Moje życie Grudzień czytaj
Moje życie 4km2 świata czyli moje Zabrze czytaj
Głowa Krótki list do Was czytaj
Moje życie Boże, daj mi sobotę z 2000 roku czytaj
Ludzie Wszyscy jesteśmy tak samo beznadziejni czytaj
    Moje życie

    Grudzień

    Śpimy. Jest ciemno. W środku nocy nasz pies wygrzebuje się spod kołdry i zaczyna ujadać. Robi tak, gdy coś nieoczekiwanego dzieje się za drzwiami. Próbuję uruchomić zaspany mózg i przypomnieć sobie, czy z kimś byliśmy umówieni, ale myśli są lepkie i spływają do głowy powoli. Wpadam w lekką panikę. Włamują się? Ktoś nas napada? Zabiją nas? Pies nadal ujada. Pytam Krzysia, czy to słyszy i żeby coś zrobił, i to najlepiej natychmiast, bo ja się boję. On niewzruszony wymamrotał w poduszkę

    – To dozorczyni. Myje schody. Jest 6:30.

    No tak, zapomniałam, że jest grudzień.

    Jest grudzień, końcówka roku. Samoistnie do głowy tłuką się myśli o tym, co się udało, a czego nie, tworzą się podsumowania, porównania, postanowienia. A ja w tym roku wyjątkowo nie mam poczucia, że grudzień coś kończy. W tym roku grudzień zwiastuje zmiany i jest początkiem. Jest to w tym roku dla mnie jakiś rodzaj nowego narodzenia.

    Tydzień temu postanowiłam odejść z pracy, w której byłam przez ponad dwa lata. Pracy, która umożliwiła mi poznanie Krzysia, a potem zamieszkanie z nim. Pracy, która mnie rozwinęła, przetestowała, zahartowała, ale też po czasie przemieliła i zmęczyła do bólu. Była to bardzo trudna decyzja, bo jestem homo domesticus i uwielbiam pracę z domu i jestem jej wielką zwolenniczką. Praca z domu daje też olbrzymią wolność i nie miałam nigdy poczucia bycia przykutą do biurka, a to dla mnie ważna świadomość. Potrzebowałam jednak zmiany i to dużej – nie tylko jeśli chodzi o miejsce pracy i stanowisko, ale także chciałam zmienić jej tryb. Pochwychodzić do ludzi, ubrać ciuchy, których nie mam po co nosić w domu, wyjść o 17:00 i wręcz ostentacyjnie zakończyć dzień pracy. Mieć jakiś rytm, systematykę w codzienności, pracę fizycznie oddzieloną od życia.

    Rzuciłam też sobie wyzwanie zawodowe, bo z wygodnych social mediów przeszłam do działu kreacji i wreszcie będę się głównie skupiać na pomysłach, kreacji i pisaniu. Na myśl o nowych projektach zapala mi się gwiazdka w oku, a to dobry znak, po kilkumiesięcznym wypaleniu.

    Nowa praca to jeden z grudniowych początków. O terapii pisałam przedostatnim razem. Żeby mi było przemiło, a piątek zrobiłam mały upgrade sypialni i kuchni – światełka, stolik nocny (wcześniej miałam kartony ustawione jeden na drugim), tablice do wieszania najważniejszych i zupełnie nieważnych rzeczy. Te wszystkie pierdółki tworzą gniazdo, w którym czuję się dobrze, a ja chcę czuć się dobrze. To banał, ale jest mi to bardzo potrzebne do życia, szczególnie w ostatnim czasie.

    Jestem ciekawa tego, jak się wszystko ułoży. Za pięć miesięcy na świat przyjdzie dziecko mojej siostry. Wtedy będę już zaaklimatyzowana w nowej pracy, będę po pięciu miesiącach terapii grupowej i sześciu kuracji u dietetyka. Na nic się nie nastawiam, bo jakoś w ogóle nie czuję tego, że się trzeba na coś nastawiać. Pewnie jest to podszyte lękiem, bo boję się porażki, szczególnie w kwestii diety, ale udało mi się zrozumieć wreszcie zdanie, że warto zacząć coś robić i nie czekać na święte jutro, za tydzień, za miesiąc, bo czas i tak upłynie.

    Staram się choć trochę mieć moje problemy pod kontrolą i muszę przynać, że przynosi mi to pewną ulgę i podnosi samopoczucie i samoocenę. 

    2017 to dziwny rok. Pełen wielkich i przełomowych wydarzeń: wypadku mojej mamy, ślubu mojej siostry, jej ciąży, ciąży mojej przyjaciółki, ciąży mojej kuzynki, podwójnych zaręczyn moich bliskich koleżanek, śmierci całkiem bliskiej osoby, naszego gigantycznego remontu, zmiany pracy, pierwszych świąt na swoim, gdzie to ja będę gościć rodzinę.

    2017 to też rok jakiejś dojrzałości – takie mam poczucie. Ostatnio dowiedziałam się, że dość bliska znajoma, (która pewnie nie wie, że ja wiem) dość niesympatycznie i nieprawdziwie o mnie mówi. I co? I jakoś mną to nie ruszyło, bo przecież ja wiem, jak jest. A jest zupełnie inaczej, niż by mogło wynikać z jej opowiastek. Zostawiam takie sytuacje gdzies poza mną, nie chcę, by się odciskały w mojej pamięci i na mojej skórze. Bez sensu mieć blizny z takiego powodu.

    Odpuściłam i… poczułam się wolna. 

    Zawsze lubiłam grudzień za to, że w moim dzieciństwie był miesiącem pełnym wesołych wydarzeń. Barbórki, urodziny kuzyna i taty, Mikołajki, urodziny cioci, święta, przerwa w szkole, potem sylwester… Zawsze miałam wtedy głowę pełną różnych pomysłów, które potem przekuwałam na muzykę, albo na teksty, albo pożytkowałam je organizując różne spędy i wydarzenia.

    W tym roku energię będę trochę rozdzielać pomiędzy organizację świąt (jaram się), kolację dla znajomych (jaram się), nową pracę (jaram się) i pożegnanie starej (nie jaram się, ale jakoś przeżyję). Rok temu od grudnia uciekłam. Najpierw za późno się zorientowałam, że jest, potem na tydzień wyjechaliśmy do Egiptu nurkować i z impetem opaleni wjechaliśmy w Wigilię, a święta spędziliśmy w trasie. Zero wytchnienia, odpoczynku, zadumy. Taśmowa robota. W tym roku jest inaczej.

    W tym roku jest czas na to, by robić rzeczy powoli. Do moich corocznych grudniowych zwyczajów, które mnie bardzo jakoś tak wewnętrznie układają, jest obejrzenie pierwszych kilku części "Dekalogu" Kieślowskiego. Wszystko przez to, że akcja dzieje się zimą, w Warszawie, czyli właściwie tu i teraz. Tym razem obejrzałam nie trzy, a wszystkie części i nie sama, a z Krzysiem. Zajęło nam to dwa wieczory, a do tego po raz pierwszy mogłam o każdym z odcinków podyskutować i odkryć jeszcze inne perspektywy. Dopiero teraz zauważyłam chronologię we wszystkich odcinkach i połączenia pomiędzy nimi. 

    Dopiero czwarty dzień miesiąca, a ja już tyle zdążyłam zrobić i już zdążyłam się tym grudniem nacieszyć bardziej, niż przez cały miesiąc rok temu. Trzymanie się dobrych i pozytywnych aspektów rzeczywistości naprawdę potrafi podnieść na duchu. I nie wiem, czy wyciągacie z tego tekstu jakiś wniosek lub czy w ogóle wyłapujecie tu jakąś rzuconą między wierszami pointę, ale jeśli nie, to może to jakoś zreasumuję: zmiany i walka z negatwynym nastawieniem robią robotę.

    Udanego dnia, tygodnia i grudnia.

    Wasza Ja.

     

  • 4km2 świata czyli moje Zabrze

    Dzisiaj będzie dużo oglądania. Jak pewnie mogliście już gdzieś tu zobaczyć, lubię robić zdjęcia, a jeszcze bardziej lubię je oglądać. Miałam ogromne szczęście, że dziś znalazłam blog, na którym pan Rafał…

  • Krótki list do Was

    Cześć Wam, czytelnicy i czytelniczki bloga. Piszę ostatnio straszliwie rzadko, ale bynajmniej nie dlatego, że straciłam serce do pisania, czy do bloga. W ostatnim czasie w moim życiu działo się sporo…

  • Boże, daj mi sobotę z 2000 roku

    Siedemnaście lat temu był 21. października i też była sobota. U mnie w domu w soboty wstawało się przed 9:00. Na kuchennym blacie już stały torby z zakupami na weekend. Świeże…

  • Wszyscy jesteśmy tak samo beznadziejni

    Przepraszam za tytuł, ale dzisiaj musiało mi się ulać. Bo mam dość. Coraz częściej myślę o tym, żeby pozbyć się komputera i wszystkich aplikacji, które sprawiają, że przeładowuję się codziennie treścią,…

  • Dzień dobry, tu policja

    Nie jestem z tych osób, którym wydaje się, że gdy ich przez tydzień nie ma, to w kilkudziesięciu tysiącach domów w Polsce panuje niepokój i poruszenie, które po miesiącu przeradza się…

  • Ewa i jej coming out

    W ubiegłym tygodniu mogliście przeczytać tekst Idź na terapię. Nie odwalę tej roboty za Ciebie, w którym mówiłam o tym, że jestem zmęczona listami, w których (po wcześniejszej korespondencji) czytelnicy upierają…

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress