Głowa Krótki list do Was czytaj
Moje życie Boże, daj mi sobotę z 2000 roku czytaj
Ludzie Wszyscy jesteśmy tak samo beznadziejni czytaj
Głowa Dzień dobry, tu policja czytaj
Głowa Ewa i jej coming out czytaj
    Głowa Moje życie

    Krótki list do Was

    Cześć Wam, czytelnicy i czytelniczki bloga. Piszę ostatnio straszliwie rzadko, ale bynajmniej nie dlatego, że straciłam serce do pisania, czy do bloga. W ostatnim czasie w moim życiu działo się sporo i wydarzyło się bardzo wiele rzeczy, które musiałam sobie poukładać w głowie i w sercu, żeby wiedzieć, jaki mam do nich stosunek i co one dla mnie znaczą.

    Ostatnie pół roku upłynęło mi pod znakiem bardzo intensywnej pracy, która często pochłaniała mi sporo czasu wolnego i nieco zabierała czas na myślenie o tym, co się ze mną dzieje. To poskutkowało paskudnym sampoczuciem, od którego zaczęłam uciekać nie tylko w moją "ukochaną" używkę, ale i w sen. Potrafiłam przesypiać całe popołudnia i wczesne wieczory, by potem siedzieć do 2:00-3:00 z Krzysiem, który późno wraca z pracy. Rano praca, w dzień praca, po południu praca, potem znowu sen, funkcjonowanie, sen i praca. Po pewnym czasie zorientowałam się, że to dla mnie pułapka, z której nie potrafię się wydostać. Poza tym, za bardzo przypominało mi to najmroczniejsze czasy depresji i odcinania się od świata zamienianiem nocy z dniem, snem, ucieczką w seriale i książki. Poczułam, że nie widzę nadziei na to, by coś mogło się zmienić bez zrobienia czegoś trochę wbrew sobie, by tylko pobudzić się jakoś do życia.

    Ostatnie tygodnie poświęciłam na poszukiwaniu pomocy. Trafiłam do psychoterapeutki, która – choć bardzo miła – zaproponowała mi rozwiązanie, którego nie chciałam. Szukałam więc dalej i… poskutkowało. Podjęłam decyzję o podjęciu nowej terapii, o której myślałam już dużo wcześniej, ale rozeszło się po kościach. Tym razem się nie rozejdzie – złożyłam swój podpis na odpowiednim świstku papieru i od stycznia zaczynam terapię grupową (dla moich ukochanych czytelników poszukujących: wybrałam metodę behawioralno-poznawczą).

    Kiedy podjęłam tę decyzję, w moim sercu i umyśle zagościła od dawna nieobecna nadzieja. Na to, że sobie wreszcie poradzę z największym problemem. Jestem podekscytowana nadchodzącą pracą nad sobą, nowymi metodami, ale także ludźmi, których niebawem poznam, a którzy będą mieli problemy podobne do moich, choć pewnie grupa będzie bardzo różnorodna. 

    Na razie uczę organizm jedzenia śniadań i po raz pierwszy nie dlatego, że tak mówi dieta, ale dlatego, żeby nauczyć się jeść fizjologicznie, a nie kompulsywnie. Wymaga to ode mnie sporo wysiłku, bo w dniu pracowym, śniadanie to dla mnie mordęga.

    Co do diety – nie szaleję, ale oddałam się w ręce słynnego w niektórych kręgach Doktora Filipa, który jest odpowiedzialny za drugi powiew nadziei w ostatnim czasie.

    Nie jestem nastawiona entuzjastycznie do niczego, bo na koncie mam setki porażek – zarówno tych publicznych i deklarowanych, jak i tych osobistych, intymnych. Pozwoliłam sobie jedynie usłyszeć swój wewnętrzny głos, który cicho, ale stanowczo i niezmiennie od kilku miesięcy mówi mi Chcę z tym skończyć. Bardzo chcę z tym skończyć. Nie chcę tak dłużej żyć.

    Niezadowolenie z siebie i z tego, jak prowadzę swoje życie, jak go nie przeżywam, jak je marnuję, odebrało mi każdą i jakąkolwiek potencjalną radość. Z wakacji, z ważnych wydarzeń, z zawodowych kwestii. Odebrało mi pewność siebie, poczucie, że jestem wystarczająco dobra dla moich bliskich. A przecież tyle się dzieje i niebawem grono moich najbliższych osób powiększy się o dwie nowe maleńkie osóbki, a ja chcę się tym cieszyć.

    2017 rok to dla mnie trudny rok, choć rok pełen wielkich zmian. Zmian na lepsze, choć czasem to były i są zmiany trudne i wymagające mnóstwa pracy. A ja się pracy nie boję. I marzę o satysfakcji z tego, co będzie mi się udawało po kolei osiągać. Cieszę się też dlatego, że siłą rzeczy, pracując nad sobą, będę mieć znów mnóstwo obserwacji na temat siebie, świata i różnych zasad, o których nie miałam pojęcia, więc liczę na to, że blog tylko z tego skorzysta.

    A dziś wieczorem, chcę Wam powiedzieć:

    Jestem Justyna, mam 31 lat i ogarniam swoje życie.

  • Boże, daj mi sobotę z 2000 roku

    Siedemnaście lat temu był 21. października i też była sobota. U mnie w domu w soboty wstawało się przed 9:00. Na kuchennym blacie już stały torby z zakupami na weekend. Świeże…

  • Wszyscy jesteśmy tak samo beznadziejni

    Przepraszam za tytuł, ale dzisiaj musiało mi się ulać. Bo mam dość. Coraz częściej myślę o tym, żeby pozbyć się komputera i wszystkich aplikacji, które sprawiają, że przeładowuję się codziennie treścią,…

  • Dzień dobry, tu policja

    Nie jestem z tych osób, którym wydaje się, że gdy ich przez tydzień nie ma, to w kilkudziesięciu tysiącach domów w Polsce panuje niepokój i poruszenie, które po miesiącu przeradza się…

  • Ewa i jej coming out

    W ubiegłym tygodniu mogliście przeczytać tekst Idź na terapię. Nie odwalę tej roboty za Ciebie, w którym mówiłam o tym, że jestem zmęczona listami, w których (po wcześniejszej korespondencji) czytelnicy upierają…

  • Justyna, nie rób sobie tego

    Gdy byłam młodsza w mojej rodzinie mityczną rolę odgrywała Silna Wola. Człowiek posiadający Silną Wolę był doskonały, szlachetny, odważny i po prostu miał charakter. Jako dziecko do krwi obgryzałam paznokcie. Ba,…

  • Idź na terapię. Nie odwalę tej roboty za Ciebie

    Jest w życiu kilka rzeczy, z których jestem dumna i ten blog jest jedną z nich. Rozwinął się tak, jakbym sobie tego nie mogła nawet wyśnić i stał się miejscem odstającym…

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress