub. Na facebooku. Zabolało. Jutro ślub.
    Napisałam mu przed wczoraj tylko życzenia – też na facebooku. Nie przeszło mi
    przez gardło (a raczej przez klawiaturę) „Życzę Wam wszystkiego najlepszego na
    nowej drodze życia”. Żadne „WAM” .. choć wiem, że ona jest dobrą osobą, to
    jednak nie umiem im życzyć tego najlepszego. Napisałam tylko „Mam
    nadzieję, że będziesz najszczęśliwszym mężczyzną na ziemi, stojąc w sobotę
    naprzeciwko swojej przyszłej żony i każdego następnego dnia.”
    Szybko to zakończyłam żartem, że zawsze może jeszcze zwiać sprzed ołtarza. Zastanawiałam się czy iść na ślub. Ale kiedy
    sobie wyobraziłam, że mam tam stać gdzieś w kącie kościoła z butelką wina i
    słuchać … „Ja, M. biorę sobie Ciebie X
    za żonę… ”, a potem stanąć przed nimi z tą butelką i złożyć im szczere życzenia,
    to stwierdziłam, że nie będę sobie tego robić.

    W zasadzie nie myślałam o tym ślubie… pogodziłam się i
    stwierdziłam „Ok., spieprzyłaś sprawę… będziesz tego żałować do końca życia. Ale może właśnie tak
    gromadzi się życiową mądrość. Błędy są rzeczą ludzką.” W zasadzie nawet miałam
    tam iść, ale w tym tygodniu szukając jakiego starego e-maila do koleżanki z
    poprzedniej pracy, wyskoczyły mi wiadomości od M. Zaczęłam czytać … 2013 rok..
    dwa lata… miałaś dwa lata i NIC nie
    zrobiłaś. NIC. To teraz weź się w garść
    i się z tym pogódź.

    No i właśnie się godzę. Napisałam, że nie przyjdę… bez
    przeprosin ani wymówek … tak po prostu. Nie dostałam odpowiedzi, więc może moja
    obecność wcale nie była tam tak bardzo
    chciana. Jutro pewnie będę śledziła podświadomie ich dzień.

    M. kocham Cię. Nigdy nie czułam czegos takiego. Boję się, że
    robisz błąd, ale mam nadzieję, że jednak ją kochasz. Bądź szczęśliwy! Nigdy się o tym
    nie dowiesz pewnie… nawet ja tutaj zajrzysz :)

    „Teraz można powiedzieć tylko „prrrrrrt, zepsuło się”. I mimo, że tak
    się stało, to zawsze w myślach miałam Cię gdzieś blisko, jako taką
    część życia, która wywarła ogromny wpływ na to, jak moje życie
    wyglądało, jakie mam dziś poczucie humoru i jakie rzeczy do dziś są w
    stanie mnie rozśmieszyć.”

  • Czytając Twój tekst pomyślałam o moim przyjacielu, który co prawda był na moim weselu, ale kontakt się urwał – jest coraz gorzej, a ja nie mogę być jedną, która chce to naprawić. Może czas zapomnieć o tych wszystkich zabawnych sytuacjach? Może czas wyrwać kartkę z pamiętnika, na której pisałam, że będzie przy mnie zawsze…może czas?

  • My LittleRedThink

    Jest kilka osób, którym napisałabym podobne słowa. Ale. Wydaje się, że właśnie ja jestem tą, co przeżywa, a reszta, cóż, żyje swoim dorosłym, poukładanym życiem i nie ma czasu i chęci na takie małostki jak mała, ruda osóbka z kiedyś tam. Jesień na całego w mojej głowie, chociaż Ty swoje słowa pisałaś w lipcu.

  • Milena

    Dużo łez ten tekst stworzył. Bo mnie dotyczy. Bo tak kogoś kocham. Bo tak nie mogę z kimś być.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress