4km2 świata czyli moje Zabrze

24 listopada 2017 Moje życie

Dzisiaj będzie dużo oglądania. Jak pewnie mogliście już gdzieś tu zobaczyć, lubię robić zdjęcia, a jeszcze bardziej lubię je oglądać. Miałam ogromne szczęście, że dziś znalazłam blog, na którym pan Rafał Bigda umieszcza zdjęcia miasta, w którym się urodziłam, wychowałam, i do którego po latach na dwuletnią chwilę wróciłam. Jeszcze większe szczęście polega na tym, że autor bloga prawdopodobnie mieszka w okolicach, w których spędziłam całe swoje dzieciństwo i młodość.

Musiało minąć prawie 31 lat, żebym dostrzegła, że mój świat mający mniej więcej cztery kilometry kwadratowe, w którym zdzierałam kolana, traciłam zęby, zakochiwałam się i uciekałam przed chłopakami w śmigus dyngus, wygląda delikatnie mówiąc dość przytłaczająco. Zapamiętałam go jednak zupełnie inaczej. Taka ciekawa konfrontacja wspomnień z teraźniejszością.

Napisałam ten wpis w 2014 roku, mnóstwo się od tego czasu zmieniło, ale wspomnienia są wciąż te same i nabierają coraz lepszego smaku. Nie bez kozery zaktualizowałam ten wpis, bo Zabrze walczy o tytuł Miasta Roku i na razie ma mało głosów. Ja wiem, że są pewnie piękniejsze miasta z lepszą historią, ale w moim życiu nawet Nowy Jork czy Malediwy nie przysłonią piękna, jakie ma w sobie Zabrze, które kocham całym sercem!


Zaczynam od tego zdjęcia, bo pośrodku jest mój blok. Mój pokój był w drugim balkonie od prawej, na ostatnim piętrze.

Pod moim balkonem było boisko, które jeszcze raz tu się pojawi, ale to na tym zdjęciu widać latarnię, pod którą się po raz pierwszy w życiu pocałowałam.


Przez prostopadle ułożone bloki i garaże, akustyka na placu była tak dobra, że słyszałam z dziesiątego piętra rozmowy ludzi, którzy siedzieli na tej huśtawce.
 


Po drugiej stronie bloku miałam piękny park, w którym zapaliłam pierwszą fajkę popijając ją pierwszym w życiu piwem (malboras+Lech). Efekt? Najszybsza bania w życiu. W sobotę o 16:00.
 


Za parkiem wychodziło się na murki pod DMiT. Taki zabrzański PKiN.


Za "domitem" jest już “miasto”. Pod tym wiaduktem zawsze są korki, a kiedyś znudzone dzieci rzucały we mnie z niego kamieniami. Po tym wiadukcie jeździ pociąg. W prawo do Katowic i Krakowa, w lewo do Gliwic. Mam dzisiaj taki nastrój, że doszukuję się ukrytych znaczeń, a więc na tym wiadukcie można zobaczyć dwa najważniejsze kierunki w moim życiorysie (pod tym zdaniem powinna lecieć smutna sonata ;) ).


Trochę codzienności z przeszłości: to tutaj w latach 2013-2015 spędzałam każdy poranek między 8:23, a 8:30.
 

 


Ten sam park w kolorze. Kiedyś skręciłam w nim nogę i nieświadoma urazu poszłam do szkoły. Na matematyce zorientowałam się, że coś jest nie tak, bo zamiast kostki miałam opuchliznę w kształcie grejfruta.


"Elemy lajty za 4,70 poproszę i jeszcze zapałki".

Tamtędy chodziłam w trzech przypadkach: idąc z psem na dłuższy spacer, do Zuzy na wagary z angielskiego, albo na korepetycje z biologii.

Raz w życiu jako gówniara, poszłam na całonocną imprezę, o której rodzice nie mieli zielonego pojęcia. A jako, że ja nie miałam pojęcia o piciu wódki, ani o tym, że nie należy jej mieszać, to najbardziej pamiętny walk of shame jaki miałam w życiu odbyłam właśnie przez to podwórko. Pewnie dlatego, że jest tak bardzo schowane i ciemne.

Znowu widać moje okna. Najśmieszniejsze jest to, że zawsze, kiedy skądś wracałam i widziałam te okna, myślałam tylko o jednym: co będzie na kolację?

Wygląda mi to na maj. Nie wiem dlaczego, ale w taką pogodę najbardziej lubiłam wychodzić z psem. Podjeżdżające na parking samochody rozjeżdżały kałuże, a jak się okazuje, jest to dźwięk, który działa na mnie bardzo kojąco. No i zapach mokrego asfaltu i trawy…

Po czym widać, że wszyscy z podwórka dorośli? Ludzie zaczęli parkować pod trzepakiem, a te cztery zespawane rury i ławka z prętów były całym (i wystarczającym!) placem zabaw dla 20-30 dzieci. No i na tym trzepaku też wybiłam sobie kilka mleczaków.


A dzięki takim widokom jak te trzy, kocham zimę.

 

Zburzona fabryka, zaniedbane mury, dziury w jezdni, dzikie budynki z brzydkiej cegły, zapuszczona trawa - zgadzam się. Ale dla mnie to na zawsze będzie najlepsze miejsce w mieście.

***

I jeszcze taki smaczek: sklep, z którego jako dziecko byłam dumna, bo nikt nigdy nie nazwał niczego moim imieniem. I już wtedy fascynowało mnie to, ze ktoś zerżnął szyld z etykiety mydła :)

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z bloga Fotosubiektywnik Zabrzański.

 

Podobne wpisy

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress